|
niedziela, 11 września 2011
Wszyscy wspominamy ostatnio zamachy na World Trade Center i wspomnienia te siłą rzeczy koncentrują się także na wątku osobistym - co robiłem 11 września 2001 roku? Ja - pewnie jak wszyscy - byłem wstrząśnięty i cholernie przestraszony, choć ważny w tych odczuciach ważny był także wątek osobisty: akurat tego dnia moja siostra miała wylatywać z Nowego Jorku do Warszawy. Pamiętam, że siedziałem przed telewizorem i słuchałem rozmów telefonicznych, jakie prowadzili rodzice. A do tego, nie wiem dlaczego, nagrywałem na wideo wszystko to, co pokazywały amerykańskie stacje. Potem wisiałem na telefonie zastanawiając się z przyjacielem, czy ten zamach będzie miał wpływ na pytania na egzaminie poprawkowym z "Problemów etnicznych". Wiele wskazywało na to, że trzeba szybko czytać "Zderzenie cywilizacji" Samuela Huningtona... Wieczorem siedziałem na naszej ławce na dołach z innym kumplem - pociągając z brązowej butelki patrzyliśmy w niebo i ciarki nas przechodziły, jak przelatywały nad nami samoloty. Dzień później poczułem się nieswojo, kiedy na przystanku tramwajowym przy Dworcu Centralnym zadarłem głowę i spojrzałem na budynek Marriottu. A kilkanaście dni później okazało się, że zamach na WTC pozbawił mnie szaleńczej przyjemności uczestniczenia w koncercie, który prawdopodobnie byłby najlepszym w moim życiu.
Jeszcze raz i wyraźnie: Pantera, Slayer, Cradle of Filth i Static-X. I już pal sześć, sześć, sześć, tych innych. Bilet zakupiłem już w czerwcu, bilet na pociąg do Katowic - tuż przed koncertem. Już nie pamiętam czy to internet w Polsce wówczas nie był tak dostępny, jak teraz, czy to ja byłem poza siecią, dość powiedzieć, że ogłoszenie organizatorów o odwołaniu koncertu na cztery dni przed imprezą, nie dotarło do mojej świadomości. Idąc pod Spodek nie wiedząc czemu nie zdziwił mnie brak czarnych braci na ulicach i pod sklepami. Dopiero pustki przed drzwiami wzbudziły moje podejrzenia. A kartka o odwołaniu imprezy - złość. 13 września udział w tournee odwołała Pantera, cztery dni później Static-X i wszystko się rozsypało. Ominęło mnie to: to:
i pewnie to: Pantera rozpadła się kilka miesięcy później - Phil Anselmo poświęcił się zespołom Down oraz Superjoint Ritual, pozostała trójka założyła Damageplan. W 2004 roku jakiś idiota zastrzelił Dimebaga Darrella. Slayera obejrzałem potem trzykrotnie - w Budapeszcie w 2003 roku, w Warszawie dwa lata później (superkoncert!) oraz na rozczarowującym minifestiwalu Wielkiej Czwórki w 2010 roku. Cradle of Filth jeszcze nie widziałem. Static-X? Nawet nie wiem, czy jeszcze istnieją. Cholera, szkoda tego koncertu. Zajebista szkoda. PS Ta poprawka z "Problemów etnicznych" to, rzecz jasna, pochodna zamiłowania do sportu - prof. Lech Mróz przyłapał nas z kumplem na grze w szachy podczas jednego z wykładów. Poprosił, żebyśmy dokończyli na zewnątrz i widocznie zapamiętał nasze nazwiska.
środa, 31 sierpnia 2011
A właściwie dlaczego mam nie wznowić bloga? Polska! Dzisiaj jest dzień, w którym umarły blog wrócił!
O czym będę pisał? O sporcie już nie, od tego jest blog nowszy. Ale o muzyce? O koncertach? O przygodach w komunikacji miejskiej? O wyprawach na dworzec do Kutna w nocy? Macie dla mnie jakieś pomysły?
środa, 16 marca 2011
Potrzebuję zmiany, wynoszę się z "A skull full of maggots". Z pisaniem na boku jednak nie kończę - już zapraszam na swój nowy blog. Czytelników za zamieszanie przepraszam.
czwartek, 10 marca 2011
Kevin Love z Minnesota Timberwolves w środowym w meczu z Indiana Pacers osiągnął 52. kolejne double-double. Oto pierwsze zdanie z depeszy agencji Reuters: Minnesota Timberwolves forward Kevin Love overcame a bruised left knee to set an NBA record with his 52nd consecutive double-double in a 101-75 win over the Indiana Pacers on Wednesday. Ale o jaki rekord chodzi? Love na razie przegonił tylko na liście koszykarzy z tak imponującymi seriami Mosesa Malone'a, który w latach 1978-79 miał 51 double-double z rzędu. Podkoszowy Timberwolves jest jednym z dziewięciu zawodników w historii NBA, którzy mieli przynajmniej 50 kolejnych spotkań z takimi statystykami. Poza nim i Malone'em są to Kareem Abdul-Jabbar, Elgin Baylor, Walt Bellamy, Wilt Chamberlain, Elvin Hayes, Jerry Lucas i Bill Russell. Prawdziwy rekord? 227 double-double z rzędu Chamberlaina. Wczytując się głębiej w informacje o osiągnięciu Love'a, dochodzimy do punktu, w którym wyjaśnione jest, że chodzi o najdłuższą serię double-double od 1976 roku, czyli połączenia NBA z ABA. Love ustanowił rekord w tzw. nowożytnej historii NBA. Oby tylko nie okazało się, że rekordzistą NBA pod względem punktów zdobytych w jednym meczu jest Kobe Bryant, a setka Chamberlaina się nie liczy, bo przed 1976 rokiem w lidze obowiązywały inne przepisy.
piątek, 04 marca 2011
Wyobraźmy sobie, że... ... jest 8 czerwca 2012 roku. Trwa końcowe odliczanie do meczu otwarcia mistrzostw Europy w piłce nożnej w Warszawie - Polska zagra w nim z Rosją. Nadzieje, ale i obawy są ogromne - jak poradzi sobie reprezentacja Franciszka Smudy? Czy Jakub Błaszczykowski na pewno jest zdrowy? Czy organizatorzy znów czegoś nie spaprają podczas ceremonii otwarcia? Są nawet tacy, którzy obawiają się rosyjskiej mgły, która uniemożliwi Polakom składne atakowanie bramki rywali... Ale to nie jedyne sportowe atrakcje w ten piękny, upalny, czerwcowy piątek. W oddalonym o kilkaset kilometrów Wrocławiu trwa wielkie święto na ulicach - dzień wcześniej piłkarski Śląsk pokonał 2:1 Lecha Poznań w spotkaniu, które decydowało o mistrzostwie Polski! To drugi w historii tytuł Śląska - zdobyty po 25 latach przerwy! Ulicami i mostami Wrocławia jeździ autokar z odkrytym dachem, z którego piłkarze prezentują trofeum. Tłumy wiwatują, a tumult rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów, kiedy prezydent miasta Rafał Dutkiewicz krzyczy, że teraz Wrocław czeka na koszykarzy. Tak, na koszykarzy, którzy po wykupieniu dzikiej karty wrócili do ekstraklasy w wielkim stylu. Zajęli trzecie miejsce przed play-off, awansowali do finału, w którym po pięciu spotkaniach z Asseco Prokomem Gdynia jest 3-2 dla rywali, ale Śląsk nie jest na straconej pozycji - 8 czerwca gra u siebie w Hali Stulecia. Na trybunach usiądzie ponad sześć tysięcy osób... Sportowych wzruszeń pełno także w Szczecinie - Otylia Jędrzejczak, mistrzyni olimpijska, mistrzyni świata, wielokrotna mistrzyni Europy, która w latach 2000-07 była czołową pływaczką globu, kończy karierę. "Nasz Motylek", jak mówiła o niej Polska, dostarczył kibicom wielu emocji, wielu wzruszeń - to dzięki niemu dzieci chciały chodzić na pływalnię. Teraz, po sportowym dołku w ostatnich latach, Jędrzejczak mówi dość. Czuje, że na szczyt już nie wróci. Pod względem sportowym pożegnanie wypada słabo, "Motylek" zajmuje dopiero siódme miejsce w finale na 200 m stylem motylkowym, ale dostaje ogromną owację na stojąco! Są brawa, jest skandowanie nazwiska, są kwiaty, są łzy. Jest nawet krótki wywiad dla TVN 24. Sportowi reporterzy newsowych stacji mają w ten gorący piątek pełne ręce roboty. Aż tu nagle... Nie, to niemożliwe! Polsat News podaje, że Zbigniew Boniek jest podejrzewany o zabójstwo byłej żony i jej znajomego! Mało tego, że ucieka przed policją obwodnicą Warszawy! Helikoptery TVN 24, Polsat News, TVP Info, a nawet kupiony przez Agorę specjalnie z okazji Euro samolot marki Wilga odlatują znad Stadionu Narodowego w kierunku obrzeży miasta! Wydawcy w kropce - co pokazywać w telewizji, co komentować? Dariusz Szpakowski zdezorientowany, Tomasz Zimoch w emocjach - takie rzeczy, w takiej chwili?! ... A teraz wyobraźcie sobie, co czuli Amerykanie 17 czerwca 1994 roku. Kolejny genialny film z serii "ESPN 30 for 30".
niedziela, 27 lutego 2011
... i liczą na awans do play-off. Kilka tygodni temu mówiłem w "Magazynie NBA" na Sport.pl, że drużyna z Arizony nie wygląda mi na zespół na ósemkę w Konferencji Zachodniej, ale od tego czasu sytuacja na zachodzie NBA trochę się zmieniła (wielkie transfery w Denver i Utah, mniejsze w Phoenix i Memphis, do tego kontuzja Rudy'ego Gay'a w drużynie z tego ostatniego miasta). Na przewidywanie kolejności jeszcze za wcześnie, ale chciałem tylko zauważyć potencjalnie przełomowe datę i mecz dla Suns. Wygrzebałem je z zakamarków pamięci jeszcze z pobytu w Phoenix. Otóż przed pamiętnym (19+17) meczem z Boston Celtics w końcówce stycznia, w szatni Suns napisano na tablicy datę "26 stycznia 2010" i "porażka z Charlotte Bobcats". A potem: "Wtedy mieliśmy bilans 26-21, ale w pozostałych meczach osiągnęliśmy wynik 28-7". W play-off Suns namieszali solidnie (4-0 z San Antonio Spurs!) i zatrzymali ich dopiero Los Angeles Lakers w finale konferencji. Cóż, nastały inne czasy i inne składy, są teraz inne cele, ale zobaczmy - 26 stycznia 2011 roku Suns też przegrali mecz z Bobcats i mieli po nim bilans 20-24. Od tego czasu wygrali 9 z 12 spotkań, co jest zrywem bardzo dobrym. Czy zapowiada finisz równie mocny jak zeszłoroczny?
sobota, 26 lutego 2011
To miała być fajna koszykarska sobota przed komputerem i TV PLK - o 15 istotny mecz w walce o play-off, czyli Zastal Zielona Góra kontra Polonia Warszawa, a o 20 hit kolejki, jedno z najbardziej elektryzujących spotkań sezonu, czyli derby Trójmiasta Asseco Prokom Gdynia - Trefl Sopot. Z fajnej koszykarskiej soboty wyszły jednak nici. Przyjemności z oglądania obu spotkań nie miałem żadnej. Z winy TV PLK, bo jakość obu sobotnich transmisji była rozczarowująca. Kilka miesięcy temu projekt Tauron Basket Ligi chwaliliśmy głośno, za sobotnie popisy trzeba go głośno skrytykować. Mecz Zastalu z Polonią był kolejnym odcinkiem nieobiektywnego zielonogórskiego komentarza. Wyrażenia typu "nasza drużyna niestety nie trafiła" są na porządku dziennym w każdej transmisji spotkania beniaminka, a lidze - jak widać - to nie przeszkadza. Powiecie, że to szczegół, że ważniejszy jest fakt, że spotkanie można obejrzeć? Być może. Ale jeśli doda się do tego słabiutką jakość obrazu, inne wpadki komentatorów i nieciekawe rozmówki w przerwie, to odbiór spotkania w TV PLK nie mógł być inny niż negatywny. Starcie Zastalu z Polonią dało się jednak przynajmniej obejrzeć. Wieczorny hit w Gdyni momentami wyglądał za to mniej więcej tak:
Szybko rozbolały mnie oczy i ze zdenerwowaniem spisałem transmisję na straty. Liga będzie tłumaczyć się problemami technicznymi, ale to powoli robi się nudne. Tłumaczenie można oczywiście zrozumieć, złośliwość przedmiotów martwych bywa nie do przeskoczenia, ale istnieją przecież sposoby sprawdzenia jakości transmisji w trakcie rozgrzewki, są możliwości zabezpieczenia się na wypadek problemów. Zamiast
hitu wyszedł kit i sobota z TV PLK okazała się niewypałem. Z
bólem uszu i oczu z ligowej koszykówki zrezygnowałem z niesmakiem. PS Sobota w ogóle była dla TBL pechowa - w Kołobrzegu odwołano mecz Kotwicy z AZS Koszalin ze względu na usterkę urządzeń pomiarowych. Trener gospodarzy Dariusz Szczubiał powiedział, że to pierwszy taki przypadek w jego 40-letniej karierze...
czwartek, 24 lutego 2011
"Kwiatki latają, Sokoły gniją" - mówiłem kilka miesięcy temu we vlogu "Cegłą do kamery". Po pierwsze: ekscytowałem się Michałem Kwiatkowskim z Polonii Warszawa, który jako 18-letni rozgrywający nieźle zadebiutował w Tauron Basket Lidze, a tuż przed nagraniem zdobył 13 punktów w wyjazdowym, zwycięskim meczu z Siarką Tarnobrzeg. Po drugie: żałowałem, że rówieśnik "Kwiatka" i jego były kolega z MKS MOS Pruszków Michał Sokołowski, gnije w rozgrywkach juniorskich, podczas gdy talent ma wielki. "Sokół" w młodzieżowych meczach wielokrotnie pokazywał, że jest wszechstronny, dynamiczny, silny, zdeterminowany. Zamiast jednak wykonać krok dalej, zatrzymał się - a raczej został zatrzymany - w juniorach starszych MKS, bez szansy na rozwój w seniorach. Do tego przyplątała mu się kontuzja kolana, której leczenie zajęło kilka miesięcy. Jak w tej chwili wygląda sytuacja obu koszykarzy? Inaczej, żeby nie powiedzieć odwrotnie. Kwiatkowski trochę wyhamował, Sokołowski się rozpędza. No bo spójrzmy: Kwiatkowski, po rzuceniu 13 punktów Siarce, w dziewięciu kolejnych spotkaniach zdobył w sumie 11 przy fatalnej skuteczności z gry (3/20 i 15 proc.) i niewiele lepszej z wolnych (3/11, 27 proc.). Miał w tym okresie osiem asyst i osiem strat, a minut na boisku dostawał coraz mniej (m.in. dlatego, że do Polonii w dobrym stylu wrócił Kamil Łączyński).
Daleki jestem jednak od stwierdzenia, że "Kwiatek" jest w dołku i że zawodzi - w przypadku 18-letniego debiutanta są to bardzo ryzykowne określenia. O tym wszystkim mówi zresztą trener Polonii Wojciech Kamiński: Przede wszystkim chyba nikt nie spodziewał się przed sezonem, że "Kwiatek" będzie grał przynajmniej na takim poziomie, jak w ostatnich spotkaniach, choć oczywiście to nie jest poziom, który docelowo chcemy u niego oglądać. Michał bardzo nam pomógł w Tarnobrzegu, gdzie bez niego byśmy nie wygrali, ale także w kilku innych meczach. Na pozycji rozgrywającego oprócz umiejętności koszykarskich liczy się jednak jeszcze wiele innych rzeczy - doświadczenie, posłuch w drużynie itp. Te cechy nabiera się jednak latami i chłopców, którzy mają talent, czeka dużo nauki. Pozycje obwodowe, na których trzeba kreować grę, są dla nich wyjątkowo trudne. To, że "Kwiatek" w niektórych momentach nie daje sobie po prostu rady, nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Z Łukaszem Koszarkiem było tak samo - przyszedł do Polonii jako gwiazda SMS, ale pierwszy sezon w ekstraklasie spędził na ławce, bo zdarzało mu się robić na boisku różne głupoty. Taki jest naturalny proces dla młodych rozgrywających, szczególnie w takiej lidze jak polska, gdzie przeważają rozgrywający zza granicy, którzy fizycznie nad naszymi małymi rozgrywającymi dominują. Kamiński zwrócił też uwagę, że mniej minut Kwiatkowskiego w TBL oznacza więcej czasu na boisku w II lidze. A tam "Kwiatkowi" zdarza się błyszczeć. Przykład? Przepotężny: na początku lutego w zaciętym meczu z PWiK Piaseczno Kwiatkowski zdobył dla WOSSM Warszawa 34 punkty (11/15 z gry w tym 7/10 za trzy i 5/6 z wolnych) i miał tylko jedną stratę w 34 minuty. Jego zespół wygrał mecz 80:77. Niby tylko II liga, ale wrażenie robi, prawda? Reasumując: Kwiatkowski w TBL zgodnie z planem przeżywa wzloty i upadki. Pokazał już, że możliwości ma spore, teraz uczy się tego, aby w przyszłości grać na takim poziomie regularnie. 9 marca "Kwiatek" skończy 19 lat, wszystko przed nim. Sokołowski jest natomiast on the rise. Janusz Wierzbowski, obecny prezes MKS Pruszków, po obejrzeniu mojego grudniowego vloga zadzwonił do mnie i poinformował, że "Sokół" leczy kontuzję, ale jak będzie zdolny do gry, to na pewno w tym roku zagra w seniorach. I stało się tak, jak Wierzbowski zapowiedział - 15 stycznia koszykarz zadebiutował w Zniczu Basket Pruszków w I lidze. W ciągu kilku tygodni Sokołowski rozegrał w walczącym o play-off Zniczu osiem spotkań - bywały lepsze, bywały gorsze, ostatnio trafiło się najlepsze: przeciwko słabemu GKS Tychy "Sokół" z 18 punktami był najlepszym strzelcem zwycięskiej drużyny. Miał 6/7 z gry i 6/8 z wolnych, a także pięć zbiórek, asystę i dwie straty w 22 minuty na pozycji skrzydłowego.
Meczu z Tychami nie oglądałem, ale naoczni świadkowie mówią o występie "Sokoła" tak: walczył, nie odstawał fizycznie, był spragniony gry, prawie w każdej akcji chciał piłki - nieźle, jak na gościa, który niedawno wrócił po kontuzji kolana. Wrażenie obserwatorów - w przyszłym sezonie Sokołowski mógłby grać w TBL. Jak ocenia "Sokoła" trener Michał Spychała, który od niedawna - z powodzeniem! - prowadzi Znicza?
Największy atut „Sokoła” to niewątpliwie motoryka. Skoczność, dynamika, ale także waleczność. W meczu z Tychami bardzo ładnie rywalizował z Jackiem Jareckim, który obijał się trochę już w ekstraklasie, grał w młodzieżowych reprezentacjach. Obrońcą wybitnym Michał nie jest, nie powierzałbym mu ścisłego krycia obwodowych, ale w defensywie gra dobrze. Ze swoich zadań wywiązuje się solidnie. Największy ból związany z jego osobą jest taki, że to jego pierwszy sezon w seniorach i to widać w grze. „Sokół” o rok za późno trafił do I ligi, poprzedni rok niestety stracił. Teraz byłby graczem stabilnym i mógłby już myśleć o kolejnym kroku, o pójściu wyżej. W Zniczu nie mam w składzie innego niskiego skrzydłowego, więc szansę na rozwój Michał ma przeolbrzymią. Jaka jest jego pozycja docelowa w seniorach? Uważam, że na chwilę obecną dysponuje jeszcze zbyt słabym rzutem i techniką, żeby grać jako rzucający. Poza tym na tej pozycji musiałby pomagać także przy rozgrywaniu, a na tym poziomie „Sokół” nie jest jeszcze w stanie tego robić. Ale to na dwójce jest jego przyszłość. Czy coś mnie zaskoczyło? Znam go już tyle... Wiem, że pójdzie mocno na atakowaną deskę, wiem, że zbierze w obronie. Świetną dynamikę wykorzysta w wejściach pod kosz i będzie w stanie zrobić trudne punkty, nawet po niekonwencjonalnym manewrze. Jeśli zacznie grać równo, to spodziewam się, że po 10-12 punktów w I lidze może w tej chwili zdobywać. Znam Michała z kadry, wiem, czego można się po nim spodziewać. Z jego pracy na treningach jestem zadowolony, robi to, co trzeba i jak trzeba. Ćwiczy solidnie, jak cały zespół. Na swoim pierwszym treningu w Zniczu zaznaczyłem jednak przy całym zespole i działaczach, że nie chciałbym, aby było tak, że przyszedł Spychała i zdemolował największą nadzieję klubu. Powiedziałem, że chcę wiedzieć, co z jego kolanem. Michał mówi, że jest w porządku, ale niestety nie doczekałem się potwierdzających to badań lekarskich. Opieka lekarska „Sokoła” jest wielką niewiadomą. Uraz kolana zdiagnozowano mu w kwietniu i już biorąc go na mistrzostwa Europy do lat 18 na Litwę, robiliśmy to trochę na siłę, ale był nam bardzo potrzebny. Oszczędzaliśmy go jednak i Michał raczej się wzmacniał niż ćwiczył z pełnym obciążeniem.. W Pruszkowie leczyć się zaczął chyba dopiero w październiku. W tej chwili, oprócz stwierdzenia Michała, nie mam żadnych dokumentów lekarskich. „Sokół” się nie skarży, ale kiedy mogę, staram się go luzować. Można o nim mówić, że jest jednym z największych talentów z rocznika ’92 w Polsce, który z drugiej strony jakoś wyjątkowo nie obrodził. Najbardziej perspektywicznym koszykarzem z tej grupy wydawał się Kacper Młynarski, ale jego problemy z kontuzjami, w klubach itp., trochę wybiły go z rytmu. Bardzo dużo potrafią Michał Kwiatkowski i Bartosz Bartoszewicz - ten drugi też jednak zaczął grać w lidze trochę za późno, a ostatnio złapał jeszcze kontuzję kolana. Uważam, że w tej chwili w najbardziej komfortowej sytuacji jest Sokołowski. Jeszcze sezon powinien pograć w I lidze, potem może próbować iść wyżej. Hurraoptymizm bym odradzał, rozwijać trzeba się krok po kroku.Tyle - wyczerpująco - trener Spychała. Cóż można dodać? Wypada tylko ściskać kciuki za "Kwiatka" i "Sokoła". Niech jeden kwitnie, a drugi szybuje. Kilka dni po tym, jak władcy Bahrajnu poinformowali, że tegoroczne Grand Prix w ich kraju nie zainauguruje sezonu w marcu i niewiele dłużej po tym, jak samorządowcy Melbourne przyznali, że organizacja wyścigu Formuły 1 przynosi straty w wysokości 50 mln dolarów rocznie, agencja AFP poinformowała o kłopotach kolejnego organizatora Grand Prix na półkuli wschodniej. Malaysia's Sepang Formula One event is losing traction, according to the circuit's boss who admitted the shaby stadium and tropical temperatures have caused ticket sales to plunge.
To kolejny sygnał, że formuła Formuły 1 w krajach, które nie mają ani wyścigowych tradycji, ani swoich przedstawicieli w elicie sportów motorowych, wyczerpuje się dość szybko. Ceny biletów na kwietniowe Grand Prix Malezji są najniższe w tegorocznym kalendarzu (najtańsze wejściówki kosztują tylko 19 dolarów), ale i tak nie ma na nie wielu chętnych. Razlan Razali, dyrektor toru Sepang, podał AFP frekwencje z ostatnich wyścigów - 140 tys. w 2006 roku, 126 tys. w 2009, 97 tys. w 2010. Tendencja spadkowa jest widoczna, a liczby są rozczarowująco niskie, bo - uwaga! - obejmują łączną frekwencję z trzech dni weekendu. Pojemność trybun na torze Sepang to 123 tys. Na dodatek obiekt wymaga już renowacji, bo okazało się wymyślny dach nad trybunami zaprojektowany na wzór hibiskusa, narodowego kwiatu Malezji, jest niepraktyczny w starciu z ulewami, które często są elementem Grand Prix. Krótko mówiąc - przecieka. Kibice nie chcą moknąć, więc oglądają Formułę 1 w telewizji. Koszt remontu szacowany jest na 59 mln dolarów, których - szczególnie wobec niskiej frekwencji - organizatorzy Grand Prix nie mają. Malezyjski rząd na razie nie odpowiedział na ich prośby o dofinansowanie. Innym problemem jest różnica czasu z Europą - azjatyckie wyścigi są w pułapce, bo dla europejskich widzów odbywają się za wcześnie, a próby przesunięć ich na popołudnie czasu lokalnego grożą zmierzchem w czasie jazdy, czego niebezpieczeństwo obserwowaliśmy w ostatnich latach choćby w Malezji. Wyjściem są oczywiście wyścigi nocne (Singapur) lub rozgrywane przy sztucznym świetle (Abu Zabi). Ale to właśnie te imprezy w blasku światła i przepychu są dużym zagrożeniem dla zwykłych wyścigów w Bahrajnie i Malezji. Najnowsze azjatyckie wyścigi odbierają publiczność tym starszym. Dlatego Razali mówi wprost, że zanim Sepang zastanowi się nad przedłużeniem kontraktu na organizację Grand Prix po 2015 roku, powinna zorganizować wyścig nocny, by znów nakręcić koniunkturę na Formułę 1. Nie wiadomo jednak, co myśli na ten temat Bernie Ecclestone, któremu zdarzyło się już powiedzieć o wyścigu w Malezji, że na torze i w okolicach jest brudno i nieświeżo. Nikt na razie nie pisze o sytuacji Grand Prix Turcji, ale wyścig pod Stambułem też nie wzbudza zainteresowania miejscowych. Na trybunach widać pustki i gdyby nie fani z zagranicy, istniałoby ryzyko kompromitacji, jeśli chodzi o frekwencję. Dopóki organizatorzy płacą za wyścigi grube miliony, Ecclestone jest zadowolony, ale chętnych do goszczenia Formuły 1 nie brakuje, a cierpliwość jego wysokości potrafi kończyć się szybko. Reasumując: kto wie, czy przypadkiem nie będziemy obserwować w tym sezonie zmierzchu kilku wyścigów (Bahrajn, Australia, Malezja, Turcja). Karuzela będzie kręcić się jednak dalej, bo w najbliższej przyszłości pojawią się Grand Prix w nowych miejscach (Korea Płd., Indie, USA, Rosja).
środa, 23 lutego 2011
Niestety, wybór trenera dla męskiej kadry został zahamowany przez problemy związane z EuroBasketem. Znalezienie selekcjonera to dla nas kwestia priorytetowa, ale ten proces został odsunięty trochę na bok. Koncentrujemy się na mistrzostwach kobiet, bo trzeba ten turniej jakoś ratować. W tej chwili numerem jeden jest więc dla na EuroBasket, którego przygotowania staramy się wyprostować tak, żeby ta impreza odbyła się w Polsce. Jest to zadanie, którego trzy tygodnie temu nie przewidywaliśmy. Tyle udało mi się wyciągnąć z prezesa PZKosz Grzegorza Bachańskiego, którego zapytałem o wtorkowe posiedzenie zarządu związku. Było to drugie spotkanie tego grona od czasu styczniowych wyborów w związku. Z nieoficjalnych rozmów z członkami zarządu i nie tylko wynika, że sytuacja jest bardzo trudna. Pomimo tego, że został ponoć opracowany ramowy projekt promocji ME kobiet, to turniej najprawdopodobniej będzie imprezą deficytową i związek musi przygotować się na dopłatę. Z czego jednak dopłacać, skoro po rządach Romana Ludwiczuka w kasie związku zostało mniej niż zero złotych? Budżetu na rok 2011 nie ma, umów ze sponsorami - tym bardziej. Bachańskiego czekają żebry w Prokomie. Jak stwierdził jeden z moich rozmówców: Związek jest musi teraz bronić kilku podbramkowych sytuacji równocześnie. Wiele rzeczy powinno być zrobionych na przedwczoraj, tymczasem nie ma nic. Z szafy wyleciało za to kilka trupów. We wtorek pochłonięty ME kobiet zarząd w ogóle nie poruszył tematu wyboru selekcjonera, więc obowiązują ustalenia z pierwszego posiedzenia - za sprawy szkoleniowe, czyli m.in. wybór trenera teoretycznie odpowiada członek zarządu Zdzisław Kassyk, ale w praktyce rozeznanie w tej sprawie prowadzi Walter Jeklin, czyli najpoważniejszy kandydat na dyrektora sportowego kadry. Nieoficjalne rozmowy z kandydatami są jednak trudne, bo Jeklin czeka na informacje od Bachańskiego w sprawie budżetu. I w pewnym sensie koło się zamyka... Z kim rozmawia Jeklin? Tego nie udało mi się dowiedzieć, ale z drugiej strony nie wyczułem wśród rozmówców przekonania, że najpoważniejszym kandydatem jest Tomas Pacesas. Asseco Prokom Gdynia jest najlepszym zespołem w Polsce, firma Prokom kilkakrotnie ratowała w ostatnich latach związek, ale wniosek, że Litwin obejmie kadrę wcale nie jest oczywisty. Bo właściwie dlaczego Prokomowi miałoby zależeć na promowaniu Pacesasa do kadry, skoro na pewno ucierpi na tym klub? Prokom, po nieudanym sezonie w Eurolidze, będzie musiał się w przyszłym sezonie odbić od dna w elicie, a ewentualna praca Pacesasa z kadrą raczej gdynianom nie pomoże. Pacesas jako kandydat pożądany ze względu na jakość pracy w klubie? W ten sposób nikt tego nie ujął... Inne nazwiska, które powtarzają się w rozmowach z osobami z kręgu nowego zarządu, to Jasmin Repesa, Sebastian Machowski, Zoran Sretenović... Ale sam zastanawiam się, czy jest sens je wymieniać, bo to jednak bardziej luźne pomysły, a nawet strzały na ślepo niż konkretne kierunki akceptowane przez zarząd. Zresztą, jak napisałem wyżej, najważniejszy w procesie wyboru trenera ma być Jeklin, a ten w pierwszej kolejności - przy założeniu, że związek będzie miał pieniądze - chce ponoć szukać kandydata wśród tych, którzy mają doświadczenie w pracy z kadrą. Z drugiej strony nie brak też opinii, że jak pieniędzy nie będzie, to trzeba przygotować się na wariat tani, czyli polskiego trenera z polskiej ligi. Dopóki jednak związek nie opracuje budżetu na 2011 rok, konkretów w sprawie nominacji nie będzie.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ciekawe blogi
![]() Indiana '91
|