Łukasz Cegliński: Koszykówka - maggots - Formuła 1 - maggots - Muzyka - maggots
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
poniedziałek, 06 września 2010

Asseco Prokom Gdynia gra w ćwierćfinale Euroligi, reprezentacja do lat 17 zdobywa srebrny medal mistrzostw świata, reprezentacja seniorów po serii ups and downs ostatecznie przegrywa eliminacje mistrzostw Europy, zarząd i rada nadzorcza PLK zwalniają Prokom z części rozgrywek Tauron Basket Ligi proponując przyznanie mu bilansu lidera.

Maciej Lampe udziela szczerego wywiadu, w którym przyznaje się do błędów młodości, do zarządu ligi  wchodzi Stanisław Trojanowski, FIBA Europe zwiększa liczbę uczestników ME z 16 do 24, co oznacza, że Polska weźmie udział w przyszłorocznych finałach na Litwie, mimo przegranych na boisku eliminacji.

Czy to wszystko wydarzyło się w rzeczywistości?

Szalone lato, nieprawdaż?

Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać...

Ale po kolei - teoretycznie najważniejszym newsem ostatnich dni był ten niedzielny: powiększenie ME oznacza, że Polska zagra w finałach po raz trzeci z rzędu. Można czuć z tego powodu zażenowanie, można mówić o wypaczeniu istoty sportowej rywalizacji, można posłuchać kawałka Kazika "XX wiek" z płyty "Melasa" - to ten z wersem "Liga Mistrzów, Liga Mistrzów, kto odpadnie, ten zostaje..."

Nie zabraknie głosów radykałów, którzy powiedzą, że ktoś powinien się unieść honorem i z takiego prezentu zrezygnować, ale mi o wiele bliższe jest stwierdzenie wiceprezesa PLK (wciąż, wbrew obiegowym opiniom), członka zarządu PZKosz i - w niedzielę usłyszałem to z jego ust oficjalnie - kandydata na nowego prezesa związku Grzegorza Bachańskiego:

Nie powinniśmy przechodzić do porządku dziennego nad sportowymi słabościami reprezentacji, jesteśmy na Litwie niestety tylko z przyczyn administracyjnych, ale z decyzji FIBA Europe cieszyć się trzeba.

Nieprzypadkowo cytuję Bachańskiego tutaj i w artykule do "Gazety Wyborczej" (dzwoniłem także do prezesa PZKosz Romana Ludwiczuka, ale ten w niedzielę po południu nie odbierał telefonu) - wybory do związku powinny odbyć się na początku listopada, czyli dokładnie za dwa miesiące, a ostatnie wydarzenia (o nich za chwilę) to już wyraźny sygnał, że wojna o prezesurę zaczęła się na dobre.

W ciągu kilku najbliższych dni media - łącznie ze mną - zajmować się będą prawdopodobnie administracyjnie wskrzeszoną reprezentacją, która szykowała się do długiego, jesienno-zimowo-wiosennego snu, ale nie dajcie się zwieść - to temat bardzo ważny, ale jednak zastępczy. Po tym, co działo się w polskiej koszykówce w ostatnich latach śmiem twierdzić, że najważniejszym meczem koszykarskim między Odrą i Bugiem będą jesienne wybory prezesa PZKosz. I co tu dużo ukrywać - jestem kibicem z wyrobionym zdaniem, które powtarzam regularnie od roku: chcę, żeby Ludwiczuk te wybory przegrał.

Stwierdzenie, że chcę, aby Bachański wygrał jest niby tożsame z powyższym, ale nie potrafię tego napisać wprost i bez żadnego "ale". Bachański to dobry, ale niewymarzony kandydat na prezesa PZKosz. Idealny sekretarz generalny, ważny człowiek drugiego planu, choć jako członek zarządu kilka bitew w zakulisowej polityce w związku i na jego peryferiach przegrał. W 2006 roku to on promował na prezesa PZKosz Ludwiczuka po tym, jak do dymisji podał się Marek Pałus, kilka miesięcy temu to on mocno popierał kandydaturę Jacka Jakubowskiego na prezesa PLK.

Oczywiście, można powiedzieć, że skuteczne wypromowanie Ludwiczuka na prezesa związku to sukces Bachańskiego, ale jakże blado wygląda to teraz, kilka lat po tym jak wałbrzyski senator wymknął się spod kontroli i zaczął realizować swój własny bezplan. Jeśli tamtego manewru nie można jednak uznać za jednoznaczną porażkę, to już bez wahania należy określić tak prezesurę Jakubowskiego (o najświeższych kwestiach z nią związanych za chwilę). W międzyczasie Bachański poległ z Dariuszem Kowalczykiem w bezpośrednio go dotyczącej bitwie o fotel szefa Kolegium Sędziów.

Teraz Bachański idzie na wojnę z Ludwiczukiem. Wydaje się, że idzie zbyt ostrożnie. Zamiast wykorzystać fakt, że Ludwiczuk poniósł kilka porażek z rzędu (choć spodziewam się, że decyzję FIBA Europe przedstawi jako sukces swojego lobbowania), zamiast wykorzystać momenty, w którym prezes PZKosz kompromituje siebie i całą dyscyplinę, Bachański buduje elektorat po cichu i unika publicznych wypowiedzi.

Kandydat na prezesa tłumaczy ponoć, że to nie media wygrają dla niego wybory, tylko delegaci na zjazd. Z Ludwiczukiem ściera się więc po cichu - w gabinetach przy ul. Ciołka w Warszawie lub na objazdowych posiedzeniach rady nadzorczej. Zobaczymy jakie będą tego efekty. Zwolennicy Bachańskiego mówią, że umie zjednywać sobie ludzi, że umie słuchać, że chce zaufać specjalistom.

O plusach i - głównie - minusach czteroletniej kadencji Ludwiczuka pisałem już wielokrotnie. Teraz przypomnę tylko pewne terminy i tytuły: główny hamulcowy, prezes polskiej koszykówki, Ludwik XIV. "Błędne koło pod polskim koszem, czyli prezes prowadzi donikąd", "Ble ble prezesa polskiej koszykówki".

Ludwiczuk ma jednak zalety przydatne na wojnie - potrafi zlokalizować słabe punkty wroga i przeprowadzić atak w najmniej spodziewanym momencie. Ten ostatni - wprowadzenie do zarządu ligi Stanisława Trojanowskiego - to już prawdziwy majstersztyk. Koń trojanowski, normalnie.

Krótka sylwetka Trojanowskiego: w latach 90. - jako hurtownik Mazowszanki - wspomagał MKS MOS Pruszków i był architektem porozumienia szefa tej firmy Ryszarda Krystkiewicza z ówczesnym prezesem pruszkowskiego klubu Januszem Wierzbowskim. Potem zasiadał w zarządzie stowarzyszenia, które kierowało klubem, a po jego przekształceniu się w SSA pracował w nim jako specjalista od marketingu. Z klubu wyleciał ponoć na życzenie greckiego trenera Michalisa Kiritsisa, ale znalazł posadę w biurze PLK, którym rządził już Wierzbowski.

W ostatnich latach Trojanowski "trzymał ligę", czyli robił w niej wszystko począwszy od weryfikacji, wydawania licencji, nakładania kar na kluby, pilnowania, by realizowały ustalenia z nielicznymi sponsorami, zajmował się elementami marketingu. Był specjalistą od wszystkiego i od niczego równocześnie. Innymi słowy - przykładem człowieka, który nie powinien uczestniczyć w profesjonalizacji ligi.

O wprowadzeniu Trojanowskiego do zarządu ligi rozmawiałem z Jakubowskim, który między wątpliwymi argumentami przemawiającymi za tym rozwiązaniem przyznaje, że jest uzależniony od rady. Po takim wyznaniu nie potrzeba wielkiej wyobraźni, aby dojść do punktu wyjścia tej decyzji, w której Ludwiczuk korzysta na zwolnieniu lekarskim Bachańskiego, urabia i tak już urobionego Jakubowskiego, i wprowadza do zarządu ligi swojego człowieka. Jeden z dwóch wymaganych podpisów członków zarządu przy różnorakich decyzjach - np. przywoływanej w rozmowie z Jakubowski kwestii umowy PZKosz z PLK na prowadzenie rozgrywek - Ludwiczuk ma zagwarantowany na starcie.

Jak rozsądny człowiek powinien skomentować zamieszanie z Trojanowskim i słowa Jakubowskiego? Proponuję cytat z Mirosława Noculaka z TVP Sport:

Myślę, że ci panowie uważają nas, ludzi koszykówki, za absolutne niemoty intelektualne. Przecież to jest bełkot i mówię to wprost i oficjalnie. Panie prezesie potrzebna jest sanacja dyscypliny. U-zdro-wie-nie! Związek i liga w taki sposób, o którym słyszymy nie są w stanie się same uzdrowić. Moim zdaniem te osoby nie rozumieją tego, co dzieje się w koszykówce. One są w niej przypadkowo.

Pamiętacie? Te słowa Noculak wypowiedział w magazynie "Za Trzy"... 11 miesięcy temu. Prawda, że pasują jak ulał do obecnej sytuacji? Minął rok, a polska koszykówka stoi za drzwiami wielkiego sportu i ze swadą podkręca wąsa.

Wspomniałem wyżej, że Bachański nie jest idealnym kandydatem na prezesa. To pasjonat i znawca koszykówki, więc boli mnie to, że w ostatnich miesiącach w sprawach kluczowych np. dla reprezentacji (wybór Igora Griszczuka na selekcjonera) nie zabierał publicznie głosu. Bachański, cały zarząd PZKosz w ogóle, dał ciche przyzwolenie Ludwiczukowi na realizację jego bezplanu, mając przy tym wygodną wymówkę: że autokratyczny prezes i tak nikogo nie słucha...

Tamta bierność i brak reakcji były prawdopodobnie częścią strategii polegającej na pozwalaniu Ludwiczukowi na brnięcie w absurdach. Z czajeniem się pora jednak już skończyć, bo skutki uboczne dla ligi, dla reprezentacji mogą być zbyt kosztowne.

Prezent od FIBA Europe tylko potęguje wagę wyzwania. Polska dostała w ostatnich latach dwie takie niespodzianki - w 2004 roku przyznano jej organizację ME, rok później wyciągnięto za uszy z dywizji B. Drużyna prowadzona przez Andreja Urlepa skorzystała z okazji i w 2006 roku awansowała na ME. Zeszłorocznych finałów w Polsce nie wykorzystano jednak w ogóle, co widać po sportowo-organizacyjnej sytuacji w jakiej są reprezentacja i PZKosz.

Jak będzie z tą trzecią szansą od FIBA Europe?

Plan Bachańskiego - zgodnie z tym, co mówił w niedzielę - jest taki: zrobić finansowy bilans otwarcia i przekonać się jakimi pieniędzmi dysponuje związek; do zarządu PZKosz spróbować wprowadzić ludzi koszykówki związanych z biznesem - np. Przemysława Koelnera; dokonać selekcji przy wyborze ludzi do zarządu, czyli wymienić kadry; zdecentralizować szkolenie, wykorzystać ośrodki, które już istnieją - wspierać je i pozwolić im działać; wykorzystać młodych specjalistów, których mamy. Ogólnie: współdziałać, zamiast rządzić.

To ogólniki, o których cztery lata temu mówił Ludwiczuk (chciał powołać radę sponsorów z ludźmi z dużego biznesu, którzy robiliby dobry klimat wokół koszykówki). Deklaracje są słuszne, ale tylko wtedy, jeśli zostaną potem zrealizowane. Na razie ich znaczenie jest marginalne.

Spodziewam się, że Ludwiczuk niebawem powtórzy punkty programu Bachańskiego jota w jotę, ale dla mnie nie ma to żadnego znaczenia. Żadnego. Bo co dobrego dla związku może zrobić prezes, który przez cztery lata nie stworzył najzwyklejszego działu marketingu, a lidze - której radzi i którą nadzoruje - wpycha do zarządu Trojanowskiego?

Teoretycznie Ludwiczuk nie powinien mieć szans na ponowną kadencję w roli prezesa, ale to jest polska koszykówka. Tu każdy wynik jest możliwy.

sobota, 04 września 2010

W sobotę rano atakuję pół żartem, pół serio, ale przez moment naprawdę byłem w kropce...


Wystarczył jeden klik, aby wszechświat i perspektywa wolnej soboty z piękną pogodą wróciły na miejsce.

Miłego dnia!

czwartek, 02 września 2010

"New York Times" nadaje z mistrzostw świata w Turcji:

After dancing during games between Russia and China and Greece and the Ivory Coast on Wednesday, the Red Foxes did not appear for the finale between Turkey and Puerto Rico.

“It’s a political question,” Rozhkova, the director of the Red Foxes, said during the Turkey game. “I have no comments about it.”

Alterations made for the dance routines at different arenas of the world championship in Istanbul cast a doubt on the Turkish Basketball Federation’s explanation. The FIBA secretary general, Patrick Baumann, said that “special arrangements” were made for the dancers during the United States-Iran game in Istanbul on Wednesday.

In previous games, the dancers had been scantily clad and featured one routine in which a dancer pulled her legs through the basketball hoop and did a split over the rim while hanging upside down. The Iranian political delegation appeared bothered by this. During timeouts, when the dancers appeared, people stood in front of them in the V.I.P. area to block views.

On Wednesday, however, the dancers were much more covered up out of respect for the Iranians. They wore black tights to cover their legs and oversize white T-shirts with black wristbands. They later came out in tights and tank tops. That was a stark contrast from the miniskirts and bare legs and midriffs that had been a staple of their previous routines.

Kto uważnie oglądał zeszłoroczne mistrzostwa Europy w Polsce, ten wie, dlaczego stworzyłem tą notkę...

PS. Kibicuję Francji.

środa, 01 września 2010

Niestety.

Trzymam kciuki za Przemysława Karnowskiego, ale cieszyć się z tej informacji nie umiem.

Pisząc i mówiąc o reprezentacji Polski Igora Griszczuka kilkakrotnie wspominałem o tzw. griszczukowym charakterze, czyli słowie-wytrychu, którym selekcjoner - ale także trener Anwilu Włocławek - najczęściej tłumaczy to, co dzieje się na boisku.

Kolega z "Gazety Wyborczej" Paweł Rzekanowski przedstawił to znakomicie.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

W odzewie na apel Piotra Szeleszczuka - co możemy zrobić, żeby uratować jedyny w swoim rodzaju i jeden z najfajniejszych w koszykarskiej Polsce blog o Pogoni Ruda Śląska?

Zajrzyjcie koniecznie - dowiecie się o co chodzi (w skrócie: autor jest zastraszany przez nieprzychylnego blogowym treściom kierownika Pogoni), a przy okazji przekonacie się, że nie chodzi tu o byle jaki blog. To twórczość wyjątkowa - jest w niej i pomysł, i wyjątkowa forma.

Przyznam, że nie mam pomysłu, co można w tej sprawie zrobić, ale wierzę w potęgę internautów i czekam na propozycje.

Do wtorkowej "Gazety Wyborczej" napisałem komentarz dotyczący przegranych eliminacji mistrzostw Europy (niektóre fragmenty to rozwinięcie przemyśleć z poprzedniego wpisu na blogu). Tytuł - "Koszykarski krok wstecz" - jest znaczący, bo przecież biorąc w nawias zeszłoroczne mistrzostwa w Polsce, na których biało-czerwoni zagrali jako gospodarz, zakończone w niedzielę eliminacje wypadły gorzej niż te z 2006 roku pod wodzą Andreja Urlepa.

Kadencja Romana Ludwiczuka pod względem wyniku sportowego kończy się zatem gorzej niż zaczynała i to pomimo wyjątkowych dla polskiej koszykówki wydarzeń w trakcie jej trwania - wspomnianych ME, finału NBA z udziałem Marcina Gortata oraz ćwierćfinału Euroligi w wykonaniu Asseco Prokomu Gdynia.

Zapraszam do dyskusji na temat, który wałkowaliśmy już wiele razy - co zrobić, żeby było lepiej?

Zapraszam także do lektury wtorkowej "Gazety" lub Sport.pl, gdzie ukaże się długi wywiad o eliminacjach z Gortatem.

Ostatnia sierpniowa niedziela miała być polskim dniem w Belgii. I była, ale tylko połowicznie. Wyścig o Grand Prix Belgii na Spa-Francorchamps przyniósł pozytywne emocje w postaci trzeciego miejsca Roberta Kubicy, ale atmosferę sukcesu zepsuła porażka koszykarzy.

Belgia - Polska 70:67. Nie ma bezpośredniego awansu na przyszłoroczne mistrzostwa Europy.

Dzień był długi, a emocji w nim wiele. Głowa puchnie od przemyśleń, za rogiem każdego z nich kryją się pytania, zastrzeżenia, ślepe uliczki... Na gorąco proponuję kilka wniosków, które w najbliższych dniach będziemy rozwijać.

Trener Igor Griszczuk nie jest trenerem gotowym na prowadzenie reprezentacji Polski i bez wahania napisałbym to także w przypadku zwycięstwa w Belgii i bezpośredniego awansu na mistrzostwa Europy.

O błędach trenera pisze Michał Owczarek na blogu "Pick and roll", ja napiszę krótko: skoro najważniejszy mecz eliminacji jest niemal kalką wcześniejszej porażki w Portugalii (dobry początek, wysokie prowadzenie, szansa w końcówce), to znaczy, że drużyna nie wyciągnęła ze swoich słabości żadnych wniosków. Skoro poziom gry obniża się już w drugiej kwarcie, a po przerwie zespół zaczyna grę od wyniku 0:10, to znaczy, że pomysłu na poprawę sytuacji nie było.

Reprezentanci Polski - większość jej zawodników - jest mentalnie niedojrzała. Świadczy o tym przypadek Adama Hrycaniuka z meczu Antwerpii - na pierwszy rzut oka nieistotny i wyolbrzymiony, ale moim zdaniem istotny. Zmiennik Marcina Gortata tuż po wejściu na boisku w podkoszowym zamieszaniu zgubił soczewkę i musiał zejść z boiska. Po chwili okazało się, że zapasowe zostawił w hotelu...

Hrycaniuk nie odmieniłby sytuacji na boisku, ale twarde łokcie i pięć fauli przydałyby się w tym meczu, w którym rywal miał aż 11 zbiórek w ataku. Co z tego, że Hrycaniuk 10 minut przed czasem stawił się na przedmeczowej odprawie w hotelu, skoro zawiódł drużynę na boisku? Kadrowa dyscyplina - ta wyimaginowana namiastka koncentracji, którą próbował wprowadzić Griszczuk - była nieistotna i na pokaz. Prawdziwej, potrzebnej dyscypliny w głowach nie było. Czy Hrycaniuk był należycie skoncentrowany?

Z drugiej strony - jaki przykład dał Griszczuk, który jeszcze przed wyjazdem do Portugalii zwolnił z pracy w sztabie szkoleniowym swojego asystenta Pawła Turkiewicza, aby ten mógł się przygotowywać do sezonu z Polpharmą Starogard? Jeśli Turkiewicz był Griszczukowi zbędny, to po co w ogóle pracował z kadrą? Jeśli był potrzebny, to dlaczego - do cholery! - selekcjoner dał mu wolne przed najważniejszymi meczami? I jakie wrażenie musiało to zrobić na zawodnikach?

Kwestia mecze w domu vs mecze na wyjeździe, czyli bilans 4-0 vs 0-4 - co zaciemnia obraz? Przekonujące zwycięstwa u siebie, czy regularne wyjazdowe porażki? Czy Polska to dobry zespół, który zaliczył wpadki na wyjeździe czy może przeciętna ekipa, która wykorzystała atut własnej hali?

Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, ale chyba bliższe prawdy jest to drugie twierdzenie. Wnikliwi obserwatorzy zauważyli, że nawet w zwycięskich meczach - np. z Portugalią czy Bułgarią - gra Polaków nie była wiele lepsza niż w spotkaniach wyjazdowych. Dom to odpoczynek, spokój, doping, radość, pewność siebie, a wyjazd to zmęczenie, znużenie, presja, złość i strach. Na Polaków te różnice działały, drużyna nie potrafiła sobie z tym poradzić.

Pokusa zrzucania całej winy za brak awansu na Griszczuka jest duża i uzasadniona, ale to nie tylko trener jest odpowiedzialny za to, że w mamy w Polsce bardzo niewielu koszykarzy na europejskim poziomie. Widać to było w momencie, kiedy jeden z nich (w Antwerpii - Maciej Lampe) miał gorszy dzień, widać to było w przypadku kontuzji Krzysztofa Szubargi. Griszczuk powinien zadbać o możliwość dołączenia do drużyny Tomasza Śniega w każdej chwili, ale fakt, że mamy w Polsce 2,5 rozgrywającego zdolnego do gry w reprezentacji (Śniega traktuję jako 0,5, bo nie jestem pewny czy pomógłby na wyjazdach), jest przygnębiający.

Last but not least - selekcjonera Griszczuka wymyślił sobie prezes PZKosz Roman Ludwiczuk. Szef związku nie potrafił znaleźć trenera, który zminimalizowałby ryzyko niepowodzenia (zminimalizował, bo gwarancji sukcesu nie dałby nikt), więc poniekąd jest odpowiedzialny za brak awansu. Czy przełoży się to na ocenę jego prezesury w oczach delegatów w zbliżających się wyborach?

Najgorsze jest to, że większość z tych moich wniosków czy też przemyśleń byłaby prawdziwa, nawet jeśli Polska pokonałaby w niedzielę Belgię i awansowałaby na mistrzostwa Europy. Griszczuk pozostałby słabym trenerem, wybór rozgrywających ograniczałby się do trzech, przaśna Tauron Basket Liga nie pozwalałaby dojrzewać koszykarzom, a Ludwiczuk wciąż byłby głównym hamulcowym dyscypliny w Polsce.

Gdyby Polacy w Belgii wygrali i wywalczyli miejsce na litewskich mistrzostwach Europy, pewnie nie ocenialibyśmy wnikliwie wszystkich niedociągnięć. W tych eliminacjach najważniejszy był wynik, styl pozostawał na drugim miejscu. Okazało się jednak, że i wynik, i styl wystarczył zaledwie do czwartej pozycji w grupie.

Ostatni tydzień w polskiej koszykówce był przygnębiający. Zamieszanie związane z udziałem Asseco Prokomu Gdynia w całym sezonie Tauron Basket Ligi i smutny koniec eliminacji sprawiają, że tęsknię za wakacjami w Bieszczadach.

Na ukojenie nerwów zszarganych emocjami sportowymi polecam opowiadanie "Mrówka 2" prosto z Siekierezady.

piątek, 27 sierpnia 2010

Na pierwszy rzut oka - niewiele.

Asseco Prokom Gdynia zagra w lidze od początku sezonu i nie będzie miał - poza przekładaniem spotkań - żadnej taryfy ulgowej.

Tauron będzie sponsorem przez następny rok, a może nawet przez dwa kolejne lata - umowa jest podpisana na sezon z opcją przedłużenia o dwa. Liga za pierwszy sezon dostanie 1,2 mln złotych.

Dzięki sponsorowi będą pieniądze na transmisje telewizyjne - planowane jest przynajmniej 30 w TVP Sport. Transmisje z rosnącą oglądalnością mają być głównym katalizatorem zmian na lepsze.

Prezes ligi Jacek Jakubowski od początku pełnienia swojej funkcji wymieniał te dwie ostatnie kwestie jako fundamenty swojej polityki. Wygląda na to, że będzie mógł je postawić.

Ale patrząc głębiej nie sposób nie dostrzec, że prezes, że zarząd, że cała liga na zamieszaniu z Prokomem straciła. I to dużo.

Tauron przekonał się, że w jego Tauron Basket Lidze - w koszykarskim środowisku w ogóle - panuje bałagan ogromny. Niewielkie pieniądze, tania polityka, nikczemne osobowości i tajemnicze zależności między nimi tworzą bajzel, nad którym trudno zapanować. Generalizuję, ale czy właśnie nie taki generalnie negatywny obraz pojawił się w ostatnich dniach przed oczami sponsora?

Wyszło na jaw, że na najwyższych stanowiskach w lidze i w związku tkwią marionetki. Jakubowski nie odmienił na razie swoją prezesurą ligowego zwyczaju, że szef ligi jest zależny od rady nadzorczej. Zarząd nie rządzi, tylko słucha, a rada nie doradza, tylko nakazuje.

Jakubowski był jednak w Prokomgate marionetką podwójną - po pierwsze: od początku pojawienia się kwestii udziału mistrza Polski w lidze VTB ślepo, bezrefleksyjnie i nie zważając na interes ligi szedł - z przyzwyczajenia? - na rękę swojemu byłemu pracodawcy. Po drugie: zmieniając i precyzując na początku roku ligowe regulaminy nie uzyskał ostatecznego zdania w sprawie np. systemu rozgrywek. Zostawił ją w rękach klubów i Ludwiczuka, a to nie jest dobre rozwiązanie.

Ludwiczuk - ten, który zwykł traktować pracowników związku i ligi jak marionetki - sam okazał się jednak płotką, kiedy do rozsądku przemówiło mu ministerstwo sportu. Mówiąc językiem adekwatnym do jego szefa Adama Giersza - Ludwiczuk podkręcił piłeczkę, która otarła się o siatkę i spadła na stół rywala, ale ten odpowiedział ściną, której obronić się nie dało.

Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Ludwiczuk nie jest prezesem, który wie i czuje, o co chodzi w zarządzaniu związkiem lub ligą. Ale to nic nowego.

Prysnął mit Jakubowskiego, który posprząta stajnię Augiasza, jak lubił określać ligowe środowisko poprzedni prezes Janusz Wierzbowski. Ostatnie wydarzenia pokazały, że brak mu i charyzmy, i wizji. W tym jest podobny do Wierzbowskiego, ale odróżnia go to, że stworzył sobie jednak twórcze zaplecze w zarządzie i biurze.

To zaplecze może czuć pokusę, żeby odejście od absurdalnych propozycji rady traktować jako sukces, ale czy można tak określić powrót do punktu wyjścia, do naturalnego stanu rzeczy? Nie można.

Z drugiej strony nie dziwię się satysfakcji z tego, że zdołano przebić nienaruszalny do tej pory betonowy mur, za którym wygodnie usadowiła się grupa koszykarskich leśnych dziadków. Dla nich istotą wpływania na ligę jest zacietrzewianie się podczas dyskusji na temat obsad sędziowskich przy jednoczesnym ostentacyjnym lekceważeniu kwestii związanych z marketingiem, a ostatnio - wymyślanie absurdów. Tym razem musieli się jednak ze swoich pomysłów wycofać.

Mur został przebity przy użyciu zewnętrznych ładunków wybuchowych, ale jednak. Eksplozja naruszyła wizerunek Ludwiczuka jako prezesa prezesów, który może wszystko. Czy rzeczone mur i wizerunek naruszono na dobre czy tylko na chwilę - zobaczymy. Być może podczas zimowych wyborów na prezesa PZKosz.

Last but not least - liga straci prawdopodobnie ciekawą drugą część sezonu zasadniczego, czyli podział na szóstki. Prokom ma zagrać w lidze od początku i w pełnym wymiarze, ale wszystkich zakładanych wcześniej terminów zmieścić się nie uda. Tauron Basket Liga będzie zatem rozrzedzona i uboższa o kilka - kilkanaście? - ciekawych spotkań decydujących o rozstawieniu przed play-off.

Bilans zysków i strat Prokomgate jest zatem ujemny.

... póki rywale grają dla niej.

Czwartkowe zwycięstwo 92:81 Bułgarii nad Belgią oznacza, że reprezentacja Polski wciąż ma szansę na pierwsze miejsce w grupie C, czyli bezpośredni i bezwarunkowy awans do przyszłorocznych mistrzostw Europie na Litwie.

Wszystko zależy od koszykarzy trenera Igora Griszczuka, a rachunek jest prosty: jakiekolwiek zwycięstwo w niedzielę w Belgii daje im pierwszą pozycję niezależnie od wyników innych spotkań. Jakakolwiek przegrana oznacza brak awansu i spadek na najprawdopodobniej dopiero czwarte miejsce w grupie.

Jeśli biało-czerwoni w Antwerpii wygrają, to trzy zespoły grupy C będą miały bilans 5-3 - Polska, Belgia i Gruzja lub Bułgaria (te dwie ostatnie drużyny teraz mają po 4-3, a grają ze sobą, więc ktoś piąte zwycięstwo odniesie). Ale w każdej małej tabeli (Belgia, Bułgaria, Polska lub Belgia, Gruzja, Polska) na czele będą biało-czerwoni, którzy będą w niej mieli bilans 3-1. Belgia w pierwszym wariancie miałaby 1-3, a w drugim 2-2. Bułgaria z Polską i Belgią zagrała na remis 2-2, a Gruzja w takim zestawie miałaby wynik 1-3.

Reasumując: Polska wygrywa jednym punktem w niedzielę w Antwerpii i ma pewne miejsce na przyszłorocznych mistrzostwach Europy.

W przypadku porażki Polska spadnie jednak prawdopodobnie na czwarte miejsce w grupie C. Jeśli Bułgaria pokona Gruzję, będzie to pewne (Belgia 6-2, Bułgaria 5-3, Gruzja i Polska po 4-4, ale Gruzini mają lepszy bilans bezpośredni), jeśli w tym meczu padnie wynik odwrotny, będzie to niemal pewne (Belgia 6-2, Gruzja 5-3, Bułgaria i Polska po 4-4, remisowy bilans bezpośredni, ale Bułgarzy mają lepszy stosunek koszy w całych eliminacjach - w tej chwili +49 przy +31 Polaków).

Czwarta pozycja w poprzednich eliminacjach mogłaby oznaczać udział w barażach o utrzymanie w dywizji A, ale FIBA Europe reorganizuje rozgrywki i za rok o turniej na Litwie powalczy każdy z 10 zespołów, które nie wywalczyły awansu w tym sezonie (nie wiadomo jeszcze w jakim formacie). Jednak nawet gdyby obowiązywały zasady z poprzednich eliminacji, to Polakom walka o utrzymanie w dywizji A i tak by nie groziła - cztery wygrane wystarczyłyby do znalezienia się w tej lepszej grupie ostatniej szansy.

Reasumując: porażka przekreśli szanse na awans w tym roku, ale nie pozbawi ich Polaków za rok. Turniej barażowy będzie jednak szalenie trudny i nie ulega wątpliwości, że to na niedzielny mecz trzeba rzucić wszystkie siły, umiejętności i wykrzesać z siebie maksymalną determinację i koncentrację.

W pierwszym meczu w Łodzi biało-czerwoni byli zdecydowanie lepsi i rozgromili Belgów 93:73, ale faworytem nie będą, bo nie potrafią wygrywać na wyjazdach. Ostatni mecz o punkty poza Polską rozstrzygnęli na swoją korzyść... niemal dokładnie cztery lata temu - 31 sierpnia 2006 roku kadra prowadzona przez Andreja Urlepa wygrała 81:75 w Szwecji w pierwszym meczu eliminacji ME 2007.

Z kolei Belgowie to drużyna własnego parkietu - niedzielni rywale Polaków u siebie wygrali sześć kolejnych spotkań o punkty. Po raz ostatni przegrali w Belgii 13 września 2008 roku, kiedy w eliminacjach do zeszłorocznych ME w Polsce pokonała ich 71:65 Francja.

Bilanse bilansami, ale z drugiej strony na boisku liczą się inne rzeczy. Jeśli Polacy podejdą do meczu skoncentrowani, jeśli wyciągną wnioski z porażek w Gruzji, Bułgarii i Portugalii, to w niedzielę - choć trudno w to uwierzyć - kadra Griszczuka może świętować awans na mistrzostwa Europy!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99