Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011

25 punktów. 25 punktów zdobył w niedzielę Marcin Gortat w wygranym meczu z New Orleans Hornets. 25 punktów przy skuteczności 9/10 z gry, 7/7 z wolnych. Miał też 11 zbiórek. W 24 minuty...

25 punktów i 11 zbiórek w 24 minuty. Jeden niecelny rzut z gry.

25 punktów i 11 zbiórek w 24 minuty. Jeden niecelny rzut z gry.

25 punktów i 11 zbiórek...

Wpatruję się w te liczby, wpatruję i niedowierzam. Niedowierzam, choć przecież dwa dni wcześniej widziałem 19 punktów i 17 zbiórek Gortata przeciwko Boston Celtics...

To jest jakaś piękna bajka... A może nie? A może to po prostu hammertime, do którego trzeba się przyzwyczaić. No, może nie przyzwyczaić.

Poniżej zaktualizowany tekst felietonu, który napisałem do poniedziałkowej "Gazety Sport.pl":

Nowe życie Marcina Gortata

Środa, 26 stycznia. Mój pierwszy kontakt z drużyną Phoenix Suns. Przed meczem z Charlotte Bobcats spotykam Marcina Gortata pod szatnią. Witam się i pytam, co słychać. - O rany... No przecież mam nowe życie - odpowiada uśmiechnięty od ucha do ucha koszykarz. Krótko, ale jakże treściwie.

Potem oglądam Suns na żywo i przecieram oczy ze zdumienia - Gortat trafia rzut za rzutem. Do przerwy ma 16 punktów! (wykrzyknik stosowny, bo to ówczesny rekord kariery) W drugiej połowie jest jednak gorzej, punktów nie ma.

Piątek, 28 stycznia. Mecz z Boston Celtics. Wydarzenie dla Suns, wydarzenie dla całego Phoenix. I Gortat znów błyszczy, znów trafia, dobrze gra w obronie! Jasne - sporo czarnej roboty wykonuje za niego Robin Lopez, punktów nie byłoby bez Steve’a Nasha. Ale przez momenty gra Suns opiera się na Polaku.

Phoenix triumfuje! Przed wejściem do szatni już z daleka widzę rozradowaną twarz Gortata, który w odgrodzonym miejscu i w słuchawkach na uszach udziela kolejnego wywiadu na żywo. Kolejnego, bo pierwszy miał miejsce jeszcze na boisku. A mecz z Bostonem transmitowała na cały kraj ESPN... Błysnąć w takim meczu, to coś ekstra.

Niedziela, 30 stycznia. Mecz z New Orleans Hornets. Gortat zaczyna od dwóch niepotrzebnych fauli, siada na ławkę, pierwsze punkty zdobywa w ostatniej minucie pierwszej połowy. Cóż, myślę sobie, przecież znakomite mecze nie będą zdarzały się za każdym razem.

A w drugiej połowie już się tylko uśmiecham. Patrzę na dryblasa z koszulce z nr 4, słucham MC Hammera po każdym punkcie Gortata, widzę, jak szaleją na jego punkcie fani.

W tym miejscu trochę zwolnijmy. Posłuchajmy Gortata, który po meczu z Celtics mówił skupionym wokół niego dziennikarzom: - Chłopaki, spokojnie. Co wy myślicie, że teraz w każdym meczu będę tak grał?

Tak jak z Celtics i Hornets? Nie będzie. Drużyny NBA potrafią reagować na wydarzenia na boisku i z czasem przygotują się na zatrzymanie akcje Nasha, na podkoszowe zachowania Gortata. Ale sam fakt, że piszę o tym, że przeciwnik Suns będzie musiał uważać na Polaka jest znaczący. Gortat zaczyna być w NBA kimś przez duże „K”.

Dla nas kimś takim jest od dawna i to pomimo tego, że czasem zżymamy się na jego niewyparzony język. Tak jak w grudniu, kiedy Gortat po kilku meczach w Phoenix głośno opowiadał dziennikarzom, jak to świetnie grało się w obronie w Orlando i o tym, że on może pokazać nowym kolegom, co trzeba robić w defensywie.

Ale Gortat ma to do siebie, że większość swoich słów popiera ciężką pracą i nieustannym parciem do celu. I jak na razie - prędzej lub później - osiąga to, czego chce. Wybór w drafcie do NBA, podpisanie kontraktu, wywalczenie sobie miejsca na boisku, ogromna podwyżka, a teraz nowe życie po transferze do Phoenix.

Gortat od zawsze wierzy w siebie i - jak pokazują ostatnie mecze - często ma rację mówiąc, że wie, do czego jest zdolny. Grając w Orlando powtarzał nam przez dwa lata, że potrafi grać w ataku, tylko nie ma możliwości, aby to pokazać. Ja słuchałem go z uwagą, ale i niedowierzaniem.

A teraz czekam na każdy kolejny mecz. Bo wiem, że znów mogę mieć na co popatrzeć.

Przesłuchałem "Poison" i poszedłem.

Tuż przy hali US Airways Arena w Phoenix mieści się Cooperstown, czyli restauracja Alice'a Coopera, heavymetalowego wokalisty, który od lat mieszka w Phoenix i jest kibicem sportu.

Od momentu, w którym dowiedziałem się, że jadę do Arizony, odwiedziny tej knajpy były dla mnie jednym z obowiązkowych punktów wyprawy - w czwartek zrobiłem rekonesans wypijając w Cooperstown piwo, w piątek, w południe przed meczem Suns z Boston Celtics, przetestowałem lokal w większym wymiarze.

Wnętrze przypomina połączenie Hard Rock Cafe (w Phoenix jest dokładnie po drugiej stronie US Airways Center) ze sportowym barem Champions:


Wystrój wystrojem, ale najważniejsze jest przecież żarcie! Oczekiwałem, że w Cooperstown jakiś poison, ale tego w menu nie było.

Co było? Hot dog "The Big Unit" o długości 22 cali, czyli ok. 55 cm (to chyba tyle, ile ma but Shaqa - widziałem z bliska!). Sztuka mięsa "Megadeth Meatloaf" za 9,99$, "Magic Johnson's Shroomer Burger" (12,99$), burger "Charles Barkley's Chili Size" (9,99$), "Diana Taurasi's Pasta Pomidoro" (9,99$), "No More Mr Nice Guy" Chipotte Chicken Pasta (11,99$), naczous "Nightmare" (7,99$) czy "Bo Outlaw's Chicken Tenders" (7,99$).

Ja wziąłem "W.M.D.'s Wings of Mass Destruction" za 9,99$, przy których napisano, że this is the heat you have been searching for. Zamówiłem 10 sztuk, a przy 20 napisano, że bonusem jest telefon do straży pożarnej na koszt firmy...

Cóż, nie skłamano. Pożar w gębie miałem po zjedzeniu trzech, po kolejnych wyciągałem lód ze szklanki z piciem, żeby trochę się schłodzić. Z wrażenia (porażenia!) zapomniałem zrobić zdjęcia tym skrzydełkom masowej destrukcji. Frajerstwo z mojej strony, przepraszam.

W każdym razie, gdybyście trafili kiedyś do Phoenix, to Cooperstown polecam.

PS Kojarzycie "Murowania z cegieu"? Nie czuję się na siłach podsumować ostatnią kolejkę, ale może mi pomożecie - chętnych specjalistów od Tauron Basket Ligi proszę o przysłanie na adres cegieu@gazeta.pl wymurowanej 15. kolejki w formie wymyślonej przez siebie, ale z zachowaniem elementów "Nagrody i wyróżnienia", "MVP Race", Trafiaj Andrzej, trafiaj!", "Seria Hinsona", "Młodzi wioślarze" i "W poszukiwaniu 25. triple-double".

Zastrzegam sobie prawo do drobnych ingerencji w tekst, wyciągnięcie średnich z wyróżnień i drgań w "MVP Race". Dla autorów najciekawszych tekstów przywiozę drobne upominki z Phoenix. Liczę na was!

sobota, 29 stycznia 2011

Ciężko zebrać myśli po takim meczu. Phoenix Suns nieoczekiwanie pokonali Boston Celtics, a najlepszym koszykarzem meczu - podwójnie nieoczekiwanie - został Marcin Gortat, który w wywiadzie dla Sport.pl mówi, że ciągle pracuje, aby grać jeszcze lepiej.

A ja - mimo środka nocy w Phoenix - staram się wykonać kilka kroków w tył i ustalić fakty.

Polski koszykarz zdobył 19 punktów i miał 17 zbiórek w meczu z wicemistrzem NBA i kandydatem do tytułu. Gortat błyszczał prawdziwym blaskiem w spotkaniu z Boston Celtics, którzy mają drugi najlepszy bilans i najbardziej doświadczony, najtwardszy zestaw podkoszowych w NBA.

I tylko trochę interesuje mnie fakt, że Celtics dzień wcześniej grali w Portland, że wylecieli stamtąd o 1 w nocy i stracili godzinę podczas przekraczania strefy czasowej. Tylko trochę interesuje mnie to, że Shaquille O'Neal i Kendrick Perkins mieli problemy z faulami, a Glen Davis - ze ścięgnem. Cóż, taka jest NBA. Każdy dzień jest inny, każdy miewa napięty terminarz, Gortat kostkę podkręcił w poprzednim meczu z Charlotte.

Polak w NBA konsekwentnie idzie do przodu. Czasem wolniej, czasem szybciej, ale prze naprzód. Nie wiem czy teraz już w każdym meczu będzie zaliczał double-double, pewnie nie. Ale jego średnie z sześciu ostatnich spotkań to 12,8 punktu i 10,8 zbiórki. Średnie imponujące.

Jeszcze fajniejsza od tych liczb jest jednak pewność gry Gortata, któremu coraz częściej wychodzi na boisku to, co sobie zaplanuje. Dominuje pod tablicami w meczu z drużyną, której siła polega często właśnie na dominacji pod koszami. Gortat - powtórzę - ma 19 punktów i 17 zbiórek przeciwko Celtics, a potem udziela wywiadów - ESPN, Fox Sports Arizona, stacje radiowe...

Świetny występ Polaka to także zasługa Steve'a Nasha, który podawał mu znakomite piłki i Robina Lopeza, który wyeliminował z gry O'Neala i Perkinsa, ale w świat pójdzie jednak - już poszła - informacja, że Marcin Gortat miał 19 punktów i 17 zbiórek w zwycięskim meczu z Boston Celtics.

Powtarzam to po raz kolejny, bo chyba trudno mi w to uwierzyć, choć widziałem to na własne oczy.

piątek, 28 stycznia 2011

Tym razem bez zdjęć, ale z treścią - spostrzeżenia z Phoenix, bez ładu i składu:

- w czwartek wieczorem widziałem start F-16. Akurat wracałem do domu, kiedy zobaczyłem błysk na czarnym już niebie. Robi wrażenie. Mam nadzieję, że będę jeszcze świadkiem podobnej akcji - jest szansa, bo mieszkam tuż przy Luke Air Force Base w Litchfield Park

- to moja druga bezpośrednia styczność z NBA, pierwsze kroki stawiałem w Orlando podczas finału w 2009 roku. Ówczesny koszykarski hype na Florydzie był - co zrozumiałe - o wiele większy niż obecny w Phoenix, ale środowe spotkanie z Charlotte Bobcats, imprezy okołomeczowe na parkiecie i trybunach, zrobiły na mnie wrażenie

- na podstawie lektury kilku stacji radiowych nie mam wątpliwości, że koncert Ozzy'ego Osbourne'a był o wiele większym wydarzeniem dla miasta niż mecz Suns z Bobcats

- do Litchfield Park dojeżdżam codziennie autostradą nr 10, która prowadzi do Los Angeles. Znaki z informacją, że Sunset Strip oddalone jest tylko o trzysta parę mil kuszą, ale nie dam rady tam dojechać...

- nie mogę się skupić, oderwać od rzeczywistości, w której obecnie jestem i napisać czegoś mądrego przed sobotnimi wyborami na prezesa PZKosz. Ale garść linków podam: debata z "Basketu", Szczepan Radzki ("Gazeta Wyborcza", na blogu), Jakub Wojczyński ("Przegląd Sportowy", na blogu), Marek Cegliński ("Rzeczpospolita), Supergigant, Antyblog (polecam całą twórczość, informuje na bieżąco).

- w sobotę idę na mecz konferencji Pac-10 NCAA, czyli ASU - UCLA. Innymi słowy: Sun Devils - Bruins. W składzie gości jest m.in. syn Detlefa Schrempfa Alex, który jednak w tym sezonie rozegrał tylko jedno spotkanie

- jeden z porządkowych w US Airways Center pochwalił mi się, że jest byłym hokeistą i grał w Europie - w Niemczech i w Austrii, czyli blisko Polski

- na zdjęciach centrum Phoenix, które publikowałem wcześniej rzeczywiście praktycznie nie ma ludzi. Powody są dwa: w downtown się nie mieszka, tylko parkuje i pracuje, a poza tym robiłem je przed 10 rano. Wczesnym popołudniem, kiedy ludzie wychodzą na lunch, wygląda to trochę cieplej

- przed meczem z Bobcats większość koszykarzy Suns rozgrzewała się na siłowni, wykonywała jakieś specjalne ćwiczenia, a Robin Lopez przez mniej więcej 20 minut grał przy swojej szafce, a potem w pokoju z telewizorami w jakieś gry komputerowe

- w piątek rano wyszedłem z domu o dziewiątej rano w krótkim rękawku i trochę zmarzłem

- prezentacja Suns zaczyna się od "Hell's Bells" AC/DC, a prowadzi ją Cedric Ceballos

- ogromne wrażenie zrobił na mnie kompleks sportowo-rozrywkowy w Glendale, czyli Westgate City Center - wybudowano je na Super Bowl w 2008 roku, oprócz ogromnego stadionu futbolowego jest tam wielka hala, w której grają obecnie hokeiści Phoenix Coyotes, mnóstwo knajp, kin, sklepów, hoteli itp. Od razu przypomniała mi się hala Koło w Warszawie, gdzie podczas przerw w meczu Polonii przy jedynym barku robi się tłok, kiedy coś do picia chce kupić 20 osób...

- przez zachodnie krańce metropolii Phoenix, gdzieś między Glendale i Litchfield Park, przepływa rzeka. Przynajmniej teoretycznie, bo wody w niej mało, a jeśli już, to stoi, a nie płynie

- oficjalny sklep Phoenix Suns, który mieści się w US Airways Center jest bardzo fajny, ale sklep Arizona Diamondbacks w pobliskim Chase Field robi dużo większe wrażenie

- najbardziej heavy stacja radiowa w Phoenix ma częstotliwość 97,9

czwartek, 27 stycznia 2011

Pisałem o tym w relacji z meczu Phoenix Suns - Charlotte Bobcats. Przerwa między trzecią i czwartą kwarta, pokaz akrobatycznych wsadów po wybiciu z trampoliny i nagle...

Niecierpliwi niech od razu przewiną do minuty i 25. sekundy.

W oczekiwaniu na trening parę zdjęć z centrum Phoenix - północne i południowe okolice hali.

Najpierw północne, czyli co widać sprzed głównego wejścia:

US Airways Center, a także pobliski baseballowy Chase Field leżą na południowym skraju downtown. Idąc w kierunku północnym oglądamy takie widoki:

Ostatnie zdjęcie przedstawia lokalną odmianę Pałacu Kultury i Nauki, na jednym z wcześniejszych widzicie siedzibę dziennika "Arizona Republic", który najwięcej i najczęściej pisze o Suns.

Ale przenieśmy się teraz na południową stronę hali...

To zdjęcie wykonałem ze schodów US Airways Center przy wejściu południowym. Jest różnica, prawda?

Ostatnie pięć zdjęć to naprawdę bardzo bliska okolica hali, dosłownie kilka kroków. Nie to, żeby jakieś slumsy i niebezpieczne okolice, ale to jednak już takie magazynowe obrzeża centrum.

Po downtown jeżdżą autobusy i tramwaje, ale największe wrażenie robią samoloty, które przelatują nad centrum co minutę, dwie. Lotnisko w Phoenix jest położone bardzo blisko downtown.

Z miejskich ciekawostek - biorąc pod uwagę tylko granice miasta, Phoenix jest piątym najbardziej liczebnym miastem w USA (1,6 mln mieszkańców). Wraz z przyległościami stolica Arizony ma 4,3 mln, ale wśród metropolii spada na 12. miejsce. To jednak i tak o wiele większe miasto niż Orlando, które ma odpowiednio 235 tys. i 2,1 mln i miejsca 80. i 27.

O sportowej sile Phoenix - także w kontekście Orlando - przeczytacie na Sport.pl.

środa, 26 stycznia 2011

To będzie zagadka. Niełatwa.

Nie, nie chodzi mi o nazwisko koszykarza z piłką - Olivera Millera zna każdy fan. Spasiony środkowy bardzo dobrze radził sobie w debiutanckim sezonie 1992/93 w Phoenix Suns u boku m.in. Charlesa Barkley'a - drużyna dotarła wtedy do finału NBA (2:4) z Chicago Bulls. Kilka lat później Miller przyjechał do Pruszkowa i grał w Hoopie.

I właśnie z tym związana jest zagadka. Ilu koszykarzy NBA, którzy grali w Suns, pojawiło się później w Polskiej Lidze Koszykówki?

Od razu zaznaczam, że ja z pamięci wydobyłem tylko 60 proc. z nich, w zidentyfikowaniu reszty pomógł mi Adam Romański z Plk.pl, który prowadzi różnego rodzaju archiwa i ma m.in. spis koszykarzy NBA, którzy grali w Polsce.

Swoje odpowiedzi zamieszczajcie w komentarzach. Zwycięzcą zostanie ten, kto nie tylko poda stosowną liczbę, ale także wymieni nazwiska wszystkich tych koszykarzy. Jeśli nikt taki się nie znajdzie, to zdecyduje liczba i jak najwięcej nazwisk. Pierwsza kompletna odpowiedź zamyka konkurs - jeśli takowej nie będzie, to zgadywanka skończy się o północy z czwartku na piątek czasu polskiego.

Nagrodę przywiozę z Phoenix, ale nie wiem jeszcze dokładnie, co to będzie.

PS Chodzi o koszykarzy, którzy najpierw grali w Phoenix, a dopiero potem w Polsce. Cezary Trybański, Sean Marks i Marcin Gortat się nie liczą.

Przy okazji zapraszam na Twittera.

PS 2 KONKURS ZAKOŃCZONY: Nieźli jesteście panowie!

Najlepszy - najszybszy - Jacek, ale w związku z tym, że Mateusz spóźnił się tylko o 21 sekund, a na dodatek podał kluby w Polsce, zwycięzców jest dwóch.

Obu panów poproszę o kontakt na cegieu@gazeta.pl

Eksplorowanie okolicy zacząłem tradycyjnie, czyli od wycieczki pod halę. US Airways Center mieści się w centrum Phoenix, tzw. downtown, przy ulicy Jeffersona. Na zdjęciu widać ją po lewej stronie:


Stojąc w miejscu, z którego zrobiłem powyższe zdjęcie, wystarczy się odwrócić, żeby zobaczyć Chase Field, czyli stadion baseballistów Arizona Diamondbacks:

Tu ciekawostka - Phoenix jest jednym z 13 miast w USA, które posiadają drużyny w każdej z czterech najważniejszych lig zawodowych: Arizona Cardinals (futbolowa NFL), Phoenix Suns (koszykarska NBA), Arizona Diamondbacks (baseballowa MLB) i Phoenix Coyotes (hokejowa NHL). Kolejność nieprzypadkowa, tak wygląda miejski ranking popularności tych klubów.

Po obejrzeniu downtown przemieściłem się kilka przecznic na zachód, gdzie znajdują się miejsca i budowle historyczne - jeden z najstarszych domów w Phoenix i cmentarz z grobami z XIX wieku, gdzie leżą m.in. założyciele miasta. Phoenix powstało w 1865 roku, po wojnach USA z Meksykiem i domowej Północ - Południe.


Idąc w te historyczne miejsca natknąłem się w pewnym momencie, na uliczną ekspozycję jednego z muzeów, przy której opadła mi kopara...

Z centrum pojechałem kilkanaście kilometrów na południe do South Mountain Park, czyli parku narodowego Gór Południowych. To takie pasmo skalistych, porośniętych wielkimi kaktusami gór o wysokości 2-3 tys. m.n.p.m. Warto było wspinać się serpentynami dla obejrzenia panoramy miasta:


Z innych obserwacji - jak na Valley of the Sun przystało w ciągu zimowego dnia jest słonecznie i ciepło. Sporo kaktusów i palm, miasto jest fajnie zaplanowane, jeśli chodzi o nazewnictwo ulic.

I nie widziałem jeszcze skorpiona. W zimie się podobno chowają.

Wtorek był jednak tylko przygrywką to najbliższych dni, w której moja uwaga skupi się na innych kwestiach:


W klubowym sklepie w US Airways Center są zrozumiałe przeceny na koszulki m.in. Hedo Turkoglu, Jasona Richardsona czy Amare Stoudemire'a oraz ogromny wybór strojów Steve'a Nasha. W ofercie jest meczowa koszulka Garreta Silera, ale nie ma - jeszcze? - Marcina Gortata.

wtorek, 25 stycznia 2011

Na początek, na szybko dwa zdjęcia w centrum Phoenix:

Na Linkin Park się nie wybieram, ale na pięć kolejnych spotkań Phoenix Suns - jak najbardziej. Na razie się jednak aklimatyzuję...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Odbarwione, pokruszone, krzywe i zarośnięte. Ale ciekawe, bo na wyciągnięcie ręki.

WYBIÓRCZY PRZEGLĄD KOSZYKARSKIEGO WEEKENDU

Spodziewałem się takich wyników w 14. kolejce Tauron Basket Ligi. A czy coś mnie w ten weekend zaskoczyło? Kontuzjowany przed Meczem Gwiazd PLK Jerel Blassingame, który jednak zagrał w Kołobrzegu, Trefl Sopot, który zaczął skutecznie gonić Polpharmę Starogard Gd. po zejściu z boiska Filipa Dylewicza, ale najbardziej ekspert TVP Sport (i przyszły wiceprezes PZKosz ds. szkolenia?) Mirosław Noculak, który jednoznacznie poparł w wyborach na prezesa związku Romana Ludwiczuka.

Na miły Bóg...

NAGRODY I WYRÓŻNIENIA

MVP 14. kolejki: Ted Scott (Kotwica Kołobrzeg) - rzucający z Kotwicy kilka tygodni temu był o krok od wyrzucenia się z zespołu, ale chyba dobrze dla drużyny trenera Dariusza Szczubiała, że jednak został. W drugiej połowie pojedynku z Energą Czarni Słupsk zdobył aż 27 ze swoich 29 punktów, a Kotwica zdecydowanie ten fragment meczu wygrała. Scott miał przyzwoite 10/21 z gry i 6/7 z wolnych, dodał do tego dwie asysty i trzy przechwyty. Miał trzy straty. Kotwica odniosła bardzo ważne zwycięstwo.

Pierwsza piątka: Deonta Vaughn (Polpharma), Ted Scott (Kotwica), Konrad Wysocki (Turów), George Reese (AZS), Ratko Varda (Prokom).

Klasyfikacja MVP: 3 - Ted Scott. 1 - Zbigniew Białek, Cameron Bennerman, Marko Brkić, Chris Burgess, Kamil Chanas, Filip Dylewicz, Tony Easley, J.R. Giddens, Paweł Kikowski, Harding Nana, George Reese.

Klasyfikacja piątkowa: 6 - Ted Scott. 5 - Chris Burgess. 3 - Cameron Bennerman, Filip Dylewicz, Konrad Wysocki. 2 - Zbigniew Białek, Jerel Blassingame, Mantas Cesnauskis, Tony Easley, Walter Hodge, Paweł Kikowski, Ivan Koljević, Stanley Pringle, George Reese, Marcin Stefański, Deonta Vaughn, Filip Widenow. 1 - Kamil Chanas, Daniel Ewing, Winsome Frazier, J.R. Giddens, Michael Hicks, Darnell Hinson, Tomasz Kęsicki, Paweł Leończyk, Krzysztof Roszyk, Chris Thomas, Torey Thomas, Vladimir Tica, Louis Truscott, Daniel Wall.

MVP RACE

1. George Reese (AZS) -

2. Daniel Ewing (Prokom) -

3. Chris Burgess (Zastal) -

4. Mantas Cesnauskis (Czarni) +1

5. Filip Dylewicz (Trefl) +1

6. Darnell Hinson (Polonia)+1

7. Jerel Blassingame (Czarni) -3

8. Walter Hodge (Zastal) -

9. Ratko Varda (Prokom) -

10. Ted Scott (Kotwica) +1

Gdzieś za nimi (alfabetycznie): Cameron Bennerman (Czarni), Slavisa Bogavac (AZS), Darrell Harris (Kotwica), Nikola Jovanović (Anwil), Marcin Stefański (Trefl), Torey Thomas (Turów), Louis Truscott (Siarka), Deonta Vaughn (Polpharma), Filip Widenow (Prokom), Konrad Wysocki (Turów).

TRAFIAJ ANDRZEJ, TRAFIAJ!

Anwil Włocławek wreszcie wygrał - i to z będącym na fali AZS w Koszalinie - a Andrzej Pluta wzbogacił swoje konto punktowe o sześć jednostek. W karierze w ekstraklasie ma ich już 8390.

Ciekawe, że Pluta w Koszalinie nie oddał ani jednego rzutu za trzy! Poprzedni taki przypadek miał miejsce ponad dwa lata temu - 8 października 2008 roku Anwil przegrał w Warszawie z Polonią 87:89 po dogrywce, a jego superstrzelec zdobył tylko cztery punkty w 14 minut gry.

CIEKAWOSTKA

Skoro już przy trójkach jesteśmy - finaliści konkursu podczas Meczu Gwiazd PLK (Andrzej Pluta, Ivan Koljević i zwycięzca Darnell Hinson) w sobotnich spotkaniach mieli razem 1/7 za trzy. Wspomniany Pluta nie rzucał ani razu, Hinson miał 0/4, a Koljević - 1/3. Doliczając do tego biorącego udział w eliminacjach Michaela Hicksa (1/5), łączny wynik snajperów zmienia się z słabiutkie 2/12...

SERIA HINSONA

Lider Polonii w meczu z Turowem pudłował (7/17 z gry), ale 21 punktów uzbierał i pozostaje jedynym graczem z dwucyfrowym dorobkiem w każdym z 14 spotkań.

Ciekawą serię mają też Blassingame i środkowy Turowa Robert Tomaszek, którzy w trzecim kolejnym meczu popełnili pięć przewinień. Obu w całym sezonie zdarzyło mu się to w aż siedmiu spotkaniach (Blassingame rozegrał 14, Tomaszek 12).

Blassingame ma średnio 4,14 faulu na mecz, Tomaszek - 3,83. Obaj są oczywiście najczęściej faulującymi koszykarzami TBL. W poprzednim sezonie tą klasyfikację wygrał Tomaszek (3,89).

ZDJĘCIE KOLEJKI

Jutro też wam uciekniemy...

fot. Karol Skiba

MŁODZI WIOŚLARZE

czyli piękni dwudziestoletni (lub młodsi)

Szymon Juniak (Siarka, '90) - 13 minut, punkt (1/2 z wolnych), zbiórka, asysta, blok i faul z Prokomem

Robert Gibaszek (AZS, '93) - 15 sekund z Anwilem

Michał Kwiatkowski (Polonia, '92) - 22 minuty, dwa punkty (0/2 z gry, 2/2 z wolnych), zbiórka, asysta, przechwyt, cztery straty i dwa faule z Turowem

Alan Czujkowski (Polonia, '90) - 16 minut, dwa punkty (1/4 z gry), cztery zbiórki i trzy faule z Turowem

Daniel Szymkiewicz (Trefl, '94) - 20 sekund z Polpharmą

Uwaga! Do tej kategorii zaliczam koszykarzy urodzonych w roku 1990 lub później. Juniak, który 25 stycznia skończy 21 lat, będzie brany pod uwagę do końca sezonu.

W POSZUKIWANIU 24. TRIPLE-DOUBLE

Jeeeeeeest! Szymon Kunc (Staco MNLK Niepołomice) miał 11 punktów, 10 zbiórek i 10 asyst w zwycięskim meczu z AZS AWF Katowice. Według moich obliczeń 30-letni rozgrywający zaliczył swoje czwarte triple-double w karierze i jest pod tym względem samodzielnym liderem w polskich ligach centralnych (PLK, I liga, II liga).

Z triple-double w ostatnich dniach flirtowali:

Rafał Wójcicki (SKK Siedlce) - osiem punktów, dziewięć zbiórek i 10 asyst z AZS Politechnika Warszawska

Łukasz Mąkolski (MKS Skierniewice) - 16 punktów, osiem zbiórek i siedem asyst z GTK Fluor Britam Gliwice

Tomasz Milewski (AZS AWF Katowice) - 14 punktów, 14 zbiórek i dziewięć asyst ze Staco

DELEGACJA

Służbowo, statkiem powietrznym, mam nadzieję dotrzeć w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin do Phoenix w Arizonie. Zapraszam na Twittera, na blog oraz na Sport.pl. Postaram się nie zanudzać.

Lecę, na razie.

 
1 , 2 , 3