Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
niedziela, 30 marca 2008

Piotr Pamuła

Okej, ten pan wyżej to policjant z 'M jak miłość' i bliżej nieznany mi Stefan z 'Na Wspólnej'. Piotr Pamuła, aktor.

Pozwoliłem sobie na mały żart, ale o 'prawdziwym' Piotrze Pamule chcę napisać zupełnie poważnie - w sobotę widziałem go w akcji w spotkaniu Polonii 2011 z Żubrami Białystok. Żubry zasłużenie wygrały w Warszawie 83:80 - goście mieli za dużo atutów pod koszem, bo Rafał Kulikowski, Andrzej Misiewicz, Marcin Krajewski i Aleksy Olszewski łatwo radzili sobie z Mateuszem Bartoszem i Marcinem Kolowcą. Nieobecność Leszka Karwowskiego była bardzo widoczna.

Ale na obwodzie gra P2011 wyglądała momentami dużo lepiej - znów dobry mecz Tomasza Śniega (10 punktów, pięć zbiórek, trzy asysty, dwa przechwyty i żadnej straty), któremu kilka minut zabrał Eric Elliott. 39-letni Amerykanin zaliczył 10-minutowy debiut w P2011 - kilka dobrych podań, jedno bardzo złe, zbiórki dzięki zastawieniu bez odrywania się od parkietu i uspokajanie (a może tylko zwalnianie?) gry. Dorobek Elliotta wzbogacają także okrzyki wiekowych kibiców na trybunach - "Wpuść Erica!" pod adresem Mladena Starcevicia powtarzało się regularnie.

Piorunujące wejście miał Dardan Berisha - trójka przy pierwszym kontakcie z piłką. Po prostu wybiegł po zasłonie, złapał i rzucił. Na obręczy zawinęła się siatka i mówię (piszę) Wam - niczyje rzuty nie prowokują białego sznurka to takiego dźwięku. Może tylko Adrian Małecki w ostatnich latach trafiał tak spośród polskich zawodników.

Złą zmianę w sobotę dał Paweł Podobas - o nim także można powiedzieć, że zabrał trochę minut Śniegowi. Trener Mladen Starcević w większości meczów korzysta z szerokiego składu i chwała mu za to, ale śmiem twierdzić, że gdyby korzystał w sobotę ze Śniega częściej, to P2011 mogłaby wygrać.

Przechodząc płynnie do Pamuły - 25 minut na parkiecie. 23 punkty (1/3 za dwa, 6/13 za trzy, 3/3 z wolnych), zbiórka, asysta, strata. Duże zasługi w wypracowaniu przewagi w pierwszej kwarcie, kluczowy zawodnik w pogoni za Żubrami w ostatnich minutach. To jego najlepszy mecz w tym sezonie. Ale spokojnie, nie będę go wychwalał po jednym spotkaniu - wystarczy porozmawiać z trenerami P2011, żeby dowiedzieć się, że to Pamuła jest największym talentem w ich grupie.

A bohater wpisu 19 stycznia skończył dopiero 18 lat.

O ile się nie mylę, to Pamuła jest drugim najmłodszym zawodnikiem w I lidze - tym pierwszym jest jego klubowy kolega Jarosław Mokros (MVP mistrzostw Polski juniorów starszych). Ale, to naprawdę niesamowite, Pamuła na boisku w ogóle się nie denerwuje (przynajmniej tego nie widać), a z drugiej strony rzadko popełnia błędy decyzyjne (spóźnione podania, niepotrzebne rzuty). W sobotę zrobił to tylko raz - nie podał w pierwsze tempo do kontry, sekundę później jego podanie nadziało się na przechwyt.

Pamuła trafiał za trzy regularnie, ale mi najbardziej podobała się akcja z czwartej kwarty. Starcević wziął czas, P2011 rozpoczęła akcję, Pamuła przeprowadzał piłkę. Z pewnością miał zagrać ustawioną przed chwilą akcję, ale... zobaczył, że obrona jest źle ustawiona, że większość zawodników zgrupowała się z lewej strony kosza, więc błyskawicznie przyspieszył, minął swojego obrońcę, trafił z dwutaktu spod kosza i wykorzystał rzut wolny. 18 lat, dwa miesiące, 10 dni.

Pamuła to syn trenera i tutaj można szukać przyczyn tego boiskowego spokoju i czytania gry. Ale to chyba także kwestia szkolenia - w P2011 naprawdę je widać. Może nie wszyscy zawodnicy rozwijają się tak szybko (np. Bartosz), ale inni (Śnieg, Pamuła, także Marcin Dutkiewicz) w tym sezonie się poprawili. Biorą na siebie więcej odpowiedzialności, agresywni są już nie tylko w obronie. Talenty w praktyce uczą się jak być dobrymi zawodnikami.

Są tacy, którym 'skupujący' talenty z innych klubów P2011 i Prokom się nie podobają. A ja mówię (piszę): oby było takich klubów więcej! Z pieniędzmi, organizacją (dwa treningi dziennie), a przede wszystkim dobrym sztabem szkoleniowym. Na treningach P2011 bywa po czterech-pięciu trenerów i to jest świetne, bo słuchając narzekań szkoleniowców w innych klubach ('ja patrzę na grupę pod jednym koszem, to druga się opieprza') można tylko bezradnie kiwać głową. Czy się to komuś podoba czy nie - takie projekty jak w Warszawie i w Sopocie, to przyszłość koszykówki w tym kraju.

W zdrowym systemie trenerzy lokalnych, osiedlowych zespołów powinni wręcz zabiegać, aby ich najlepsi wychowankowie byli wyławiani przez takich młodzieżowych potentatów. Za występy w lidze macierzyste kluby (klubiki) mogłyby dostawać pieniądze na sprzęt czy wyjazdy na turnieje, najlepsi zawodnicy i trener mogliby pójść na kilka treningów za swoim kolegą itp. Zawodnicy tych małych klubików widzieliby perspektywy, trenerzy - owoce swojej pracy. Warunkiem satysfakcji byłyby oczywiście pieniądze. Ale to wszystko w idealnym świecie...

Ja wracam do zachwytów nad Pamułą. Czeka go teraz podpatrywanie Elliotta, występy w reprezentacji do lat 18 u trenera Tomasza Jankowskiego, kolejne miesiące ćwiczeń u Starcevicia.

Oby kolejne nagrody przyszły szybko.

wtorek, 25 marca 2008

Obejrzałem właśnie finał mistrzostw Polski juniorów starszych - Prokom Trefl Sopot - Polonia 2011 Warszawa. Słyszałem o tym spotkaniu same dobre opinie i aż nie chciało mi się wierzyć, że to taki dobry mecz. Teraz wierzę - to był mecz niesamowity.

O meczu i klubie Polonia 2011 (ja w skrócie nazywam ją sobie P2011) pisałem już trochę tutaj, a o bohaterze ostatnich akcji - tutaj. Ale finał miał kilku innych bohaterów.

P2011 prowadziła od początku, bo agresywną obroną znakomicie ograniczyła wszystkie atuty Prokomu. Oglądając pierwsze kilka, a może nawet kilkanaście minut tego meczu miałem wrażenie, że ten zespół z Sopotu nigdy nie grał przeciwko takiej defensywie. To bardzo możliwe, bo przecież mecz z P2011 był pierwszym przegranym przez Prokom od kiedy drużynę prowadzi Litwin Rimantas Ramonas.

P2011 oprócz dobrej obrony agresywnie atakowała tablicę i miała więcej atutów w ataku. Piotr Pamuła, Dardan Berisha, Jarosław Mokros, niedoceniany Michał Nowakowski i - dla mnie przede wszystkim - Tomasz Śnieg. Każdy zawodnik P2011 potrafił zagrać akcję indywidualną, która przynosiła punkty. I to akcję urozmaiconą.

Prokom? Z perspektywy całego meczu widać jak wiele sopocianie stracili na szybkich problemach z faulami Jakuba Kietlińskiego. Mały rozgrywający gra nie tylko szybko, ale i mądrze. Jednak już w pierwszej kwarcie miał trzy faule i potem długo nie grał. Wszedł na początku 3. kwarty, przyspieszył grę, wywierał presję na obwodzie i od tego momentu Prokom zaczął odrabiać straty.

Poza Kietlińskim i Waczyńskim w Prokomie wyróżniali się jeszcze Mateusz Kostrzewski (częściowe zadatki na polskiego Andreja Kirilenkę, ale bardzo jeszcze chaotyczny) i Daniel Wilkusz (solidna zmiana, ale czy potrafi coś poza rzucaniem za trzy?). Reszta (w tym Igor Trela) to tło.

Ale Prokom ma Waczyńskiego - 23. Polak, który zagrał w Eurolidze, był w tym meczu pół poziomu nad wszystkimi. Gdyby nie kilkanaście minut podczas których musiał szarpać się jako rozgrywający (było kilka akcji na siłę, bo koledzy stali w miejscu), Waczyński mógłby zdobyć i 50 punktów. Ale zauważcie - miał także sześć asyst. Gdyby koledzy trafili kilka rzutów więcej, mógłby dobić do 10.

To przede wszystkim gracz mądry. Czyta akcję, wyprzedza zachowania rywali, zawsze ma otwartą furtkę do innego zagrania - podania, zwodu, wjazdu itp. Bardzo dobry rzucający, który rozegrał świetny mecz w finale. I nie zmienia tego fakt, że w ostatniej akcji dogrywki nie trafił (minimalnie), a chwilę wcześniej dał sobie zabrać piłkę z kozła i faulował, czego konsekwencją były zwycięskie punkty P2011.

Zdobył je Berisha, który był bohaterem końcówki, ale meczu na pewno nie. Polsko-kosowski Reggie Miller (składa się do rzutu zanim dostanie piłkę, rzuca za trzy z kontry, nie wie co to stres) przez cały mecz grał bardzo przeciętnie. Po pierwsze: zespół nie był nastawiony na grę na niego. Po drugie: trafiał przeciętnie. Ale w najważniejszych momentach był bezbłędny - 6,6 sekund przed końcem meczu (83:85) grał jeden na jeden od połowy z wyższym rywalem. Przewrócił go zwodem i wbił się między dwóch innych graczy pod kosz, zdobywając punkty na dogrywkę. W niej miał 4/4 z wolnych, w tym te z 92:93 na 94:93.

MVP został jednak Jarosław Mokros, który w tym meczu: zbierał, podawał, grał tyłem do kosza, trafiał za trzy, skutecznie wjeżdżał pod kosz, wymuszał faule ofensywne. Oscar za rolę drugoplanową. Waleczność, uzupełnianie, obrona - naprawdę świetna.

Ale ja znów skupię się na Śniegu - już dwa lata temu ekscytowałem się grą prowadzonego przez niego MCKiS Jaworzno, rok temu sytuacja się powtórzyła. Wtedy Prokom rozbił Jaworzno w finale MP juniorów. Teraz było inaczej.

Obserwowałem go dokładnie - Śnieg w tegorocznym finale praktycznie nie popełniał błędów! Chodzi mi o decyzje, a nie spudłowane rzuty. Nie miał straty w stylu złego podania pod presją obrońcy, miał tylko jedną niecelną piłkę zagraną do Nowakowskiego. Poza tym spokój, opanowany kozioł (także w najgorętszych momentach!), umiejętność gry jeden na jeden, niezła obrona (w pierwszej połowie zatrzymywał Waczyńskiego). No i te asysty! Niby nic wielkiego, ale piłki zagrane w tempo, na dobrą pozycję i w dobrym momencie (także z autu). Takie prowadzenie zespołu po cichu.

Ale Śnieg ma także dużą wadę - słabo rzuca z dystansu. W pięciu meczach finału miał 1/9 za trzy. Nie stanowi zatem zagrożenia jako rzucający z dystansu i tu mamy do czynienia z jego gorszymi decyzjami.

Nie ma tego problemu Pamuła, który jeśli trzeba zagra jako rozgrywający, ale lepiej czuje się jako rzucający. To taki troszeczkę mniej zorientowany na rzucanie Berisha. Ale i Pamuła, i Śnieg imponują tym niezwykłym spokojem.

Jeśli więc mówimy o kryzysie wśród polskich graczy na pozycjach 1-2, to w rocznikach '89-'90 powinien być względny spokój - Waczyński, Śnieg i Pamuła, a może i Berisha, to są gracze, którzy powinni znaleźć sobie pewne miejsce w ekstralidze. A może i wyżej.

Wracając do meczu - polecam!

wtorek, 18 marca 2008

Adam Romański nad statystycznym podsumowaniem efektów, jakie dał przepis o przymusowym Polaku na parkiecie, spędził zapewne pół nocy. I było warto!

Odsyłam do bardzo ciekawej lektury i do tabelek, w których wszystko stoi czarno na białym. Ja za to odniosę się do fragmentu, w którym Adam liczy ilu Polaków będzie potrzebnych w ekstraklasie, jeśli wprowadzony zostanie przepis o dwóch przymusowych graczach z polskim paszportem na parkiecie. Otóż będzie to minimum 56 Polaków. Gdzie ich szukać? Adam pisze o I lidze, o NCAA, o Europie.

Powiedzmy, że czterech kolejnych zawodników z I ligi także da radę.

I tu wkroczę ja. Spróbuję podać nazwiska pierwszoligowców, którzy moim zdaniem w ekstraklasie daliby radę. Oczywiście nie mówię o zawodnikach pokroju Wojciecha Szawarskiego, Łukasza Koszarka czy Roberta Witki. Ale takich, którzy zagraliby na poziomie zbliżonym do Łukasza Seweryna, Bartosza Sarzało, czy Wiktora Grudzińskiego jest chyba więcej niż czterech...

Tomasz Briegmann, Tomasz Celej, Marcin Dutkiewicz, Marcin Ecka, Damian Kulig, Paweł Kowalczuk, Leszek Karwowski, Andrzej Misiewicz, Piotr Miś, Joseph McNaull, Łukasz Pacocha, Grzegorz Radwan, Paweł Wiekiera.

Taka 13 przyszła mi na szybko do głowy. Powtórzę: przeważająca większość tych graczy byłaby tylko uzupełnieniem, bo niestety do ról pierwszoplanowych się już (Celej, Karwowski, Miś, McNaull, Wiekiera, Briegmann) albo jeszcze (Dutkiewicz, Misiewicz, Pacocha) nie nadaje. Niektórzy (Karwowski, McNaull) ze względu na wiek i kontuzje być może wcale w ekstraklasie grać już by nie chcieli.

Ale wydaje mi się, że Karwowski spokojnie dawałby radę zamiast Grudzińskiego w Anwilu, Miś nie grałby gorzej niż Hubert Radke w Polonii, Dutkiewicz mógłby zastąpić Bartosza Diduszkę w Śląsku, Wiekiera dałby Basketowi więcej pożytku niż Tomasz Andrzejewski, Celej nie byłby słabszy niż Piotr Szczotka w Czarnych, a Pacocha niż Rafał Glapiński w Górniku.

Za rok, może dwa lata w ekstraklasie w poważnym wymiarze czasowym powinni grać już Adam Waczyński, Tomasz Śnieg, Mateusz Bartosz, może Piotr Pamuła.

Ale może w obu tych kwestiach jestem niepoprawnym optymistą?

poniedziałek, 17 marca 2008

Ostatnie mecze pokazują, że Prokom jest - tu posłużę się celnym epitetem Adama Romańskiego - śmiertelny. Widać to było w Zgorzelcu, w Sopocie z Anwilem i ostatnio w Ostrowie Wlkp. Trzy mecze, trzy porażki. I to z rywalami, z którymi Prokom prawdopodobnie będzie musiał uporać się w seriach do czterech zwycięstw, jeśli chce myśleć o mistrzostwie.

W Sopocie oczywiście o piątym złocie z rzędu myślą i bardzo dobrze. Z mojego statystycznego punktu widzenia byłoby nawet bardzo fajnie, bo pięć mistrzostw z rzędu w polskiej lidze zdobył na razie tylko Śląsk (1998-2002). Ale statystyki też pokazują ową śmiertelność - Prokom w żadnym ze swoich mistrzowskich sezonów nie był taki słaby. W czterech ostatnich sezonach zasadniczych sopocianie przegrywali odpowiednio pięć, trzy, cztery i pięć meczów. Licząc razem z play-off było to osiem, sześć, pięć, 10. W sumie w trakcie czterech wycieczek po złoto Prokom miał bilans 121-29, czyli wygrał 80,6 proc. meczów - pisałem o tym tutaj.

W obecnych rozgrywkach Prokom przegrał już siedem razy, ma bilans 15-7, czyli zwyciężył w 68 proc. meczów. Nawet jeśli wygra dwa ostatnie spotkania (Kotwica u siebie, Górnik na wyjeździe) to raczej nie wyprzedzi Turowa (Stal u siebie, Kotwica na wyjeździe). Turów teoretycznie może sobie nawet pozwolić na jedną porażkę, bo ma lepszy bilans bezpośredni z Prokomem (1:1, +3), ale moim zdaniem prędzej Prokom przegra w Świebodzicach, niż Turów straci gdzieś punkty.

I teraz statystyk ciąg dalszy - co prawda swój pierwszy tytuł Prokom zdobył nie mając przewagi własnego parkietu w finale (ta należała do Śląska), ale od kilkunastu miesięcy sopocianie na wyjazdach grają tak słabo, że twierdzenie iż w ewentualnym finale z Turowem będą na straconej pozycji, wcale nie jest aż tak ryzykowne. W zeszłorocznym play-off Prokom na wyjeździe miał bilans 2-5, w tym sezonie wygląda on 5-6. Z tych pięciu wyjazdowych zwycięstw pewne było tylko to w Kołobrzegu (89:67) - w Warszawie, Koszalinie, Starogardzie i Słupsku Prokom miał problemy.

Tyle statystyki i tendencje, które mogą mieć znaczenie w dyskusjach i typowaniach. Na boisku już niekoniecznie. Przecież Anwil tak naprawdę ledwo zipie, Stal nie potrafi grać na wyjazdach, Śląsk to wielka niewiadoma, a Turowowi może (niestety) odbić się czkawką Puchar ULEB. Każdy z tych zespołów ma lub może mieć swojego mrocznego żniwiarza. 'Śmiertelny' Prokom mistrzem Polski? A dlaczego nie?

Po świetnym występie podczas Meczu Gwiazd we Wrocławiu, zachwycaliśmy się Andrzejem Plutą szczerze i bez zawahania.

Tymczasem okazało się, że w trzech kolejnych meczach ligowych Pluta już tak nie zachwycał. No, może dwóch, bo przedzielające mecze z AZS Koszalin i Turowem Zgorzelec spotkanie z Prokomem było świetne dla Anwilu i solidne dla Pluty.

Spójrzmy jednak na mecze z AZS i Turowem pod kątem pana Andrzeja - 0/7 za trzy, 5/13 z gry. W sumie 12 punktów, cztery asysty i aż osiem fauli. Zastanawiam się co z czego bardziej wynika - czy słaby atak przekłada się na frustrację i faule w obronie, czy może problemy w defensywie (DJ Thompson, Phil Goss, David Logan, Iwo Kitzinger) są przyczyną nerwowego i pozbawionego rytmu ataku?

Ciekawe, że w pierwszej rundzie Pluta zagrał w meczach z AZS i Anwilem bliźniaczo źle - zdobył 12 punktów, miał 1/10 za trzy, dwie asysty i sześć fauli.

To już zatem drugi dołek formy Pluty w tym sezonie. Zastanawiam się nad powiązaniem tego z dołkiem drużyny - w końcu po odejściu Gerroda Hendersona nie musi być chyba tak, że cały atak spada na Łukasza Koszarka. Pluta, jako strzelec wyborowy, powinien wykorzystać nieobecność GH - tymczasem jego skuteczność rzutów z dystansu, która utrzymywała się na poziomie 45 proc., w ostatnich trzech spotkaniach spadła do 30 proc.

Uwaga! Scenariusz ćwierćfinału play-off z AZS i ewentualnego półfinału z Turowem jest wciąż możliwy (choć jednak mało prawdopodobny). Czy Pluta pokaże, że do trzech razy sztuka?

piątek, 07 marca 2008

Dla kibiców Orlando Magic sprawa jest prosta - Marcin Gortat na parkiecie, Orlando rywali zmiecie. 118:92 z New York Knicks, 102:87 z Toronto Raptors, 122:92 z Washington Wizards. Bilans 3-0, małe punkty +71, cel wypisany w szatni drużyny - 'Catch Detroit' - wcale nie taki odległy.

Epizody Gortata ze zwycięstwami Magic można jednak wiązać tylko z jednego względu - pierwsze są skutkiem drugich. Gdyby Orlando w trzech ostatnich meczach nie gromiło rywali, to Gortat zapewne na parkiecie by się nie pojawił.

Zresztą z innego względu prawdopodobnie nie pojawi się na nim już w sobotę, kiedy Magic grają u siebie z Golden State Warriors. Tim Povtak z 'Orlando Sentinel' powiedział mi właśnie, że w związku ze spodziewanym powrotem do meczowego składu Keyona Doolinga, Gortata znów zabraknie na ławce rezerwowych. Wróci na swoje - niestety - miejsce w drugim rzędzie.

Ale kto wie, czy Polak nie awansował właśnie na miejsce nr 13 w drużynie Magic. Przed sezonem, jeszcze przed kontuzją Tony'ego Battie, miała to być 15. pozycja, bo Gortata wyprzedzali jeszcze przecież James Augustine i J.J. Redick. Ale teraz, nawet jeśli do dwunastki wróci Dooling (kosztem Redicka), możliwe, że to Polak będzie pierwszym 'wchodzącym na ławkę'. Redick sam przyznał, że nie potrafi porozumieć się z trenerem Stanem van Gundym, a ten z kolei mówiąc o postępach Gortata na treningach, prawdopodobnie stawia go obecnie wyżej niż Augustine'a.

Moje wyczekiwanie na sekundy Gortata (tak, noc ze środy na czwartek spędziłem przed komputerem patrząc w statystyki) lub zadowolenie z awansu na 13. miejsce w drużynie być może wygląda śmiesznie, ale czy to nie jest podobna sytuacja z wyczekiwaniem urywków meczów Premier League z udziałem Grzegorza Rasiaka? Co prawda autor tego bloga już mnie wyśmiał za to porównanie, ale chyba prawdą jest, że jeśli chodzi o najlepsze ligi świata w najbardziej popularnych dyscyplinach, to akurat polska koszykówka od polskiej piłki nożnej za bardzo się nie różni. Nasi reprezentanci w obu są niewyraźni.

Ale jednak są. I ja się z tego cieszę.

PS. Tomasza Kuszczaka i Łukasza Fabiańskiego nie liczę, bo oni nie strzelają goli :)

środa, 05 marca 2008

Kilka tygodni temu pisałem o 'Roszykarzach' z niższych lig, czyli graczach, którzy nie będąc skreślani, a równocześnie będąc dobrze szkoleni - być może - znaleźliby sobie miejsce w reprezentacji Polski.

Dzisiaj przypadkiem natknąłem się na 'Tydzień w lidze koszykarzy' Adama Romańskiego z grudnia 2002 roku. Otóż Adrom wymienił w swoim tekście zawodników, którzy jego ówczesnym zdaniem, "mogliby zdobyć solidną pozycję w PLK". Ja wśród 'Roszykarzy' szukałem minimum 24 latków, Adrom wyznaczył 25 lat, ale jako górną granicę wieku. W jego zestawieniu znaleźli się:

Piotr Pluta, Krzysztof Roszyk, Rafał Partyka, Przemysław Lewandowski, Bartosz Sarzało, Grzegorz Kukiełka, Kamil Zakrzewski, Tomasz Zabłocki, Dariusz Lewandowski, Sławomir Nowak, Adrian Czerwonka, Marcin Rzegocki, Sławomir Olszewski, Łukasz Biela, Marek Łukomski, Maciej Majcherek oraz niemal wszyscy zawodnicy SMS Warka [byli to wówczas m.in. Łukasz Koszarek, Łukasz Obrzut, Paweł Malesa, Wojciech Barycz, Marcin Dutkiewicz, Kamil Wójciak, Piotr Stelmach, Tomasz Kęsicki).

Podkreślenia moje - dotyczą tych zawodników, o których można mówić, że w PLK zdobyli sobie tą solidną pozycję. Przywołuję typy Adroma dlatego, żeby pokazać na kogo liczono w polskiej koszykówce nieco ponad siedem lat temu.

wtorek, 04 marca 2008

Jeśli popularność koszykówki w Polsce ma wrócić na poziom sprzed dziesięciu lat, to właśnie przez takie wydarzenia jak niedzielny mecz. Gwiazdy polskiej ligi, ale nie tylko one, zrobiły show, przy którym we wrocławskiej Hali Stulecia bawiło się 6 tys. kibiców.

To napisałem kilkanaście minut po Meczu Gwiazd siedząc w Hali Stulecia i słuchając jednym uchem piosenek Lady Pank. Tekst ukazał się w poniedziałkowej 'Gazecie Wyborczej'.

Na razie wiadomo, że w niedzielę wyjątkowej liczby widzów przed telewizory przyciągnąć się nie udało, a ci, którzy spotkanie w TV 4 obejrzeli, byli rozczarowani - narzekano na realizację, na powtórki nakładające się na efektowne akcje. Telewidzowie nie obejrzeli też widowiskowego pokazu wsadów francuskiej grupy Crazy Dunkers - zamiast tego były reklamy. Dobry koszykarski show na ekranie wypadł blado. PLK nie wykorzystała więc możliwości pokazania tego, co ma najlepsze. [...] Czy ligowa koszykówka musi być epidendrozaurem polskiego sportu? Epidendrozaur to najmniejszy z odkopanych dinozaurów.

To napisałem 26 godzin po Meczu Gwiazd siedząc w redakcji i analizując tabele z oglądalnością i wypowiedzi prezesa Janusza Wierzbowskiego. Tekst ukazał się we wtorkowej 'Gazecie Wyborczej'.

Nieuważne przeczytanie może sugerować, że mam kłopot z odbiorem rzeczywistości - raz entuzjastycznie piszę o odzyskaniu przez koszykówkę popularności, a za chwilę wieszczę jej koniec pisząc o rozczarowaniu i dinozaurach.

Ale to nie pomyłka, to rzeczywistość - koszykarska liga jest niezła i ciekawa, tylko nikt nie chce jej oglądać. Liga (rywalizacja) jest dobra i oglądana na żywo się broni. Liga (organizacja) jest zła, bo nie potrafi tego wykorzystać.

Co jest w PLK dobre? Choćby to, że są cztery, a może nawet pięć drużyn, którym bardzo trudno przyporządkować w tym momencie medale - jest rywalizacja. Rimas Kurtinaitis, Milan Gurović, Andrzej Pluta, Saso Filipovski i Ed Cota, czyli duże postaci polskiego (Pluta), europejskiego (Filipovski) i światowego (trzej pozostali) basketu. Mając w pamięci Travisa Besta i Rubena Wołkowyskiego czy Thomasa van den Spiegela nie zawaham się napisać - w tej lidze są osobowości. Dolny Śląsk, Pomorze, Kujawy - tylko trzy, ale jednak mocne ośrodki koszykarskie, gdzie basket jest jeśli nie pierwszym sportem, to na pewno takim, gdzie siatkówka jest w tyle - jest zainteresowanie.

Czego nie ma? Powtarzam: organizacji, która to wykorzysta. Ładnego opakowania niezłego produktu.

PLK ma zresztą podobne grzechy jak PZKosz. Zaniechanie - w przypadku PLK np. brak rozwiązania sprawy Śląska i akredytacji. Gdyby Torrell Martin nie wycofał się z konkursu wsadów, miałem zamiar napisać o nim tekst oparty na tym, że równo 10 lat po sukcesie Adriana Małeckiego (wygrał w Tarnowie i wsady, i trójki) jest ktoś, kto może to powtórzyć. Ale nie mógłbym przecież porozmawiać z zawodnikiem... Przykład może miałki, ale dla mnie istotny.

PZKosz z kolei traci czas na wysyłanie maili i konsultacje z trenerami podczas gdy i Svietislav Pesić (w końcu trenerskie guru prezesa Romana Ludwiczuka), i Łukasz Koszarek przyznają, że selekcjonera powinniśmy poznać jak najszybciej. Wiedzą, co mówią.

Prezes Ludwiczuk z różnych względów ma coraz większy wpływ na PLK, jest prezesem rady nadzorczej i prawdopodobnie będzie forsował wprowadzenie przepisu o dwóch Polakach, albo jednym młodzieżowcu na parkiecie. Prawdopodobnie bez konsultacji z trenerami, którzy w większości są temu przeciwni. Moim zdaniem reprezentacji to nie pomoże na ME w 2009 roku - za wcześnie na efekty. I wcale nie jestem przekonany, że w dłuższym okresie czasu byłoby z tym lepiej - prezes Ludwiczuk mówi o igrzyskach w Londynie, a ja mówię: szkolenie.

Wracając do ME 2009 - a gdyby zgrupować w jednej drużynie Andrzeja Plutę, Macieja Lampego, Marcina Gortata, Adama Wójcika, Michała Ignerskiego, Wojciecha Szawarskiego... Czy oni w ogóle kiedykolwiek zagrali razem? Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że nie. A to właśnie jest połowa drużyny, która powinna wyjść z grupy czy to pod Mulim Katzurinem czy Saso Filipovskim. Dodajmy do tego Krzysztofa Roszyka, Łukasza Koszarka, Filipa Dylewicza, Szymona Szewczyka, Robertów Skibniewskiego i Witkę, Iwo Kitzingera, Pawła Kikowskiego i - dlaczego nie? - Adama Łapetę oraz Olka Czyża - czy z tej szesnastki nie można wybrać dwunastki na drugą rundę? Moim zdaniem można, tylko już trzeba tworzyć fundamenty pod taki zespół .

Kończąc wywód, który traci powoli myśl przewodnią - polska koszykówka (liga, zawodnicy) wcale nie jest zła. Słabi są za to decydenci.


poniedziałek, 03 marca 2008

Mecz, a dla niektórych Weekend Gwiazd we Wrocławiu za nami. Opinie są podzielone - tym, którzy byli w Hali Stulecia, przeważnie się podobało. Ci, którzy oglądali spotkanie w TV 4, są przeważnie niezadowoleni.

Ja w Hali Stulecia byłem i bez wahania mogę napisać, że było warto! Mecz mi się podobał, konkursy też, a Crazy Dunkers naprawdę zrobili na mnie wrażenie - siedziałem za koszem, który atakowali. Sekundy, w których wisząc w powietrzu patrzyli z pasją w obręcz, trwały długo i były - nie zawaham się przed tym słowem - emocjonujące. To się po prostu oglądało!

I teraz zastrzeżenia do wyżej napisanych zdań, bo oczywiście nie zamierzam ślepo przekonywać 103688 (liczba sprawdzona) telewidzów, którzy w niedzielne popołudnie oglądali Mecz Gwiazd w TV 4, że widowisko był dobre. Tu jestem przegrany, bo kibice w TV zamiast bujającego się w rytm rapującego Masseya D.J. Thompsona, zobaczyli na początku transmisji chór z Poznania. Zamiast Crazy Dunkers, oglądali bloki reklamowe, zamiast ciekawego konkursu trójek (uwierzcie, determinację Andrzeja Pluty czuć było w promieniu kilku metrów od jego osoby), widzieli urwany pokaz sylwetek rzucających zawodników.

Choć nie oglądałem tego meczu w TV 4, to na podstawie komantarzy na forach wiem, że realizacja była do bani. I to boli. Boli, bo widowisko było naprawdę niezłe - problem polega na tym, że trzeba to umieć pokazać. Wiedzieć, że w takim meczu, a zresztą nawet w każdym koszykarskim spotkaniu, powtórki nie mogą pokazywać się tuż po akcji, że w trakcie akrobacji podczas konkursu wsadów nie należy zmieniać ujęcia, trzeba w końcu umieć ocenić, że to popis Crazy Dunkers będzie gwoździem programu, a nie Kasia Nova.

Wina leży po stronie realizatora, ale i PLK. Pierwsi nie odrobili lekcji, która polegałaby np. na obejrzeniu - nawet urywków - jakiegokolwiek Weekendu Gwiazd NBA. Drudzy powinni zadbać o sprawdzenie, czy realizator lekcję odrobił, a jeśli nie, to chociaż doraźnie (w przerwie meczu) udzielić wskazówek.

Najgorsze jest to, że ta lekcja pozostaje nieodrobiona od kilkunastu miesięcy, bo drażniący problem powtórek w transmisjach ligowych trwa w najlepsze. I mam wrażenie, że chociaż ja osobiście bawiłem się w Hali Stulecia dobrze, to kilkadziesiąt tysięcy ludzi przed telewizorami już nie. I czytając komentarze kibiców-telewidzów wie, że znów coś zostało zmarnowane.

A żeby nie było, że także na żywo wszystko było w porządku - ktoś (kto?) nie zadbał także o poinformowanie dzieciaków w jaki sposób zajmować się piłkami w konkursie trójek. Ja czasem rzucam za trzy i wiem jak bardzo przeszkadza, kiedy ktoś obok podaje piłkę na wysokości dwóch metrów - a Thomas Kelati musiał to znosić. Ten sam Kelati (z własnej niewiedzy?) w eliminacjach z drugiej pozycji oddał aż osiem rzutów! Czy to wina dzieciaków, którzy bezwiednie podawali mu piłki, czy zawodnika, który nie znał zasad - znów ktoś nawalił.

Nawalił też Tomas Pacesas, który jako trener Północy ewidentnie oszczędzał zawodników Prokomu - Krzysztof Roszyk, Filip Dylewicz, Donatas Slanina i Milan Gurović zagrali w sumie tylko przez 25 minut! Gurović, mistrz świata i najbardziej utytułowany zawodnik w historii polskiej ligi, grał przez trzy minuty i 14 sekund. Przemysław Frasunkiewicz grał aż 24 minuty - starał się, podawał, biegał do kontry, ale naprawdę nie pamiętam żadnej efektownej akcji w jego wykonaniu.

Trener Południa Saso Filipovski też był oszczędny w wykorzystywaniu zawodników Turowa - tylko na minutę i 18 sekund puścił Andresa Rodrigueza, choć Davida Logana trzymał już na boisku przez 15 minut, a Thomasa Kelatiego - przez 11.

Co chcieli udowodnić Pacesas i w mniejszym stopniu Filipovski? Nie mam pojęcia. Pamiętam, że w środę Turów gra u siebie z Prokomem, że to mecz ważny dla układu tabeli, dla prestiżu itd. Ale to nie jest żadna wymówka - chciałem oglądać w Meczu Gwiazd Gurovicia i Rodrigueza, a patrzyłem na - z całym szacunkiem dla tych zawodników - Frasunkiewicza i Kamila Chanasa.

A teraz garść impresji już bardziej na luzie:

- z niektórych muzycznych notek na tym blogu wiecie doskonale, że Stachursky, Kasia Nova, chór z Poznania i Lady Pank, znaczą dla mnie mniej niż pęknięta struna gitary Kerry'ego Kinga. Ale te niedzielne występy nie-z-mojej-bajki zupełnie mnie nie raziły. Można było pogadać z kolegą obok, można było obserwować reakcje zawodników (niezawodny D.J. Thompson!), można było patrzeć jak ludzie się bawią na trybunach. Jednym zdaniem - podczas występów było co robić i mi wcale one nie przeszkadzały.

- sobotni konkurs dwójek koszykarz-dziennikarz był interesujący. Pierwszym koszykarzem, którego spotkałem w Hali Stulecia był Paweł Kikowski i właśnie 'Kiko' został moim partnerem w losowaniu drużyn. W 1. rundzie play-off (było osiem zespołów) wpadliśmy na Andrzeja Plutę z Michałem Jędrzejkowskim ('Dziennik'). Wygrywaliśmy już 7:2 (grało się do 15 punktów liczonych po 2 lub 1, albo przez 15 minut), przegraliśmy 13:15. 'Kiko' pozwalał mi się wykazać, często podawał piłki, ale ja wykorzystywałem to słabo. Pluta trafiał tak, jak dzień później, a że Jędrzejkowski też ma 'rewelacyjnie ułożoną rękę do rzutu', to przegraliśmy 13:15.

Ale z dwóch powodów czujemy się z 'Kiko' moralnymi wicemistrzami - nikt nie przegrał z Plutą/Jędrzejkowskim tak nisko. No i 'Kiko' był jedynym zawodnikiem, który wykonał w tym turnieju wsad.

Są nawet zdjęcia paru akcji - tu prawie zablokowałem Plutę, tu oddałem rzut za trzy. Ale najlepsza jest poniższa fotka, bo patrząc na nią widzę D.J. Thompsona, który krzyczał podczas naszych meczów: 'Oh, he can play, he can play!, albo 'Good D!'.

- którzy zawodnicy bawili się w Meczu Gwiazd najlepiej? Thompson, Michael Ansley, Norman Richardson, Chanas, Kikowski i Eric Hicks. Te totalne uśmiechy bardzo kontrastowały z minami Aleksa Dunna, Gurovicia czy Slaniny.

- knajpy we Wrocławiu - mistrzostwo świata!