Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
czwartek, 31 maja 2007

- Mam grać agresywnie, ale i cierpliwie. I muszę oddać 15-20 rzutów. Jak trafiam to nabieram pewności siebie. Nabierają jej też moim koledzy - mówił mi przed piątym meczem Thomas Kelati. Po czterech meczach właściwie jasne było, że jeśli on zagra słabo, to Turów nic Prokomowi nie zrobi.

Ale Kelati zagrał najwyżej przeciętnie. Przez 39 minut i 25 sekund, a ściślej: przez część tego czasu, kiedy Turów atakował, Kelati uciekał, biegał, wyrywał się, uciekał... Zawodnicy Prokomu (tym razem na czele z Jasminem Hukiciem) kryli go naprawdę nieźle. Naprawdę. O ile inaczej wyglądała walka Hukicia i spółki z Kelatim w meczu nr 1. Kelati próbował grać podobnie, ale do sforsowania miał więcej przeszkód.

Kelati niewidoczny, Hukic naprawdę dobry

Kelati znowu w większości przypadków biegał po linii końcowej wykorzystując kilka zasłon i wychodził na obwód na pozycji 45 stopni. Tylko, że - w odróżnieniu od pierwszego meczu - ciągle ktoś przy nim był. Pierwszy rzut Kelati oddał po 6.57 min. I został zablokowany przez Christiana Dalmau.

Jako taki skutek przynosiły dwie akcje: w drugiej kwarcie Kelati bardzo fajnie oszukiwał obrońców i po zasłonie pod koszem nie wybiegał na obwód, tylko cofał się i dostawał piłkę pod samę obręczą. Drugi sposób to granie 1x1 z pozycji rozgrywającego, czyli kozłowanie już osiem metrów od kosza i wjazd. Ale efekty i tak były słabe. Trójki wpadały dopiero w momencie, kiedy Prokom odskoczył, się zmęczył i zostawił na obwodzie trochę miejsca. I te trójki w zasadzie nie miały znaczenia już.

Bilans ofensywny Kelatiego - 5/11 z gry, tylko 4/8 z wolnych. Tylko dwie asysty, pięć dobrych podań (liczyłem niedoszłe asysty lub podania/wybory po których Turów rozgrywał dobrą akcję, niekoniecznie punktową). Sześć wymuszonych fauli i więcej niż jedna strata, którą pokazuje plk.pl. A straty były przynajmniej dwie - podanie do Huseyina Besoka w trzeciej kwarcie i zakozłowanie się chwilę wcześniej, kiedy piłkę kopnął w końcu Łukasz Koszarek.

Słaby Kelati = słaby Turów. Andres Rodgriguez, kiedy Turów nie gra szybko, też w ataku jest bardzo przeciętny. Frustrujący się z każdym rzutem Koszarek i Robert Witka...

Prokom mistrzem.

Cholernie żałuję, że nie było półfinału Anwil - Turów.

środa, 30 maja 2007

Przyznaję, szukałem jakiegoś punktu zaczepienia w statystykach, pretekstu do napisania nowej notki. Ale efekty poszukiwania były przeciętne - Thomas Kelati mówił co prawda, że musi oddawać 15-20 rzutów w meczu, żeby jego gra była efektywna, ale w statystykach to nie ma uderzającego odzwierciedlenia. Kelati 13 razy w tym sezonie zdobywał ponad 20 punktów (przyjmijmy w dużym uproszczeniu, że ta bariera świadczy czy zagrał dobry mecz) - oddawał w tych meczach odpowiednio: 15, 14, 12, 10, 13, 12, 16, 10, 16, 11, 14, 12 i 13 rzutów. Tylko dwa razy przekroczył 15, ale oczywiście był aktywniejszy i częściej rzucał wolne.

Tyle o finale. Życzę Kelatiemu (bardzo sympatyczny gość) dobrego meczu.

Bardzo ciekawy wywiad z Iwo Kitzingerem przeczytałem na probasket.pl. Kilka pytań i odpowiedzi pozwolę sobie wkleić, bo są wyjątkowe:

"- Jak oceniasz współpracę z tak młodym szkoleniowcem jak Tomasz Jankowski?

- Tak się złożyło, że znaliśmy się z trenerem dużo wcześniej, więc obaj wiedzieliśmy czego możemy od siebie oczekiwać. Współpraca była bardzo ciężka z mojej winy i młodzieńczej głupoty, lecz była ona także owocna pod względem mojego rozwoju.

[...]

- Wielu twoich fanów dostrzegło, że jako jeden z bodajże trzech zawodników nie grasz w zwykłym obuwiu "Nike" czy "Adidasa", tylko w butach dość mało znanej w Polsce firmy "K1X".

- Zgadza się. "K1X" odpowiada mi stylem i wygodą. Po gruntownej analizie sprzętu tej firmy, muszę stwierdzić, że są to rzeczy, które powinny przemówić do szerokiego grona miłośników tego sportu jak i innych ludzi, którzy cenią sobie komfort i specyficzny fason.

[...]

- W barwach, jakiej drużyny zobaczymy w przyszłym roku Iwo Kitzingera?

- Los Angeles Lakers lub Los Vatos Idiotos ha ha ha... Tak naprawdę to sam czekam na jakieś propozycje i na to, co się wydarzy."

Kitzinger

Koniec cytatu. Polecam całość.

Iwo to niesamowity gość. Nie tylko na boisku - cztery lata temu grał w Zniczu Pruszków w III lidze, klub bez problemu awansował do II. Trudno mówić o roli Iwo w zespole, bo Znicz w ciągu dwóch sezonów przegrał kilka meczów, ale Kitzinger był w rotacji dość wysoko. Rozmawiałem z nim po którymś z drugoligowych meczów. Zapamiętałem jedno. - No fajnie tu jest. Ale to tylko II liga, a ja chcę grać w ekstraklasie - mówił Iwo, a jego mina wyrażała autentyczny ból, że musi "męczyć się" w II lidze. To było już po tym, jak ściął swoje długie włosy.

Kitzinger z długimi włosami

Po awansie Znicza do I ligi Iwo narobił sobie w Pruszkowie przeciwników, bo ustalił z klubem nowe warunki umowy, a potem zniknął, przestał się odzywać i wylądował w Unii Tarnów. Ale w następne wakacje wrócił do Pruszkowa na własny koszt i przez kilkanaście dni trenował indywidualnie z Jackiem Gembalem. Obecny trener Znicza do tej pory mówi o Iwo i stawia go za wzór do naśladowania, kiedy narzeka na beznadziejną mentalność młodych zawodników.

Kitzinger mógłby, a może nawet powinien dostać nagrodę Most Improved Player za ostatni sezon w ekstralidze. Oto postęp wymierny: 7 - 12,1 pkt., 1,1 - 2 asysty, 0,9 - 2,2 zbiórki, 42 proc. - 44 proc. za trzy (dwa razy więcej oddanych rzutów). Postęp niewymierny - coraz większa pewność gry, dystans do siebie, świadomość popełnianych błędów. I powołanie do kadry.

Iwo Kitzinger to po prostu jeden z najfajniejszych zawodników ekstraligi. Fajnie się go ogląda i fajnie się go słucha.

Aha, marzenie mam. Zrobić, albo wejść w posiadanie zestawienia pokazującego wszystkich zawodników DBE i ich buty. Żeby te KX1 wychwycić... Szacunek.

wtorek, 29 maja 2007

Zastanawiam się nad tym finałem, zastanawiam i ciągle wychodzi mi, że do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem (Prokomu? Moim?). Nic mnie w tym finale nie zaskoczyło.

Turów rzucił wszystkie siły w pierwszym meczu i przegrał, choć na wygraną zasłużył. Ale to chyba taki trochę los debiutanta - zabrakło jakiegoś małego szczegółu, nawet nie tylko tych wolnych Drobnjaka. Może doświadczenia Łukasza Koszarka?

W drugim meczu zabrakło świeżości, ale Turów był "wypompowany" także psychicznie. Prokom w obu spotkaniach zagrał nieźle, ale wcale nie rewelacyjnie. Upieram się - Anwil w pierwszych dwóch meczach był dla sopocian rywalem trudniejszym, choć kompletnie innym.

Trzeci mecz - chyba najbardziej morderczy (ten upał!) - wygrał Prokom i tu decydował głównie Filip Dylewicz. Rezerwowy, który zagrał mecz perfekcyjny. Ale to w sumie też nie powinno dziwić - ile razy zdarzało się w ciągu ostatnich czterech lat, że jakiś rezerwowy rozgrywał tak dobry mecz? Warto sobie przypomnieć choćby Tomasa Masiulisa w siódmego meczu z Anwilem - trzy trójki w drugiej kwarcie? Kto na to liczył?

Czwarty mecz - Turów zdeterminowany może jeszcze bardziej niż zwykle, ale także chyba z innym podejściem. Stali pod ścianą, ale już zgubili presję, którą czuli w trzech pierwszych meczach. Mistrzostwo uciekło im tak daleko, że w niedzielę po prostu zagrali z radością, z nieskrępowaną chęcią. Wcześniej chyba jednak byli trochę spięci.

Piąty mecz - nie wiem po jakim spotkaniu, ale uważam, że Prokom zdobędzie mistrzostwo. Czy kogoś zadziwi 19 punktów Adama Wójcika? Chyba nie powinno. 

Na koniec mała statystyka. Załóżmy, że Turów ma dwie wygrane (powinien wygrać pierwszy mecz w Sopocie). Osiągi Thomasa Kelatiego w tych dwóch meczach to: 25,5 punktu, 3,0 zbiórki, 5 asyst, skuteczność z gry 58,6 proc. (17/29). W dwóch przegranych spotkaniach - 9,5 punktu, 5,0 zbiórki, 4,0 asysty, skuteczność z gry 33 proc. (7/21).

Jest różnica, prawda?

niedziela, 27 maja 2007

Thomas Kelati - 28 punktów i siedem trójek w finałowym meczu nr 4. Miał spluwę, jak mawiał jeden z moich trenerów (i kazał podawać piłkę do zawodnika, który tą spluwę miał). Występ Kelatiego imponujący. Pytanie: kto i kiedy w polskim finale miał taki mecz?

Okazuje się, że nie było to tak dawno temu. 14 maja 2005, 744 dni temu, 14 spotkań finałowych temu. Joe Crispin - 28 punktów, 8/14 za trzy. Anwil wygrywa mecz nr 2 w Sopocie 85:75.

sobota, 26 maja 2007

Tylko w siedmiu z 22 finałów play-off polskiej ligi zwycięzca kończył do zera. I wydarzyło się to tylko raz w 13 przypadkach kiedy finał rozgrywany był do czterech zwycięstw. I tylko sześć razy na 22 finały koronacja mistrza odbywała się na wyjeździe.

Ale Prokom w niedzielę nie wygra nie tylko dlatego, że byłoby to wydarzenie rzadkie ze statystycznego punktu widzenia. Turów po prostu zasłużył na jedno zwycięstwo i - jak mniemam - mając świadomość ostatniego meczu na własnym parkiecie w tym sezonie, tą wygraną wreszcie wydrze. Determinacja zespołu Saso Filipovskiego nie opuści. Ambitnie będą walczyć do końca.

Takie mam sobotnie wieczorne przeczucie, że nowego/starego mistrza Polski poznamy w piątekAha, jeszcze jedno - 4:1 kończyło się sześć z 13 finałów w formacie 2-2-1-1-1.

Pisałem o triple-double i o tym, że z I ligi pamiętam tylko trzy przypadki Marcina Ecki. Na szczęście są tacy, którzy pamiętają więcej. Rzeczowego maila podesłał mi Adam Wall („Tygodnik Basket”/e-basket.pl). Okazało się, że od kiedy prowadzone są w I lidze statystyki (sezon 2003/04) zdarzyło się siedem triple-double.

 

Oto one:

 

2003/04 – nie było na 99,9 proc.

 

2004/05 – nie było na 120 proc.

 

2005/06 – 6

Łukasz Grzegorzewski (Siarka) – 21 pkt., 11 zb., 10 as. z AZS Radom

Roman Prawica (Stal) – 20 pkt., 13 zb., 10 as., z Team Polska

Paweł Surówka (Tytan) – 25 pkt., 10 zb., 10 as. z Team Polska

Marcin Ecka (Tytan) – 12 pkt., 11 zb., 10 as. z Górnikiem; 11 pkt., 11 zb., 11 as. ze Stalą; 17 pkt., 10 zb., 10 as. z Sokołem.

 

2006/07 - 1

Przemysław Szymański (Sportowiec) – 21 pkt., 10 zb., 10 as. ze Zniczem

 

Wynika z tego, że o triple-double najłatwiej grając w Częstochowie.

 

W II lidze statystyk się - jeszcze - nie prowadzi.

piątek, 25 maja 2007

Wysocy, obrona, walka - owszem, to było w grze Turowa ważne. Ale równie ważne były także rzuty za trzy punkty.

 

Nie była to prawidłowość całkowita w skali sezonu, ale jakieś przełożenie istniało. Turów średnio trafiał w meczu osiem razy za trzy punkty. W 10 przegranych meczach, aż osiem razy zawodnicy ze Zgorzelca trafili mniej niż te swoje osiem trójek. Z drugiej strony zawsze kiedy Turów trafiał ponad 10 rzutów z dystansu, to wygrywał. To oczywiście nie był żaden wyznacznik, bo siła Turowa polega głównie jednak na realizowaniu innych elementów. Ale tych celnych trójek Kelatiego, Rodrigueza, Koszarka, Roszyka i Witki w pierwszych dwóch meczach mi brakowało. Brakowało też Andresowi Rodriguezowi, który mówił dziennikarzowi plk.pl: - Myślę, że poprawimy skuteczność przez ten czas. Widziałeś na meczu, ile mieliśmy nieprzygotowanych rzutów? To jest chore. Było bodajże 27 rzutów za trzy, z których ile wpadło? Praktycznie nic. Co to te kilka trójek. Musimy nad tym popracować, dlatego że Prokom będzie starał się nas wypchnąć spod kosza.

 

Upadek Rodrigueza

 

Rzeczywiście, w meczu nr 3 Prokom dobrą obroną wypchnął Turów spod kosza. Ale bezplan gry w ataku koszykarzy ze Zgorzelca powodował - momentami - bezmyślne kanonady z dystansu. Turów wymęczył w końcu te 10 celnych trójek (wymęczył, bo Witka trafił w ostatniej sekundzie, kiedy nie miało to już żadnego znaczenia), ale ile oddał rzutów? 31. Najwięcej w tym sezonie. To nie była więc gra Turowa.

 

A więc jednak Rodriguez pomylił się mówiąc o poprawionej skuteczności. Praca skutków nie przyniosła.

 

To jeden z powodów porażki Turowa. Pozostałe to: Filip Dylewicz, obrona Prokomu, słabszy dzień liderów Kelatiego.

9 grudnia Turów rozbił w Zgorzelcu Prokom 74:54. Dla Prokomu był to zdecydowanie najgorszy mecz w tym sezonie. Nie pamiętam tego meczu, ale potrafię sobie wyobrazić, że Turów był bardzo zdeterminowany i świetnie bronił, bo to dwa warunki wygranych tej drużyny.

Z kolei Prokom dwa dni wcześniej wygrał bardzo ważny mecz w Eurolidze - 91:77 na wyjeździe z Climamio Bolonia. Przyleciał prosto do Zgorzelca, zespół był pewnie trochę zmęczony, rozluźniony po euroligowym sukcesie i nie podjął walki. To trochę typowe dla Prokomu - odpuścić, kiedy nie idzie, a mecz o niczym nie przesądza.

Ale czy nie przesądza? Statystycznych prawidłowości wyciągnąć z tego meczu nie sposób, bo wszystko jest przejaskrawione - np. jeden przechwyt Prokomu i tylko trzy straty Turowa. Ale psychika? Turów ma punkt odniesienia, wie, że Prokom można pokonać. Sopocianie też mają coś do udowodnienia, mimo, pierwszy rewanż był już w sezonie zasadniczym (84:67 w Sopocie).

Presja? Ogromna na zawodnikach Turowa. Jeśli przegrają mecz nr 3, to złota nie zdobędą. Prokom - 1:4 na wyjeździe w play-off. Kto wygra?

czwartek, 24 maja 2007

Andrej Urlep nie powołał do szerokiej kadry reprezentacji Polski Jeffa Nordgaarda. Powtarzam: do szerokiej kadry. Uważam, że to błąd. Ja zrezygnowałbym z kogoś z dwójki Marcin Stefański i Radosław Hyży, ze wskazaniem na tego drugiego. Stefański i Hyży to trochę inna pozycja, ale mimo wszystko są to gracze podobni.

Urlep chce mieć skrzydłowego-stopera, który będzie mógł dobrze pilnować wszechstronnych rywali - Stefański do tej roli się nadaje, a jest jeszcze Krzysztof Roszyk, który w play-off pokazuje, że obrońcą jest niezłym.

W kadrze (wstępnej, szerokiej!) nie ma za to - poza Andrzejem Plutą - strzelca. Strzelca, który jest w stanie seryjnie trafiać za trzy punkty, który do rzutu składa się szybko. Posiadanie takiego gracza w składzie nie jest oczywiście koniecznością, dobry trener potrafi umiejętnie ustawić zespół, żeby niedostatki ukryć, ale strzelec jest nieoceniony np. w końcówkach meczów. Nordgaard kilkakrotnie pokazał już, że wygrywać mecze potrafi i jest zawodnikiem wartościowym, mimo, że w obronie niedomaga.

Jeff komputerowy

Nordgaard jest też polskim rekordzistą eliminacji jeśli chodzi o punkty. W przegranym meczu z Bułgarią zdobył ich 25. Lepszy wynik miał tylko Pluta - 31, ale w sparingu, i to z Litwą B.

środa, 23 maja 2007

Będzie trochę lokalnie, ale nie do końca. Trochę o triple-double, ale nie do końca. Trochę o I lidze. O zawodniku, który nazywa się Marcin Ecka.

 

Najpierw żeby było jasne: ten 28-letni rozgrywający kariery w polskiej ekstralidze już nie zrobi. Ale w I lidze jest zawodnikiem wyróżniającym się - dość pewny kozioł, bardzo dobry przegląd sytuacji w ataku, umiejętność zaskakującego, widowiskowego podania po zasłonie lub w trakcie wejścia pod kosz. Solidny rzut z półdystansu. Gorzej jest z trafianiem za trzy, gorzej z obroną indywidualną i zespołową. Za duże jest też ciśnienie na efektowną asystę zamiast rozsądnego rozegrania akcji. Ale powtórzę: przy tych wszystkich wadach: w I lidze jest to zawodnik bardzo wartościowy.

 

Tylko, że Ecka czasem stroi fochy, siada na końcu ławki, nie przybije piątki, obrazi się. W przerwie ostentacyjnie posiedzi na ławce, a w drugiej połowie będzie najlepszym zawodnikiem zespołu - tak było np. w bardzo ważnym, trzecim meczu I rundy play-off Znicza Pruszków z Basketem Kwidzyn.

 

Nie widzę go w roli zawodnika ekstraligowego, bo na pierwszego rozgrywającego ma za małe umiejętności, na rezerwowego - nieodpowiedni charakter. Nie widać u niego chęci samodoskonalenia, walki, nauki. Wydaje mi się, że to jest zawodnik, który jest zadowolony z tego, co już osiągnął. Jest rozchwytywanym rozgrywającym pod poziomem ekstraligi (choć przed kończącym się sezonem miał podpisać kontrakt ze Zniczem Jarosław, ale koncepcja klubu się zmieniła"). Od 2001 roku grał w sześciu klubach, za dwa miesiące znajdzie siódmy.

 

Piszę sobie o nim dlatego, że Ecka nie chce już grać w Zniczu (klubie, który płaci kilka dni przed terminem), a z drugiej strony nie za bardzo chce go Znicz (klub, który chce myśleć o awansie do ekstraligi). Przypomnę: to najlepszy zawodnik drużyny z Pruszkowa w tym sezonie. I wiem co piszę, bo akurat widziałem go kilkanaście razy w akcji. Czy to nie dziwne - nie chcieć rozgrywającego, którego chce większość ligi?

 

Jacek Gembal (trener Znicza) to lokalny autorytet koszykarski, którego zdanie w Zniczu (i nie tylko) jest bardzo istotne. Ale wystarczyło usiąść kilka razy za ławką jego zespołu podczas meczów, żeby zobaczyć, że Ecka w ogień za nim nie pójdzie oraz że Gembal Ecki nawrócić na swoje nie potrafi. Zawodnik możliwości ma, inteligencję koszykarską też, nie ma (albo po nim nie widać) silnej psychiki i charakteru walczaka. Czyli nie ma tego, co lubi Gembal. Nie jest walczakiem. Trener nie potrafił do tego przekonać zawodnika, więc z niego rezygnuje.

 

Zastanawiam się: kto tu jest winny? Trener, który nie potrafi z zawodnika zrobić Zawodnika, czy średnio ambitny gracz, który jest już zadowolony z tego co ma? Kolega z szerszym pojęciem basketu niż moje przekonuje mnie, że dobry trener potrafi sprawić, że zawodnik stanie się lepszym w wielu aspektach. I kolega chyba mnie przekonał. Zdałem sobie sprawę, że taki Ecka - choć pewnie wymieni kilku trenerów, którym dużo zawdzięcza" - prawdziwego trenerskiego autorytetu nie spotkał w żadnym z tych sześciu klubów. Nie poznał trenera, który potrafiłby "wyczuć" charakter zawodnika i - biorąc na to poprawkę - wytłumaczyć mu dlaczego pewne rzeczy robić warto, a pewnych nie.

 

I statystyczny powód pisania o Ecce (żeby nie było, że dzisiaj bez liczb) - między 11 a 22 stycznia 2006 miał trzy triple-double z rzędu. Co prawda w I lidze, ale skoro w ekstraklasie jest takich osiągnięć mało, to warto zauważyć pierwszoligowe. Ecka grał wtedy w Tytanie Częstochowa. 17, 10, 10 - 11, 11, 11 - 12, 11, 10 (punkty - zbiórki - asysty). Osiągi z trzech kolejnych spotkań. Dobra forma wszechstronnego zawodnika, czy granie a la Ricky Davis? Nie wiem, bo tych meczów nie widziałem, ale liczby wyglądają ładnie. Nie wiem też czy to jedyne triple-double w I lidze w ostatnich sezonach, bo tutaj niestety część statystyk mnie ominęła.

 
1 , 2 , 3