Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
wtorek, 22 czerwca 2010

Najpierw popatrz proszę tu jest Naszoł Avenue...

Niedaleko stąd, w dwupiętrowym domu, mieszka Łukasz Bułka z "Nowego Dziennika"...

Tu jest jak w domu, chociaż to Ameryka!

Greenpoint, Greenpoint jest wielki na wieki. Największa atrakcja światowej turystyki.



Turyści tu spędzają przeciętnie osiem lat, mimo że jeszcze gdzieś indziej jest piękny świat...

Gdyby ktoś się jeszcze nie zorientował - cytaty i inspiracja wpisu pochodzą z piosenki "Natalia w Bruklinie" autorstwa El Dupy.

Nie wiem czy w którymś z sfotografowanych dwupiętrowych domów mieszka lub mieszkał Łukasz Bułka.

Kolejne zdjęcia z Nowego Jorku - tym razem dwa, do każdego osobne pytanie.

1. Skąd mogłem znać wcześniej ten widok?


2. Kim jest ten pan w białej koszulce idący w kierunku restauracji "Łomżynianka" na Greenpoincie? Uwaga: zagadkowy bohater zdjęcia do tego lokalu nie wszedł...


Kto pierwszy udzieli prawidłowej odpowiedzi na oba pytania, ma upominek z Brooklynu.

niedziela, 20 czerwca 2010

Przed NBA Store na rogu Piątej Alei i 52. ulicy przyszedłem wcześnie, kilka minut przed otwarciem o godzinie 11, aby zdążyć do New Jersey na mistrzowski wyścig Red Bull Air Race.

Stojąc w niewielkim tłumie czekającym na otwarcie, obejrzałem przez przeszklone drzwi takie momenty:


Przeżycie zaliczyłem podwójne - po kilku dniach przypomniałem sobie końcowe momenty najlepszego finału ostatnich lat, a potem obcowałem z mistrzostwem NBA w sklepie. A w zasadzie to Sklepie.

Postaram się opisać te chwile w dla potrzeb lipcowego "MVP".

Legendarny klub CBGB w latach 1973-2006 był nowojorską - światową! - wizytówką scen new wave, punkowej i hardkorowej. Grali tam m.in. Bad Brains, The Ramones i Korn. W 2005 roku właścicielka CBGB Hilly Kristal stwierdziła jednak, że nie udźwignie dużej podwyżki czynszu, rok później odbył się ostatni koncert, kilka miesięcy później Kristal zmarła.

Jak wygląda obecnie miejsce przy 315 Bowery na wysokości Bleecker Street?


Lokal przejął projektant mody John Varvatos, który urządził w nim sklep z ciuchami. Obok - tam gdzie kiedyś znajdował się sklep z płytami, a potem galeria ze zdjęciami artystów występujących w CBGB - mieści się obecnie galeria Morrison Hotel z pobliskiego SoHo.

Varvatos zachował muzyczny charakter lokalu. Na ścianach wiszą płyty - z "Appetite for Destruction" Guns N' Roses na czele, strzępy plakatów zapowiadających koncerty, stare bilety, rachunki. Zajrzeć można do pomieszczenia, które kiedyś było toaletą - sedes wymontowano, ale na ścianach wciąż są niewyobrażalne ilości graffiti. Co tam się musiało dziać...

Cieć nie pozwolił mi robić zdjęć, ale w dwóch przypadkach nie mogłem się oprzeć pokusie:

Jeden z klientów - ten z prawej - w pewnym momencie zaczął sobie brzdąkać na gitarze podłączonej do wzmacniacza, a potem poprosił ekspedienta o wybijanie rytmu na garach. Panowie odegrali kilka klasycznych riffów, a kiedy wychodziłem ćwiczyli piłkarskie "Seven Nations Army" The White Stripes.

Zanim jednak opuściłem lokal po CBGB, zrobiłem to drugie zdjęcie...

... a potem poszedłem tam, gdzie w 1988 roku Guns N' Roses odegrali słynny koncert sfilmowany przez MTV.

Klub Ritz w 1989 roku został jednak przeniesiony w inne miejsce, a do budynku na 11. ulicy między trzecią i czwartą aleją wrócił Webster Hall. Klub o nieco innym profilu muzycznym.

W obecnym kształcie i w tym samym miejscu od lat - w barwnej SoHo - jest za co Cafe Wha?, gdzie w latach 60. koncertowali m.in. Jimi Hendrix i Bob Dylan.

PS. Kwalifikacje do nowojorskiego Red Bull Air Race wygrał w sobotę Austriak Hannes Arch, wicelider mistrzostw. Wyścig w niedzielę.

PS 2. W Nowym Jorku zaliczyłem także inne ścieżki muzyczne, więc stay tuned.

piątek, 18 czerwca 2010

Mistrzowie NBA i ich lider - MVP finałów - Kobe Bryant.

Mecz nr 7 nie był ładny. Lakers momentami sięgali dna, jeśli chodzi o skuteczność, na czele zresztą z Bryantem. Ale w czwartej kwarcie Lakers zaczęli dobrze bronić, Derek Fisher wyrównał, Bryant zdobył cztery punkty z rzędu, Pau Gasol bił się pod koszem, a Ron Artest trafił ważną trójkę.

Boston Celtics przeważali przez trzy kwarty i walczyli do końca, ale 83:79 wygrali Lakers i to oni zdobyli mistrzostwo. W skali całego sezonu zasłużenie, prawda?
czwartek, 17 czerwca 2010


Twitter.

A whole generation - pretty much everyone 35 and under - is getting to experience Lakers-Celtics G7 for the first time.

W wielkim tłumie na lotnisku Bemowo widziałem Rafała Bigusa, Pawła Kowalczuka i Jacka Krzykałę. Pozdrawiam też kibica Los Angeles Lakers, który ze względu na podróż do Warszawy nie mógł obejrzeć wielkiego zwycięstwa obrońców tytułu w meczu nr 6.


Sam koncert? Wszystkie pięć zespołów pokazało wielką klasę, ale całe wydarzenie było dla mnie rozczarowujące. Na historyczny występ Wielkiem Czwórki wzmocnionej Behemothem szykowałem się z wypiekami na twarzy, ale nie dostałem tego, co chciałem. Liczyłem, że najważniejsi muzycy Metalliki, Megadeth, Slayera i Anthraksu wyjdą w jakimś momencie razem na scenę, że Dave Mustaine pomoże swoją gitarą w "The Four Horsemen" Metalliki, że Kerry King doda mocy podczas "Symphony of Destruction" Megadeth, że tłum muzyków odegra wspólnie np. "Iron Man" Black Sabbath.

No, to byłoby coś!

Ale nic z tego. Każdy wychodził punktualnie, grał swoje i - poza Metalliką - nie bisował. Moje wrażenie było takie, że nie był to koncert Wielkiej Czwórki, tylko gig Metalliki, która miała wyjątkowo świetne grupy przed sobą.

Jak grali? Mnie nie porwał nikt. Behemoth i Slayer zagrali solidnie, Anthrax zaskakująco fajnie, najbardziej podobał mi się Megadeth, który niszczył starymi numerami.

Metallika ocenić na tle innych się nie da, bo jako jedyna grała naprawdę długo i, co ważne, już po tym, jak zaszło słońce świecące nam prosto w oczy. Do tego miała więcej telebimów i mogła bisować. Świetne były "Master of Puppets", otwierający "Creeping Death", a także "Fade to Black" i "Welcome Home (Sanitarium)". Fajnie było przy "Blackened" i "One".

Słabe było na tym koncercie to, że piwo można było spożywać tylko w wydzielonych, niewielkich strefach, które szybko zamieniły się w zatłoczone śmietniki za kratami. Debilizm!

Mój niedosyt nie zmienia jednak faktu, że to był wielki koncert, na którym po prostu trzeba było być. "Ryk i zgrzyt, czyli pięknie!" - zatytułowała swoją relację "Gazeta Stołeczna" i tak oczywiście też można - trzeba! - postrzegać imprezę na Bemowie.

Jakie są Wasze odczucia?

PS. Mój typ na mecz nr 7? Boston. Ale nie pytajcie dlaczego, bo wytłumaczyć nie umiem.

wtorek, 15 czerwca 2010


Nadszedł wielki dzień, długo wyczekiwany 16 czerwca. Wielka czwórka trash metalu - Anthrax, Megadeth, Metallica i Slayer - po raz pierwszy w historii zagra na wspólnym koncercie. I to na dodatek w Warszawie, wzmocniona najlepszym w Polsce Behemothem!

Kolejność wyjścia na scenę to Behemoth, Anthrax, Megadeth, Slayer i Metallica. Jak ja bym ustawił te supergrupy? Trudna sprawa. Poniżej moje Top 5, wybrane po długich namysłach:

ANTHRAX

Niewiele mam do napisania. Najlepszy kawałek Anthraksu to dla mnie broda Scotta Iana, o której mam informacje, że niektórzy się na niej wzorowali.

Prawdziwe utwory? Sorry, nie moja bajka. Coś tam słyszałem, ale nie będę zgrywał znawcy, bo nim nie jestem. Czas występu Anthraksu spędzę na szukaniu w tłumie znajomych i obnoszeniu się z transparentem z napisem "Where is Izzy". Dlaczego takim? Jeśli znacie historię Guns N' Roses, teledysk do "Don't Cry" i przewrotną naturę ekipy z autobusu nr 105, możecie się domyśleć...

BEHEMOTH

Nergal i spółka są uwiecznieni w szacie graficznej tego bloga nie bez przyczyny - choć maniakiem tej grupy nie jestem, to jednak ich kolejne płyty przesłuchuję z przyjemnością i dokonania ekipy szanuję. Wyżej Behemotha sklasyfikować jednak nie mogę.

Moje wspomnienie związane z Behemothem? Cztery lata temu do mundialowego dodatku do "Gazety Wyborczej" przed mistrzostwami świata w Niemczech miałem zebrać opinie znanych i lubianych. Rozmawiałem z niezorientowaną Moniką Olejnik, krytyczną Magdaleną Środą, wkręconym Tomaszem Lisem, grzeczną Aleksandrą Kwaśniewską, nawiązałem także kontakt z Nergalem. Nie pamiętam dosłownie, co napisał mi w mailu, ale było to coś w stylu:

Nie interesuję się piłką nożną.

Na koncercie chciałbym usłyszeć większość koncertówki "At the Arena of Aion - Live Apostasy" wzmocnione kawałkami z najnowszej "Evangelion", ale organizatorzy dla Behemotha przewidzieli tylko 40 minut, więc poproszę o "From the Pagan Vastlands" i "Chant for Eschaton 2000". Mało wyrafinowany wybór, ale ważne, że wkręcający.

MEGADETH

To niemożliwe, że sklasyfikowałem Megadeth tak nisko! Niemożliwe, ale jednak prawdziwe... Skłamałbym, gdybym napisał, że od zawsze była to dla mnie ważna grupa. Znam ją od zawsze, ale studiować muzykę ekipy rudego Dave'a zacząłem dopiero niedawno. Teraz wiem, że dużo, dużo za późno.

Wspomnienie związane z Megadeth mam licealne. Pierwsza klasa, wycieczka nad morze. Zajmujemy w pociągu twardy przedział. Gadamy i gadamy, słuchamy muzyki i słuchamy muzyki, bo przecież nie palimy i nie pijemy. Wychylamy głowy za okno pędzącego pociągu razem z koleżanką Małgorzatą W. i nagle... wiatr zrywa z głowy jej czarną czapkę z napisem Megadeth.

Nie, to tylko podkoloryzowane wspomnienie, bo tak sytuację zapamiętali świadkowie. Fakty są takie, że jeszcze w drugiej klasie - tym razem na wycieczce w Góry Stołowe - z Gośką W. zrobiłem sobie wspólne zdjęcie, na którym ona ma czapkę Megadeth. Gośka była zresztą znana w pewnych kręgach jako "Gośka Megadeth..."

Koncertowe megażyczenia? Szalenie trudny wybór! To może być wszystko od "Killing Is My Business... And Business is Good!", przez "Hook In Mouth", "Reckoning Day", do $&*$!*@hue&^ "Tornado of Souls", "In My Darkest Hour" i niepozornego, ale rozwalającego mnie ostatnio "A Secret Place".

Szit, ja naprawdę dałem Megadeth na trzecim miejscu...

SLAYER

Mój teść wygląda (trochę) jak Kerry King, ale to nie wystarczyło do pierwszego miejsca...

Widziałem Slayer na żywo dwa razy - najpierw w Budapeszcie (cudowny Sziget Festival 2003), a potem w Warszawie. Najlepsze wspomnienie? Stodoła, 30 czerwca 2005, gdzieś około 22. Stoję z kumplem przy barze, pijemy piwo, zaglądamy przez drzwi, gadamy. Normalnie przypadkowe spotkanie, a nie koncert Slayera. Zaczynają grać "Black Magic", za którym wówczas szalałem, wyrywa mnie pod scenę, a kumpel mówi: "Spokojnie. Co, już nigdy Slayera nie zobaczysz?"

Okej, cytat zmyśliłem, ale beztroski klimat czujecie, prawda?

Bez "Raining Blood" koncert uznam za nieważny. Co jeszcze? "Post Mortem", "Bloodline", "Seasons in the Abyss", wspomniane "Black Magic" i oczywiście "Show No Mercy".

Właśnie, have no mercy for us...

METALLICA

Metallica jest jak Boston Celtics - zna ją każdy fan muzyki. I nawet jeśli ktoś jej nie kocha, to szanować musi. I tak, jak kojarzy się Billa Russella, Johna Havlicka, Dennisa Johnsona, Larry'ego Birda, Reggiego Lewisa i Paula Pierce'a, tak zna się Cliffa Burtona, Jasona Newsteda i resztę tworzącej do dzisiaj bandy.

Są tacy, którzy mówią, że Metallica skończyła się na "Kill'em All". Ja do nich nie należę, ale po "Load" nie tknąłem już żadnej płyty. Tak się złożyło, że nie byłem też na żadnym z siedmiu koncertów Metalliki w Polsce. Chyba nie jestem jej wielbicielem. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni słuchałem jej muzyki.

Miałem kiedyś taką samą koszulkę jak Jason Newsted w świetnym teledysku "Sad But True". Ale znielubiłem Metallikę za dziwne albumy i fakt, że wyśmiewali się z Axla Rose'a. Wiem, wiem, on jest nie-ten-tegez, ale Metallika dostała u mnie minusa.

Co nie znaczy, że mnie nie porwie. Przy czym odpadnę na koncercie? "Creeping Death", "Ride the Lighting", "Wherever I May Roam", "Escape", "Master of Puppets", "Orion"...

O rany, odleciałem przy pisaniu tej notki... Zdecydowanie moja ulubiona w historii tego bloga.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

W relacji z piątego meczu finału NBA pisałem o Kobe Bryancie:

Obrońcy tytułu grali nierówno, Bryant praktycznie nie miał wsparcia od partnerów, ale momentami wpadał w niesamowite ciągi rzutowe, którymi niwelował straty gospodarzy. [...] Bryant do przerwy grał słabo. Męczył się, pudłował pod presją gospodarzy, popełniał straty. Zdobył 10 punktów, trafiając tylko cztery z 12 rzutów, ale po przerwie eksplodował. Wykorzystał siedem pierwszych prób rzutów, z czego trzy razy trafił za trzy! W sześć minut zdobył aż 17 punktów, ale Lakers tylko nieznacznie zmniejszyli straty. [...] Lider Lakers ostatecznie trafił niemal połowę rzutów z gry (13/27), miał genialne momenty, ale znów trudno uznać jego występ za gwiazdorski i taki, który mógł przesądzić o wygranej zespołu z Los Angeles.

Linijka statystyczna KB24: 38 punktów (13/27 z gry, 4/10 za trzy, 8/9 z wolnych), pięć zbiórek, cztery asysty, przechwyt, blok, cztery straty i pięć fauli w ciągu 44 minut.

W komentarzach do tekstu pojawiła się m.in. taka opinia:

Poproszę o definicję gwiazdorskiego występu jeżeli ten nim nie był (38 pkt, 5 zbiórek i 4 asysty). Jak liczycie na 81 pkt to może się nie udać...

Ja po obejrzeniu meczu będę się jednak upierał, że nie był to gwiazdorski występ Bryanta. Gwiazdorski, czyli - w uproszczeniu - zapewniający zwycięstwo.

Pierwszą połowę można zbyć milczeniem - Kobe grał w niej słabo. Momentami miał problem z oddaniem rzutu, uciułał 10 punktów w 12 próbach z gry.

W trzeciej kwarcie był fantastyczny! Trafił siedem pierwszych rzutów, w połączeniu z końcówką pierwszej połowy zdobył 23 punkty z rzędu, a w sumie w trzeciej kwarcie uzyskał aż 19 punktów. Trzymał Lakers w grze.

Miał jednak w drugiej połowie także momenty siłaczki, w których nie wyglądał jak zawodnik kontrolujący spotkanie. Zdarzały mu się straty i niedokładne podania, w końcówce meczu było coraz więcej niecelnych rzutów. Bryant zrobił dla Lakers bardzo dużo, ale to wciąż nie był zawodnik, którego pamiętamy z serii przeciwko Utah Jazz i Phoenix Suns. Zawodnik, który decydował o wynikach meczów.

Dlaczego? Bo Boston Celtics to lepsza drużyna od Jazz i Suns, która potrafi Bryanta zamęczyć lub ograniczyć Ray'em i Tonym Allenami. Na dodatek bostończycy zdecydowanie lepiej bronią jako zespół. Bryantowi trudno sforsować te zasieki i sprawić, aby jego koledzy grali lepiej. Kobe, jak zresztą każdy uczestnik tego finału, jest też najzwyczajniej zmęczony.

Lakers nie przegrali oczywiście meczu nr 5 przez Bryanta. Przegrali, bo słabo bronili, bo najgorszy mecz w serii zagrali ich wysocy (Pau Gasol, Andrew Bynum i Lamar Odom mieli razem tylko 26 punktów i 21 zbiórek), bo Ron Artest pudłował rzuty wolne.

Ale dla mnie Kobe wciąż nie rozegrał swojego meczu w tym finale. Gra dobrze, bardzo dobrze, świetnie, ale nie genialnie. To nie Bryant wygrywa mecze dla Lakers w mistrzowskiej rywalizacji z Celtics.

piątek, 11 czerwca 2010

Przed finałem wynik rywalizacji Los Angeles Lakers - Boston Celtics typowałem na 3:4. Uzasadniałem to m.in. tak:

Po trzecie: gracze drugoplanowi. Wyobrażam sobie, że rezerwowi Celtics - Rasheed Wallace, Glen Davis, a nawet Nate Robinson czy Tony Allen - wykonują ważne akcje w drugiej, trzeciej, a nawet czwartej kwarcie. Równocześnie trudno mi uwierzyć, że ciężar gry w Lakers przesuwa się na Saszę Vujacicia, Shanona Browna, Jordana Farmara czy Luke'a Waltona. Uwaga do samego siebie! Nie wspomniałem jeszcze w ogóle Lamara Odoma, a to błąd, bo on o sobie na pewno przypomni.

W mecz nr 4 Odom zagrał dobrze, ale jego dokonania były niewielkie w porównaniu z tym, czego dokonali Robinson, Davis, Wallace i Allen. To dzięki tej czwórce zmienników Celtics mieli zryw 12:2 na początku czwartej kwarty, który przesądził o zwycięstwie 96:89 i wyrównaniu stanu rywalizacji na 2-2.

O alternatywnej Bostońskiej Wielkiej Czwórce napisał już Supergigant. Ja na Sport.pl wyróżniłem z tego kwartetu Davisa, który był zdecydowanie najlepszym wokalistą z tego składu. Za growling po dobitce rzutu Allena dałbym mu 15 minut przed Behemothem na środowym Sonisphefe Festival. Tam gwiazdami będą przecież grupy także z Wielkiej Czwórki...

Patrzę na tych Celtics, obserwuję jak reagują na problemy, jak się odradzają po porażkach, a nawet w trakcie meczów i zastanawiam się: kto zostanie MVP tej drużyny, jeśli bostończycy zdobędą mistrzostwo?

Zadecydują oczywiście ostatnie, decydujące spotkania, ale po czterech meczach wybór jest bardzo trudny. Ja, po długim namyśle, postawiłbym w tej chwili na Rajona Rondo.

Jestem bardzo ciekawy Waszych opinii na temat bostońskiego MVP - głosujcie w sondzie przy tekście, dysktujcie poniżej w komentarzach. I oglądajcie ten finał, bo naprawdę warto!

 
1 , 2