Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
czwartek, 26 lipca 2007

Z brakiem Marcina Gortata w kadrze mogliśmy się pogodzić przyzwyczajając się z każdym dniem do myśli, że Orlando Magic kontrakt z nim w końcu podpisze. W Cezarego Trybańskiego w reprezentacji zbyt wiele osób chyba nie wierzyło (przynajmniej ja). Ale Macieja Lampego brakować będzie. W sumie Andrej Urlep straci 643 centymetry ze swojej podkoszowej koncepcji.

Sprawa Lampego nie jest przesądzona na 100 proc., ale bardzo wiele wskazuje na to, że na mistrzostwa Europy wrócić nie zdąży. Szkoda. Szkoda, bo można było mieć wrażenie, że po dobrym sezonie w Rosji, Lampe nabrał pewności, a także mądrości. I to nie tylko boiskowej, ale także życiowej. Jego podejście się zmieniło. Michał Ignerski powiedział w czwartek, że "Maciek trochę spokorniał".

W lidze letniej Lampe grał nieźle, przynajminiej tak wynika ze statystyk (zbiorcze by Adrom). Prawdopodobnie byłby zmiennikiem Adama Wójcika, choć kto wie, czy nie graliby obok siebie. A tak?

Wójcik, Szymon Szewczyk, waleczny Radosław Hyży, wszechstronny Filip Dylewicz i raczej niechętnie grający pod koszem Robert Witka. Mało, niestety, siły podkoszowej.

Nie ma podobno kartki papieru lub pliku z nazwiskami rezerwowymi, przynajmniej nie wie nic o niej kierownik Arkadiusz Lewandowski, ale - jak powiedział - "dowołania" nie są wykluczone.

Na mojej liście rezerwowych znajduje się 427 centymetrów. Rafał Bigus (215) i Kordian Korytek (212).

poniedziałek, 16 lipca 2007

"Kiedy jestem sam
Przyjaciele są daleko ode mnie

Dominik Czubek

Gdy mam wreszcie czas dla siebie.
Kiedy sobie wspominam dawne, dobre czasy

Jarosław Rusin

Czuję się jakoś dziwnie.
Dzisiaj noc jest czarniejsza.

Adam Kilian

Gdzie są wszystkie dziewczęta,
Które kiedyś tak bardzo kochałem?

Hala MKS MOS

Kto z przyjaciół pamięta
Ile razy dla nich przegrałem?

Michał Aleksandrowicz

W gardle zaschło mi i butelka zupełnie już pusta
Nikt do drzwi już dzisiaj nie zastuka.

Grzegorz Malewski i Marcin Matuszewski

Oprócz błękitnego nieba
Nic mi dzisiaj nie potrzeba.

Adam Kilian

Oprócz drogi szerokiej,
Oprócz góry wysokiej,

Marcin Matuszewski i Grzegorz Malewski

Oprócz kawałka chleba,
Oprócz błękitu nieba.

BT Wózki

Biegłem wczoraj do tramwaju i spociłem się niemożebnie. A kiedy dzisiaj zobaczyłem zdjęcia z pierwszego treningu BT Wózków Pruszków, to spociłem się po raz drugi.

Dwa kółka na bieżni, trochę przebieżek z piłką na hali, rozciąganie, 30 minut ciągłego biegu na bieżni, rozciąganie, zabawy z piłką w dwójkach, rzuty i rozciąganie.

W tym tygodniu zawodnicy Wózków mają biegać 50 minut bez przerwy.

Panowie, podziwiam! Szacunek. Pamiętam jak kiedyś na obozie koledzy wymiotowali po krótszych dystansach na palącym słońcu. Pamiętam czarne plamy przed oczami po bieganiu w upale ponad 30 stopni. A właściwie tego nie pamiętam...

Nie znam się na prowadzeniu treningów i przygotowaniu zespołów do sezonu. Ufam, że trener wie co robi. Czy to jest "tradycyjne ładowanie akumulatorów"?

Lyrics by Marek Jackowski, inspiracja by Golden Life. Tekst między zdjęciami pochodzi z utworu "Oprócz".

Zdjęcia ze znicz.polskikosz.pl

I polecam bardzo fajne teksty by Adrom o młodzieżówce i pierwszej reprezentacji.

czwartek, 12 lipca 2007

Entuzjazm, zaangażowanie, walka do końca, konsekwencja, dobry plan i radość po meczu. Tym charakteryzował się zespół Czarnogóry w meczu z Polską. Polacy, którzy musieli wygrać, byli przygnębieni, smutni, nieporadni i pogodzili się z porażką dość wcześnie. Polska - Czarnogóra 61:72.

O przebiegu meczu sporo mówią liczby: Polacy oddali 69 rzutów z gry, Czarnogórcy - 43. Polacy trafili 26 (tylko trzy za trzy), rywale - 25 (sześć za trzy). Polacy mieli 14 zbiórek w ataku, przeciwnicy - siedem. Polacy mieli 17 strat, Czarnogórcy - 23. I mimo tych przewag i okazji, ewidentne było już w przerwie, że zwycięzca może być tylko jeden, a niesamowity zwrot sytuacji, który zdarzył się w meczu Polska - Niemcy jest niemożliwy.

Cóż, zespół, który decydującą kwartę kluczowego meczu przegrywa 9:34, a na mecz ostatniej szansy wychodzi bez wiary, nie zasługuje na awans. Nie ma lidera, nie ma strzelca, czwórka rozgrywających gra nierówno, a trener przyznaje, że drużyna spotkanie z Czarnogórą zaczęła ze złym podejściem. Ale wiem to teraz. Bo po 30 minutach meczu z Niemcami byłem przekonany, że miejsce w czwórce Polsce się należy.

Czarnogóra? Czysta przyjemność oglądania. Vladimir Dasić (19 punktów, 11 zbiórek, pięć asyst), Suad Sehovic, Marko Mijovic, Dragan Zekovic... Wymieniać można długo. I trener Dejan Radonjic. Podczas meczu sprawia wrażenie nieco obłąkanego. Maszeruje wzdłuż linii bocznej (a w zasadzie po boisku) w tą i z powrotem. Spogląda na tablicę wyników, nie dowierza, patrzy na trybuny, znów na tablicę, uśmiecha się. Machnie ręką, krzyknie, kucnie. Za trzy sekundy jest na parkiecie, stoi niemal na linii rzutów za trzy! Sędzia go upomina ("Can we finish the show?"), po chwili karze technicznym. Radonjic uśmiechnięty, uspokaja zawodników. Jego zespół prowadzi kilkunastoma punktami, ale trener zachowuje się tak, jakby był remis. Ustawia zawodników, krzyczy gdzie mają pobiec, mobilizuje.

Ta energia (mimo "obłąkania" bardzo pozytywna) przelewa się na zespół. Ławka żyje, Mijovic po piątym faulu jest bliski załamania, bo chce grać. Rzut oka na polski zespół: apatia...

Hałas, Jarecki, Diduszko (od lewej)

Radonjic po meczu jest wyluzowany, rozmawia przez telefon, a potem z sympatycznym uśmiechem ocenia grę Polaków. - Silny zespół, ma dwóch dobrych podkoszowych. Wiedzieliśmy o tym i koncentrowaliśmy się na obronie w polu trzech sekund. Oglądałem mecz Polski z Niemcami, widziałem statystyki. Polacy mają bardzo słabą skuteczność, ale to nie jest główny problem. To bardzo, bardzo zły zespół w ofensywie. Źle gra przeciwko strefie, ale nie tylko. Nie potrafi rywalizować, kiedy przegrywa, zawodnicy wyglądali na rozbitych, nie walczyli - tyle Radonjic. 100 proc. racji.

Było fajnie, było nieźle, było obiecująco. A skończyło się fatalnie. Polska młodzieżówka przegrała 68:85 z Niemcami. Całe szczęście nie pogrzebała szans na awans do dywizji A.

Czwarta kwarta była zdumiewająca. Oto Niemcy - bardzo solidny zespół, który jednak przez 30 minut był ciut słabszy od Polski - stanęli strefą i wykorzystując typowe błędy Polaków przeciwko tej obronie, wyprowadzali szybkie kontry. Jak nie zdobywali punktów w szybkim ataku, to trafiali za trzy punkty (4/6 w ostatniej kwarcie). Albo z półdystansu - w obu przypadkach najlepsze akcje wykonywał Nikita Khartchenkov, który w meczu zdobył 29 punktów, a w ostatnich 10 minutach - 13.

Polacy, którzy przez 30 minut grali najlepiej w turnieju, w końcówce zgłupieli. W strefie nie potrafili dograć piłki pod kosz do skutecznych wysokich, nie próbowali sprowokować piątego faulu Tima Ohlbrechta, który od 22. minuty grał z czterema przewinieniami (i zdobył z nimi osiem punktów oraz zebrał sześć piłek). Szamotali się na obwodzie, pudłowali coraz bardziej nerwowe rzuty, a kiedy zaczęli próbować za trzy - zrobiło się dramatycznie. Przegrali ostatnie 10 minut 9:34.

Bartosz Diduszko i spółka w czwartej kwarcie mieli 0/7 za trzy (w całym meczu 2/14). Z gry 4/17, a z wolnych 1/5. Pudłowali nawet wówczas, kiedy już wiadomo było, że przegrają, ale trzeba było walczyć o jak najmniejszą różnicę. Kamil Michalski 10 sekund przed końcem zepsuł dwa wolne, a niesamowity Khartchenkov trafił trójkę at the buzzer. Mogło być -12, skończyło się -17.

Nie wiem czy zawinił trener Jerzy Chudeusz - słyszałem narzekania, że nie brał czasu, że nie zwrócił uwagi na "wyfaulowanie" Ohlbrechta, że nie skorzystał z Dariusza Kalinowskiego, który - mimo że w tym turnieju ma 0/8 - jest niezłym strzelcem z dystansu. Nie wiem czy to wszystko wina trenera, bo, przyznaję, na prowadzenie meczu nie zwróciłem uwagi.

Wiem tylko, że Polacy nie mają w drużynie strzelca. Ani jednego. Ani jednego. Czasem trafia Michalski, czasem Diduszko, niekiedy nieoczekiwanie z dystansu trafi Damian Kulig. Ale fakty są takie, że Polacy trafili najmniej trójek ze wszystkich drużyn turnieju - tylko 19 w pięciu meczach. Próbowali 70 razy, czyli mają 27,1 proc. skuteczności. Średnio oddają 14 rzutów. Najmniej spośród wszystkich zespołów.

Dobra obrona indywidualna i zespołowa, skuteczna gra wysokich i dominacja na tablicach to dużo, ale nie wystarczająco. Polska nie ma lidera, gracza pewnego bez względu na wszystko. A dzisiaj (czwartek) taki się przyda. Żeby awansować do półfinału, trzeba wygrać z Czarnogórą (Vladimir Dasić i spółka) co najmniej 10 punktami. Albo przynajmniej jednym, jeżeli Niemcy przegrają z Estonią.

Będzie ciężko. Go Eagles!

środa, 11 lipca 2007

Plany i przewidywania mają to do siebie, że w konfrontacji z rzeczywistością przegrywają wyraźnie, czasem walkowerem. Nie dotarłem na Bemowo na mój – ale nie tylko – prywatny szlagier Dasić kontra Jerebko, czyli Czarnogóra – Szwecja. Dzięki niedziałającej od kilkunastu dni neostradzie, pisząc te słowa nie wiem nawet kto awansował z grupy A, nie wiem kto dzisiaj (środa) zagra z Polską. Wielbieni przeze mnie Czarnogórcy, Szwedzi czy Niemcy mają co najmniej jedną porażkę, a w turnieju najlepsza jest na razie ponoć Ukraina, której moje oczy nie widziały. I ostatnia porażka przewidywaniowa: poniedziałkowa wizyta w hali na Bemowie przekonała mnie, że… tam jest fajniej niż na Kole! Przynajmniej było.

 

Zaczynając od końca: w niedzielę po południu na Kole wysiadł prąd w części obiektu. Udało się przełączyć wszystko, poza tablicą wyników (też mi problem, z „mojego” miejsca na Kole i tak wyniku nie widać). Organizatorzy nie potrafili w 100 proc. zagwarantować, że w poniedziałek wszystko będzie działało, więc po niedzielne spotkania przeniesiono na Bemowo.

 

Czyli do Mekki warszawskiego basketu.

 

Podróż autobusem 171 z Centrum przez plac Bankowy, obok Wola Parku itd. zajmuje ok. 45 minut, a jeśli ktoś bywa na Obrońców Tobruku Avenue rzadko, to przedarcie się przez zasieki działkowo-carefourowe wydłuża podróż do Mekki o co najmniej kilkanaście minut. Nie zazdroszczę kibicom spoza Warszawy i z zagranicy. Nie sprawdzałem, ale zakładam się, że 1 proc. Warszawiaków potrafi wytłumaczyć obcokrajowcowi w Centrum, jak dojechać do Mekki basketu.

 

Ale koniec narzekania. Na Bemowie trybuny wypełnione, w kibicowanie angażuje się zorganizowana grupa dzieciaków, którzy nawet skandują nazwiska Polaków! Fakt, to mecz o pierwsze miejsce w grupie, stawka dość wysoka, bo wynik będzie się liczył w drugiej fazie itd. Ale wrażenie jest jedno: było fajnie! Lepiej niż na Kole, gdzie na pierwszych meczach ciszę przerywali tylko kibice Irlandii.

 

Wielowątkowość zmorą niech będzie: skąd taki wybór obiektów na ME U20 dywizji B? PZKosz zrobił dokładny przegląd warszawskich hal. Torwar: za drogi. AWF: egzaminy. Polna: za mało trybun. Jakaś fajna hala na południu (Ursynów? Wilanów?): zła nawierzchnia. Zostało Koło i Mekka. FIBA ma kilka warunków dla organizowania takich imprez. Rozgrywki międzynarodowe dzieli zresztą na trzy levele. ME U20 dywizji B to poziom drugi (najwyższy jest pierwszy). Wymogi to parkiet z klepki, odpowiednia ilość trybun i kosze stojące. Dlatego w Mekce podwieszane tkwią smutno pod sufitem, a gra się na specjalnie przywiezione stojące. Na Polną ponoć nie mogłyby wjechać, bo za małe drzwi (ale za to już nie ręczę).

 

Czas na koszykówkę. Skoro nie mogę się podniecać Vladimirem Dasiciem i Jonasem Jerebko, to dwa zdania o Polakach. Czy potrafią grać coraz lepiej wraz ze wzrostem poziomu rywali? Na to wygląda. Być może te słowa stracą aktualność już za kilka godzin, ale faktem jest, że biało-czerwoni są w tym turnieju coraz lepsi.

 

Kamil Michalski nie przekonywał mnie na początku turnieju jako pierwszy PG, ale – choć nie błyszczy i mógłby być trochę szybszy – błędów nie popełnia. Na dodatek potrafi zaskoczyć rzutem z dystansu, przechwytami finalizuje niezłą obronę (zresztą cały zespół broni nieźle), sprawdza się jako kapitan.

 

Marek Piechowicz jest bardzo ciekawy. Rzut ma średni, ale motorycznie jest znakomity. Szybkość, długie ręce i instynkt są atutem w obronie, a ciąg na kosz i fantazja – przydatne w kontrach. Czasem atakuje jeden na trzech, może niepotrzebnie, ale energia wnoszona do zespołu jest bezcenna.

 

Mateusz Bartosz jest największym walczakiem pod koszem i zbiera do kupy wysiłki Kamila Pietrasa, Damiana Kuliga, Michała Gabińskiego i Jakuba Dłuskiego. Bartosz skacze wyżej, chętniej, z lepszym wyczuciem. W rotacji Jerzego Chudeusza awansuje coraz wyżej. Pozostali wysocy mają swoje momenty.

 

Bartosz Diduszko świetnie broni. W ataku może nie jest tak spektakularny, ale jego wkładu w grę Polaków nie można pominąć.

 

Teraz trzeba przerzucić ten plik na tzw. kość, opublikować w internecie, sprawdzić, gdzie i z kim gra dzisiaj Polska i liczyć na to, że za kilkanaście godzin nie będzie trzeba podsumować kolejnej przewidywaniowej porażki…

 

PS. Sprawdziłem wyniki. Dasic i Jerebko wiele nie pokazali. A dzisiaj (w środę) o 20 na Kole Polska gra z Niemcami. Będzie ciekawie.

niedziela, 08 lipca 2007

To będzie prawdopodobnie pojedynek turnieju. Czarnogórzec Vladimir Dasic stanie we wtorek o godz. 20 twarzą w twarz ze Szwedem Jonasem Jerebko. Dwaj najlepsi chyba koszykarze dywizji B młodzieżowych mistrzostw Europy zagrają przeciwko sobie.

Z racji tego, że sklonować się nie potrafiłem, wybrałem w piątek tylko jedną z hal, na których gra w Warszawie dywizja B. Wybór nie był trudny. No bo kto woli jechać na halę Legii (hangar na Bemowie), skoro na bliższym centrum Kole jest przyjemniej, kameralniej, a na dodatek w barku na hali serwują całkiem sympatyczne posiłki? Polecam szczególnie sałatkę z tuńczyka. Była zdecydowanie lepsza niż mecz Finlandia - Wielka Brytania, choć znam takich, którym gra Finów się podobała.

Żeby jeszcze bardziej odbiec od wątku głównego: jeden z kibiców słusznie napisał na forum basketa, że dziwi się dlaczego wybrano halę na Bemowie. "Koniec świata, reprezentacyjność żadna, nawet baru nie ma, tylko automat z colą i kawą. Jakby w Warszawie nie było ładniejszych hal z lepszym dojazdem (AWF, Polna)". Uwaga słuszna, trzeba to sprawdzić. Chociaż... Za halą Legii na Bemowie przemawia to, że zawodnicy ją kochają. Jeden z koszykarzy Legii określił ten obiekt mianem "koszykarskiej Mekki". Oczywiście żartem. Humory dopisują, bo Polska wygrywa. Ale - jak to się często mówi - wynik jest lepszy niż gra.

Dasic kontra Jerebko. Pierwszy to 19-letni skrzydłowy (raczej czwórka), który ma 206 cm wzrostu. Drugi to też skrzydłowy (ale raczej trójka), który jest rok starszy i dwa centymetry niższy. Jeśli kogoś z dywizji B można określić jako NBA prospect, to ich na pewno.

Vladimir Dasic

Jonas Jerebko

Dasic jest silniejszy, ale chyba trochę wolniejszy niż Jerebko. Lepiej gra tyłem do kosza i bije się ze środkowymi, ale jest mniej zwinny na obwodzie z piłką niż Jerebko. Z drugiej strony Czarnogórzec bardzo dobrze czuje się np. w wyprowadzaniu kontry. A i Jerebko potrafi zawalczyć pod koszem.

W dwóch pierwszych meczach (wygrane z Niemcami i Czechami) Dasic rzucał średnio po 22 punkty, miał 10 zbiórek i 3,5 asysty. Jerebko (wygrana z Czechami i porażka z Austrią) zdobywał przeciętnie po 21,5 punktu, miał 8 zbiórek i 3 asysty. Obu przyjemnie się ogląda, obu z przyjemnością zobaczę we wtorek. Niestety, w "Mekce warszawskiego basketu" na Bemowie.

Dasic gra w Buducnosti Podgorica - mistrzu Czarnogóry, gdzie jest jednym z podstawowych zawodników. Kilka lat temu chciał go Real, ostatnio Tau Ceramika i pewnie tuzin innych klubów europejskich. Jerebko gra w szwedzkiej Plannji Basket, ale również upominają się o niego kluby z innych krajów.

Dasic i Jerebko to oczywiście nie jedyni zawodnicy, na których warto popatrzeć. Ale oni najbardziej zostają w pamięci.

Polacy? Na razie wygrali ze Szwajcarią i Irlandią. Jak grają? Nieciekawie.

środa, 04 lipca 2007

W piątek ruszają mistrzostwa Europy do lat 20. Dywizja B, czyli druga liga, ale że mecze w Warszawie, to kilka z nich obejrzeć warto.

W ramach przygotowań do imprezy zacząłem rozmyślać o mistrzach Polski juniorów w ostatnich latach. Tłuczą mi się po głowie słowa jednego z trenerów zespołów ekstraklasy, który opowiadał, że przed sezonem dostał kiedyś do drużyny trzech aktualnych mistrzów Polski juniorów. Okazało się, że są kompletnie nieprzydatni, bo nie rozumieją podstaw nowoczesnej gry. Ów trener prowadził wówczas przeciętny zespół, taki z pogranicza play-off i był mocno zawiedziony.

Postanowiłem więc znaleźć najlepszy zespół mistrzów Polski od 1990 roku. Nie rozróżniałem na juniorów starszych i zwykłych od kiedy wprowadzono podział - chciałem po prostu zobaczyć w którym mistrzowskim zespole było najwięcej zawodników, którzy zaistnieli. Zaistnieli, czyli... zainstnieli. Grali w przynajmniej I lidze i poznali ich kibice nie tylko z własnego regionu.

Źródła niestety nie są pełne, brakuje mi np. składu Aspro Wrocław z 1996 roku. Ale pomijając niedogodności i zagubione wątki w śledztwie, można się zgodzić, że najlepsze zespoły to:

- Lech Poznań 1991, gdzie grali m.in. Tomasz Jankowski, Bartłomiej Tomaszewski, Wojciech Ziółkowski, Maciej Jezierny.

- Trefl Sopot 1999, czyli Filip Dylewicz, Przemysław Frasunkiewicz, Paweł Kowalczuk, Dariusz Lewandowski, Bartosz Potulski

- Polpharma Starogard 2002, a więc Szymon Szewczyk, Bartosz Sarzało, Grzegorz Kukiełka, Jakub Dryjański

Polpharma '02

Z resztą jest problem. Zdarzają się rodzynki - Stal Stalowa Wola '90: Roman Prawica, Henryk Bieleń; Skra Warszawa '92: Piotr Szybilski, Daniel Stec; Śląsk Wrocław '02: Iwo Kitzinger, Kamil Chanas. Ale żaden zespół nie powala. A taka np. Wisła Kraków '94 czy Carbo Gliwice '01? Marcin Stefański reprezentował ten drugi klub, reszta zawodników anonimowa.

I tyle w ramach oczekiwań na ME do lat 20 (B). Rocznikom z lat 2005-07 trzeba jeszcze dać szansę.