Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
środa, 29 sierpnia 2007

Odtworzenie statystyk reprezentacyjnych będzie trudne, ale wciąż chodzi mi to po głowie i będę się starał. Te 77 spotkań Adama Wójcika, które na szybko wyliczyłem (po turnieju w Turcji to już 80 zresztą), są tylko nędznym wycinkiem rzeczywistej ilości meczów reprezentacji, w których pan Adam wystąpił. Przynajmniej tak to wygląda, jeśli spojrzy się na mecze w kadrze Patricka Femerlinga, czy Gregora Fucki.

Obaj zawodnicy są młodsi od Wójcika (1970). Niemiec to rocznik '75 - właśnie pobił rekord kraju, zagrał w 182. meczu reprezentacji. Włoch Fucka od Wójcika jest młodszy o rok, a ma na koncie 164 mecze.

I jeszcze Dirk Nowitzki ('78) - w reprezentacji Niemiec zagrał już 100 razy. Ale to w sumie bez związku, tylko jako ciekawostka.

Przejdźmy do rekordzisty koszykarskiego świata (a może nie tylko koszykarskiego?). Oscar Daniel Bezerra Schmidt. Brazylijczyk, o którym Wikipedia pisze - i pewnie słusznie - że jest jednym z najlepszych graczy na świecie, który nigdy nie zagrał w NBA (choć w 1984 roku New Jersey Nets wybrali go ze... 131 numerem draftu). Na swojej stronie Schmidt podaje, że w profesjonalnej karierze zdobył 49737 punktów, Wikipedia na to, że jest to rekord świata. Możliwe. Ale tym zajmę się później (swoją drogą ciekawy temat).

Ile razy Oscar Daniel Bezerra Schmidt zagrał w reprezentacji?

326.

Rekordzista

niedziela, 26 sierpnia 2007

Rozmawiałem w niedzielę po południu z Michałem Ignerskim. Źródła z Turcji nie podały żadnych informacji co do decyzji selekcjonera odnośnie powołania Michała, bo zainteresowane sprawy chcą omówić to w Polsce, twarzą w twarz. I słusznie. Kilkadziesiąt godzin zapewne więc poczekamy.

Decyzji nie ma, ale z tego co - i przede wszystkim jak - mówił Ignerski, wynoszę, że sprawy nie mają się dobrze. Poza tym, że noga spuchnięta itd., wyczułem w jego głosie, że sprawa jest już przesądzona i na ME nie zagra. Obym się mylił. Może Ignerski miał tak smutny głos, bo rozczarowały go wyniki turnieju w Izmirze? Oby, oby.

środa, 22 sierpnia 2007

O statystyki występów koszykarzy w reprezentacji postanowiłem zagrać na świeżości. Kilkanaście godzin po podjęciu zobowiązania wykonałem oficjalny telefon do PZKosz. Najpierw Wydział Szkolenia.

Usłyszałem, że oni tego nie mają, trzeba dzwonić gdzie indziej, że owszem, ktoś kiedyś nad takim zestawieniem czuwał i wszystko liczył. Tylko, że umarł i nie wiadomo co się stało z jego archiwum. Wówczas zwątpiłem po raz pierwszy.

Wcześniej coś mi świtało, że śmierć Alojzego Chmiela może oznaczać wielką stratę, także jeśli chodzi o statystyki. I we wtorek przekonałem się, że tak jest. 10 (15) grudnia 2006 roku odeszła być może jedyna osoba w Polsce, która miała pojęcie o liczbie występów koszykarzy w reprezentacji.

Ale... W Wydziale Szkolenia poradzono, żeby wykonać telefon do sekretarza generalnego PZKosz. Uczyniłem to. Najpierw usłyszałem, że Alojzy Chmiel itd., ale potem okazało się, że archiwa, dokumenty itp. zostały przekazane Leszkowi Maria Rouppertowi - prezesowi Lubelskiego Związku Koszykówki, trenerowi reprezentacji Polski oldboy'ów, byłemu trenerowi sekcji kobiet lubelskiej Akademii Rolniczej i nie tylko, jeszcze w końcówce minionego sezonu szkoleniowcowi lubelskiego Startu AZS. I oczywiście pierwszopiątkowemu solidnemu zawodnikowi Startu w latach 60.  A może i reprezentacji Polski?

Sekretarz PZKosz obiecał sprawą się zająć, poprosił o telefon dzień później. Zadzwoniłem i usłyszałem, że to będzie ciężka sprawa. Zwątpiłem po raz drugi, mimo że sekretarz powiedział, że związek postara się, żeby te dokumenty i archiwa Chmiela wróciły do Warszawy, a ich opracowaniem zajął się ktoś z PZKosz. - Ale to potrwa, bo teraz będą mistrzostwa i mamy ważniejsze sprawy na głowie. A pan Rouppert jest szefem takiej naszej Komisji Historycznej...

Archiwa

Zrozumiałem. Ale postanowiłem dotrzeć do pana Roupperta. W Lubelskim Związku Koszykówki na razie nikt nie odbiera telefonu.

Na koniec krótka notka biograficzna Alojzego Chmiela znaleziona w internecie:

Urodził się 4 kwietnia 1923 roku w Chorzowie. Przez 27 lat przewodniczył Wydziałowi Gier i Dyscypliny PZKosz. Na przełomie lat 70. i 80. był także wiceprezesem związku i kierownikiem reprezentacji koszykarzy. Od 1983 roku był również komisarzem międzynarodowym FIBA. Pierwszą dyscypliną sportu, którą uprawiał i której kibicował, była piłka nożna. Piłkarskie treningi, jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, rozpoczynał w AKS Chorzów. Po wojnie, gdy trafi ł do „Osy” – Ofi cerskiej Szkoły Artylerii w Toruniu, podczas swego debiutu w wojskowej drużynie zdobył pięć bramek. Potem futbol zszedł na dalszy plan, a jego miejsce zajęła koszykówka.

Skarb dla miłośnika statystyk. R.I.P.

wtorek, 21 sierpnia 2007

... chociaż statystycznie tego w żaden sposób nie udowodnię. Chodzi o to, że miałem ostatnio okazję zagrać przeciwko jednemu i drugiemu.

Towarzyskie mecze z profesjonalistami charakteryzują się tym, że strona amatorska świadomie blokuje się i gra ostrożnie. Zniszczenie kostki Łukasza Koszarka, albo wybicie palca Marcinowi Gortatowi to sprawy tak poważne, że lepiej nie ryzykować. Gra się więc trochę inaczej, inaczej grają także sami profesjonaliści. Na 20, 30, 40 proc.? Ocenić nie sposób. Ale wiadomo o jaki rząd odpuszczania chodzi - z ich strony ma się rozumieć.

Nie szkodzi, przeżycie jest spore. Jeszcze dwa dni po graniu z Koszarkiem opowiadałem zainteresowanym kolegom, że dwa razy udało mi się ustać na nogach, kiedy zaczynał robić te swoje zwody. Zwody, które z trybun wcale nie wyglądają na superhipermegapowalające. Dla mnie były właśnie takie. I przypominam - na 30 proc. mocy mniej więcej...

O ile Koszarka mogłem próbować zatrzymać solidną pracą na nogach, to Gortata mogłem tylko... No właśnie, nic nie mogłem. W obronie nic.

W ataku za to Marcina - taki 'zawodnik' jak ja - może minąć. Mismatch jest to potężny i w miarę szybki zwód ze zmianą kierunku dawał przewagę dwóch metrów. Ale i tak musiałem się nieźle wyyyyyyyciągnąć, żeby rzut kelnerski z lewej strony zablokowany nie został. Tylko, że pierwszej próby i tak nie trafiłem.

Zagrać przeciwko Koszarkowi w ataku - ciężka sprawa. Ten rozgrywający jest jednak dla mnie 'duży'. Czeka z ręką, na nogach ustawia się nisko, minięcie to problem.

Mi osobiście trudniej grało się z Koszarkiem, bo miałem mniejsze pole manewru. Ale obu zawodnikom dziękuję, że będę mógł powiedzieć: grałem z pierwszym rozgrywającym reprezentacji Polski, grałem ze środkowym NBA.

Marcinowi życzę stłamszenia Dwighta Howarda, a Łukaszowi równej gry z Tonym Parkerem i zdrowego Bartka! 

Aha. Marcin powiedział mi, że "gramy do jednego rzutu bez zbiórek, bo się pozabijamy". Odebrałem to jako komplement, Adrom zbierać mógł.

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

To jedna z zagadek przed turniejem w tureckim Izmirze, gdzie reprezentacja zagra z Chinami, Serbią oraz Turcją/Chorwacją/Łotwą. Oczywiście, bardziej ciekawe, a na pewno istotne jest to, którzy dwaj zawodnicy z obecnej 14 nie pojadą na ME do Hiszpanii. Ja obstawiam, że Paweł Kikowski i Krzysztof Szubarga. A jeśli cudownie wyzdrowieje Michał Ignerski, to w kadrze moim zdaniem zabraknie też Kamila Pietrasa. Choć szanse Ignerskiego na wyleczenie kostki są raczej niewielkie.

Ale nie o tym była mowa. Z kilkoma kolegami zastanawialiśmy się, czy jest ktoś, kto ogarnia liczbę występów koszykarzy w reprezentacji Polski. Ktoś, albo coś (książka, broszura, wydawnictwo, cokolwiek). Ja nie znam.

Ciśnienie na stworzenie takiej tabelki jednak się pojawiło. Pamięć, koszkadra.pl, stosy "Basketów", "Polska koszykówka męska 1928-2004" - słowem, wspólnymi siłami chcemy nad tym zapanować. Proszę o pomoc.

Oczywiście, liczenie od początku świata nie wchodzi w grę. Granicę ustalamy na Adamie Wójciku. Powiedzmy, że liczymy od jego debiutu w reprezentacji, który miał miejsce... No właśnie, kiedy?

Adam Wójcik

Według dzieła "Polska koszykówka męska 1928-2004", pan Adam zagrał w reprezentacji 22 listopada 1989 roku z Holandią (71:101) i rzucił osiem punktów. Ale niewykluczone, że debiutował wcześniej. Cytowane dzieło w tabelkach reprezentacyjnych posiada dziury, więc polegać na nim w 100 proc. nie można.

Ale spróbować policzyć można. Szybkie, bardzo poobieżne przejrzenie statystyk rozmaitych daje liczbę orientacyjną: 77. Samych meczów eliminacyjnych i finałów ME. Czyli Wójcik mógł zagrać w reprezentacji 100 razy.

A reszta?

wtorek, 14 sierpnia 2007

Polska - Łotwa 75:77, Polska - Czechy 59:84, Polska - Włochy 52:84. Mistrzostwa Europy już trzy tygodnie, ale nie ma się z czego cieszyć.

Mecz z Włochami można było obejrzeć na Rai Sport Satelite, więc nie trzeba było już sugerować się li tylko relacjami kierownika drużyny Arkadiusza Lewandowskiego. Można było na własne oczy zobaczyć grę Bartłomieja Wołoszyna w roli niskiego skrzydłowego, epizody na tej pozycji Iwo Kitzingera, środkowego Roberta Witkę i antysnajperskie popisy Andrzeja Pluty.

Można było też robić statystyki, za co się zabrałem. Kilka razy przeszkodziły mi powtórki, więc radziłbym się nie sugerować tymi obserwacjami w 100 proc. Ale w 95 proc. już tak.

Kolejność zawodników nieprzypadkowa.

Filip Dylewicz - 15 punktów (5/7 za dwa, 1/2 za trzy, 2/2 z wolnych), siedem zbiórek, asysta, przechwyt, dwie straty

Najlepszy zawodnik Polski w meczu z Włochami i prawdopodobnie w całym turnieju. Dylewicz euroligowy. Walczy na desce, znajduje się w trumnie, wchodzi z obwodu, rzuca z dystansu. Szkoda, że nie jest typem lidera.

Iwo Kitzinger - dziewięć punktów (1/3 za dwa, 2/2 za trzy, 1/2 wolne), trzy zbiórki, asysta, przechwyt, cztery straty.

Statystycznie zrobił tyle dobrego, co i złego, ale wstydzić się go nie można. Bardzo aktywny, choć czasem z tych indywidualnych zapędów wynikały straty. Ale te kilka wejść z obwodu na niskim, szybkim koźle... Czasem wymuszał faule, czasem niekoniecznie wybierał najlepsze podania. Suma sumarum: pozytywny zawodnik. Szczególnie w porównaniu do trzech pierwszopiątkowych obwodowych.

No i ten rzut z własnej połowy na zakończenie pierwszej kwarty. Ciekawe, czy rzeczywiście było po czasie.

Adam Wójcik - 10 punktów (3/6 za dwa, 0/1 za trzy, 4/6 z wolnych), sześć zbiórek, blok, cztery straty.

Wolny, przewidywalny, ale ciągle wartościowy. Przez cały swój czas jako środkowy, większość akcji tyłem do kosza. Miał w trumnie sporo błędów, dawał się blokować, ale kilka razy był tam, gdzie powinien. Robert Skibniewski pokazał, że dobre wejście pod kosz daje możliwość znalezienia Wójcika.

Robert Skibniewski - sześć punktów (2/4 za trzy), dwie asysty, przechwyt.

O wiele bardziej przekonujący jako PG niż pierwszopiątkowy Łukasz Koszarek. Skibniewski ożywiał atak, próbował zwodów, wbijał się w pole trzech sekund, ściągał na siebie obrońców. I podejmował lepsze decyzje rzutowe. Ogólnie: przyspieszał bardzo ślamazarną grę Polaków.

Robert Witka - siedem punktów (2/5 za dwa, 1/2 za trzy), trzy zbiórki, asysta, blok, przechwyt, dwie straty.

Z konieczności (Gortat, Lampe, Trybański) musi grać bardzo blisko kosza, także jako środkowy, a najlepiej czuje się dalej od niego. Brakowało mu pewności w akcjach tyłem do kosza, nie dociągał rzutów. Tylko raz udało mu się trafić z odejścia, dostał brawa od publiczności.

Bartłomiej Wołoszyn - trzy punkty (1/2 za dwa, 0/2 za trzy, 1/3 za trzy), sześć zbiórek, asysta, strata.

Waleczny, szczególnie w obronie, ale w ataku... Bardzo przypadkowy. I bardzo brakuje Michała Ignerskiego, Krzysztofa Roszyka i nawet Marcina Stefańskiego.

Łukasz Koszarek - dwa punkty (0/1 za dwa, 0/3 za trzy, 2/2 z wolnych), zbiórka, cztery asysty, strata.

Bojaźliwy. Mało dynamiczny, niezdecydowany. Miał cztery asysty (najwięcej), ale Skibniewski i Kitzinger kreowali więcej. Plus dla Koszarka za dwa skuteczne kontrataki.

Andrzej Pluta - bez punktu (0/5 za trzy), dwa przechwyty, pięć strat.

Zagrał bardzo słabo. Przede wszystkim: był nieskuteczny, a to często decyduje o grze Pluty. To się jednak zdarza (np. Włosi byli obłędnie skuteczni z dystansu, na moje oko mieli tak 15/30), gorzej z tym, że Pluta nie miał pomysłu na grę. Poziom reprezentacyjny to nie liga - jeden kozioł nie pozwala się uwolnić od obrońcy, nie ma szans na rzut z 5,5 metra. Fatalne podania - niecelne, przewidywalne, nie w tempo. Mały plus za moment w drugiej połowie, kiedy przez kilka minut naciskał na graczy z piłką i wymusił dwa błędy.

Radosław Hyży - bez punktu (0/3 za dwa, 0/2 z wolnych), trzy zbiórki, strata.

Grał kilka minut.

I kilka uwag zespołowych. Włosi świetni w rzutach za trzy punkty - zastanawiam się na ile było to efektem wyjątkowej skuteczności, a na ile złej obrony Polaków na obwodzie. I chyba w większym stopniu decydowało to drugie, szczególnie w pierwszej połowie. Włosi często rzucali mając dwa metry wolnego miejsca.

Polacy mieli problemy z obroną zespołową, słabo przekazywali, rotacja zatrzymywała się dość wcześnie. Tu jest dużo do nadrobienia.

Włosi biegali do kontry z werwą i ochotą - kończyli je wsadami, fajnymi asystami, a jak nie trafiali, to po sobie zbierali. Polacy nie nadążali z powrotem, a sami gry nie napędzali. A chyba powinni, prawda? Piątka Skibniewski, Kitzinger, Wołoszyn, Dylewicz, Wójcik jest przecież stworzona do gonitwy. A udało się to chyba tylko trzy razy.

Dobrze to nie wygląda. Ale może selekcjoner zabił w zawodnikach świeżość na słoweńskim obozie, bo zgodnie z jego planem forma na przyjść na początek września?

 

sobota, 04 sierpnia 2007

Nie jestem pewny czy porównywanie takich wydarzeń jest na miejscu, ale nie mogłem się powstrzymać. Kilkanaście godzin po oddaniu do Bostonu Kevina Garnetta, w Minneapolis zawalił się most 35W.

Katastrofa

Wielka tragedia, nieporównywalna w żadnym stopniu z oddaniem Garnetta, ale... Trudno powstrzymać się od stwierdzenia, że na początku sierpnia w Minneapolis zawaliło się bardzo dużo. Stwierdzenie prawdopodobnie niepotrzebne, ale jednak...

Katastrofa

Cztery osoby zginęły, kilkadziesiąt jest rannych, ok. 20 zaginionych. Bardzo blisko tragedii była wnuczka właściciela Timberwolves Glena Taylora, który oczywiście nie tylko z tego względu odwołał konferencję prasową, na której mieli zostać przedstawieni zawodnicy pozyskali za KG z Bostonu.

Ogromne szczęście miał były trener Timberwolves Flip Saunders, który w momencie tragedii był kilkadziesiąt metrów przed mostem.

Oby takie katastrofy się nie powtarzały. Nietrafione (dlaczego nie dwa lata wcześniej?!) transfery także.

środa, 01 sierpnia 2007

Nie wiem dlaczego, ale w czerwcu 1995 roku wydawało mi się, że Kevin Garnett to dryblas w stylu Bryanta Reevesa (z jego kariery w NBA najbardziej pamiętam przystrzyżony wąs). Usłyszałem, że Minnesota wzięła z piątym numerem draftu 19-letniego szczyla prosto z high school, a że kołatała mi po głowie ta jego "białość", czyli w moim rozumieniu nieudolność, to zadowolony nie byłem. W Timberwolves grali wówczas ewidentnie biali Christian Laettner i Tom Gugliotta, a ja do swojgo ulubionego zespołu potrzebowałem kogoś, kto wesprze mojego idola (czarnego) Isaiaha Ridera.

Wujek Czas pokazał, że Laettner, Gugliotta, Rider i reszta nieudaczników, bądź przeciętnych daczników, odeszła w zapomnienie. A Garnett - okazało się, że czarny - stał się zbawieniem zimnego stanu i przyciągał na trybuny kibiców. Niezależnie od tego czy obok niego grał Stephon Marbury, Terrell Brandon, Chauncey Billups, Sam Cassell, czy - niestety - Mike James.

Co pamiętam z gry Garnetta w Minneapolis? To ciekawe, ale niewiele. Próbuję sobie przypomnieć jakiś jeden konkretny mecz, występ, rekord, akcję, cokolwiek, ale widzę jedno: solidność, poświęcenie, zaangażowanie, wszechstronność. Klasę. 974 mecze, 20090 punktów, 11170 zbiórek, 4382 asyst.

Jedno bardzo jasne wspomnienie, ale dotyczące raczej klubu niż Garnetta, to play-off sezonu 1997/98. Drugi występ Timberwolves w play-off w historii. Bilans 45-37 dał siódme miejsce w konferencji i rywalizację ze Seattle Supersonics. Minnesota przegrała pierwszy mecz, ale wygrała dwa następne i spotkanie nr 4 w Target Center mogło dać awans do półfinału konferencji! Wygrali jednak Sonics. W piątym meczu Minnesota prowadziła jeszcze do przerwy, ale przegrała. Wówczas w I rundzie grało się do trzech wygranych.

Przez trzy pierwsze mecze tej serii byłem na wycieczce klasowej w Karkonoszach i największe emocje przeżywałem rano. Biegłem do kiosku, kupowałem "Tempo" i nie wierzyłem własnym oczom! Timberwolves wygrywali w play-off... Pamiętam jeszcze, że w Seattle wyróżniał się Hersey Hawkins.

Fantastyczny był też półfinał konferencji w 2004 roku. Minnesota wygrała z Sacramento 4:3 po serii, gdzie były zwycięstwa na wyjazdach, dogrywki, wszystko. Gdyby Chris Webber trafił w ostatniej sekundzie za trzy, to w finale konferencji graliby Kings. Ale nie trafił, załamany osunął się na parkiet. Pocieszał go właśnie Garnett.

Ja dzisiaj załamany nie jestem, wręcz cieszę się, że KG odszedł. Od dwóch sezonów powtarzałem, że powinien odejść, bo "jego" drużyna w Minnesocie już się wypaliła. I szczerze mówiąc, to kolejne wypowiedzi Garnetta o tym, jak bardzo jest przywiązany do miasta, klubu, o tym, że nie chce odchodzić, coraz bardziej mnie irytowały. Chociaż oczywiście je doceniałem, bo nigdy nie zapomnę słów, które w połowie lat 90. powiedział Dikembe Mutombo. Chodziło mniej więcej o to, że "w Minnesocie nie będzie grał nigdy, bo tam jest za zimno dla jego psa, który nie będzie chciał wychodzić na spacer". Teraz jestem w stanie to zrozumieć, wtedy bardzo mnie to zabolało.

W każdym razie Garnett mówił, zapewniał, obiecywał, a zespół się staczał...

31 lipca stoczył się więc na dno. Dno dna. Doug West, Mark Randall, Felton Spencer, Thurl Bailey, Gerald Glass, Luc Longley, Chuck Person, Michael Williams, Brad Sellers i niejaki Łotysz Gundars Vetra - to był zespół, któremu w 1992 roku zacząłem kibicować. Wiadomo było, że dochodzi Laettner - ktoś, kto ponoć grał w Dream Teamie. Dlaczego Timberwolves? Wcześniej kibicowałem Portland, ale starszy kolega, który był za Charlotte Hornets, powiedział: - Weź kibicuj jakiejś słabszej drużynie, to będziemy mogli się spierać, która lepsza.

Randy Foye, Corey Brewer, Al Jefferson, Gerald Green, Mark Blount, Ricky Davis, Juwan Howard, Trenton Hassell itd., itp. Znów wróciłem do punktu wyjścia. Tyle, że Charlotte Hornets już nie ma. Ale ja się cieszę, że przez kilka lat będzie się tworzył nowy zespół. Cieszę się, choć wiem, że będzie ciężko.

Isaiah J.R. Rider

Wielkość Garnetta i mój szacunek dla niego nie zmienia faktu, że nigdy nie był moim idolem. Tego miejsca Isaiahowi Riderowi nikt nie odbierze.

UNLV scoring sensation J.R. Rider...