Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

W odzewie na apel Piotra Szeleszczuka - co możemy zrobić, żeby uratować jedyny w swoim rodzaju i jeden z najfajniejszych w koszykarskiej Polsce blog o Pogoni Ruda Śląska?

Zajrzyjcie koniecznie - dowiecie się o co chodzi (w skrócie: autor jest zastraszany przez nieprzychylnego blogowym treściom kierownika Pogoni), a przy okazji przekonacie się, że nie chodzi tu o byle jaki blog. To twórczość wyjątkowa - jest w niej i pomysł, i wyjątkowa forma.

Przyznam, że nie mam pomysłu, co można w tej sprawie zrobić, ale wierzę w potęgę internautów i czekam na propozycje.

Do wtorkowej "Gazety Wyborczej" napisałem komentarz dotyczący przegranych eliminacji mistrzostw Europy (niektóre fragmenty to rozwinięcie przemyśleć z poprzedniego wpisu na blogu). Tytuł - "Koszykarski krok wstecz" - jest znaczący, bo przecież biorąc w nawias zeszłoroczne mistrzostwa w Polsce, na których biało-czerwoni zagrali jako gospodarz, zakończone w niedzielę eliminacje wypadły gorzej niż te z 2006 roku pod wodzą Andreja Urlepa.

Kadencja Romana Ludwiczuka pod względem wyniku sportowego kończy się zatem gorzej niż zaczynała i to pomimo wyjątkowych dla polskiej koszykówki wydarzeń w trakcie jej trwania - wspomnianych ME, finału NBA z udziałem Marcina Gortata oraz ćwierćfinału Euroligi w wykonaniu Asseco Prokomu Gdynia.

Zapraszam do dyskusji na temat, który wałkowaliśmy już wiele razy - co zrobić, żeby było lepiej?

Zapraszam także do lektury wtorkowej "Gazety" lub Sport.pl, gdzie ukaże się długi wywiad o eliminacjach z Gortatem.

Ostatnia sierpniowa niedziela miała być polskim dniem w Belgii. I była, ale tylko połowicznie. Wyścig o Grand Prix Belgii na Spa-Francorchamps przyniósł pozytywne emocje w postaci trzeciego miejsca Roberta Kubicy, ale atmosferę sukcesu zepsuła porażka koszykarzy.

Belgia - Polska 70:67. Nie ma bezpośredniego awansu na przyszłoroczne mistrzostwa Europy.

Dzień był długi, a emocji w nim wiele. Głowa puchnie od przemyśleń, za rogiem każdego z nich kryją się pytania, zastrzeżenia, ślepe uliczki... Na gorąco proponuję kilka wniosków, które w najbliższych dniach będziemy rozwijać.

Trener Igor Griszczuk nie jest trenerem gotowym na prowadzenie reprezentacji Polski i bez wahania napisałbym to także w przypadku zwycięstwa w Belgii i bezpośredniego awansu na mistrzostwa Europy.

O błędach trenera pisze Michał Owczarek na blogu "Pick and roll", ja napiszę krótko: skoro najważniejszy mecz eliminacji jest niemal kalką wcześniejszej porażki w Portugalii (dobry początek, wysokie prowadzenie, szansa w końcówce), to znaczy, że drużyna nie wyciągnęła ze swoich słabości żadnych wniosków. Skoro poziom gry obniża się już w drugiej kwarcie, a po przerwie zespół zaczyna grę od wyniku 0:10, to znaczy, że pomysłu na poprawę sytuacji nie było.

Reprezentanci Polski - większość jej zawodników - jest mentalnie niedojrzała. Świadczy o tym przypadek Adama Hrycaniuka z meczu Antwerpii - na pierwszy rzut oka nieistotny i wyolbrzymiony, ale moim zdaniem istotny. Zmiennik Marcina Gortata tuż po wejściu na boisku w podkoszowym zamieszaniu zgubił soczewkę i musiał zejść z boiska. Po chwili okazało się, że zapasowe zostawił w hotelu...

Hrycaniuk nie odmieniłby sytuacji na boisku, ale twarde łokcie i pięć fauli przydałyby się w tym meczu, w którym rywal miał aż 11 zbiórek w ataku. Co z tego, że Hrycaniuk 10 minut przed czasem stawił się na przedmeczowej odprawie w hotelu, skoro zawiódł drużynę na boisku? Kadrowa dyscyplina - ta wyimaginowana namiastka koncentracji, którą próbował wprowadzić Griszczuk - była nieistotna i na pokaz. Prawdziwej, potrzebnej dyscypliny w głowach nie było. Czy Hrycaniuk był należycie skoncentrowany?

Z drugiej strony - jaki przykład dał Griszczuk, który jeszcze przed wyjazdem do Portugalii zwolnił z pracy w sztabie szkoleniowym swojego asystenta Pawła Turkiewicza, aby ten mógł się przygotowywać do sezonu z Polpharmą Starogard? Jeśli Turkiewicz był Griszczukowi zbędny, to po co w ogóle pracował z kadrą? Jeśli był potrzebny, to dlaczego - do cholery! - selekcjoner dał mu wolne przed najważniejszymi meczami? I jakie wrażenie musiało to zrobić na zawodnikach?

Kwestia mecze w domu vs mecze na wyjeździe, czyli bilans 4-0 vs 0-4 - co zaciemnia obraz? Przekonujące zwycięstwa u siebie, czy regularne wyjazdowe porażki? Czy Polska to dobry zespół, który zaliczył wpadki na wyjeździe czy może przeciętna ekipa, która wykorzystała atut własnej hali?

Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, ale chyba bliższe prawdy jest to drugie twierdzenie. Wnikliwi obserwatorzy zauważyli, że nawet w zwycięskich meczach - np. z Portugalią czy Bułgarią - gra Polaków nie była wiele lepsza niż w spotkaniach wyjazdowych. Dom to odpoczynek, spokój, doping, radość, pewność siebie, a wyjazd to zmęczenie, znużenie, presja, złość i strach. Na Polaków te różnice działały, drużyna nie potrafiła sobie z tym poradzić.

Pokusa zrzucania całej winy za brak awansu na Griszczuka jest duża i uzasadniona, ale to nie tylko trener jest odpowiedzialny za to, że w mamy w Polsce bardzo niewielu koszykarzy na europejskim poziomie. Widać to było w momencie, kiedy jeden z nich (w Antwerpii - Maciej Lampe) miał gorszy dzień, widać to było w przypadku kontuzji Krzysztofa Szubargi. Griszczuk powinien zadbać o możliwość dołączenia do drużyny Tomasza Śniega w każdej chwili, ale fakt, że mamy w Polsce 2,5 rozgrywającego zdolnego do gry w reprezentacji (Śniega traktuję jako 0,5, bo nie jestem pewny czy pomógłby na wyjazdach), jest przygnębiający.

Last but not least - selekcjonera Griszczuka wymyślił sobie prezes PZKosz Roman Ludwiczuk. Szef związku nie potrafił znaleźć trenera, który zminimalizowałby ryzyko niepowodzenia (zminimalizował, bo gwarancji sukcesu nie dałby nikt), więc poniekąd jest odpowiedzialny za brak awansu. Czy przełoży się to na ocenę jego prezesury w oczach delegatów w zbliżających się wyborach?

Najgorsze jest to, że większość z tych moich wniosków czy też przemyśleń byłaby prawdziwa, nawet jeśli Polska pokonałaby w niedzielę Belgię i awansowałaby na mistrzostwa Europy. Griszczuk pozostałby słabym trenerem, wybór rozgrywających ograniczałby się do trzech, przaśna Tauron Basket Liga nie pozwalałaby dojrzewać koszykarzom, a Ludwiczuk wciąż byłby głównym hamulcowym dyscypliny w Polsce.

Gdyby Polacy w Belgii wygrali i wywalczyli miejsce na litewskich mistrzostwach Europy, pewnie nie ocenialibyśmy wnikliwie wszystkich niedociągnięć. W tych eliminacjach najważniejszy był wynik, styl pozostawał na drugim miejscu. Okazało się jednak, że i wynik, i styl wystarczył zaledwie do czwartej pozycji w grupie.

Ostatni tydzień w polskiej koszykówce był przygnębiający. Zamieszanie związane z udziałem Asseco Prokomu Gdynia w całym sezonie Tauron Basket Ligi i smutny koniec eliminacji sprawiają, że tęsknię za wakacjami w Bieszczadach.

Na ukojenie nerwów zszarganych emocjami sportowymi polecam opowiadanie "Mrówka 2" prosto z Siekierezady.

piątek, 27 sierpnia 2010

Na pierwszy rzut oka - niewiele.

Asseco Prokom Gdynia zagra w lidze od początku sezonu i nie będzie miał - poza przekładaniem spotkań - żadnej taryfy ulgowej.

Tauron będzie sponsorem przez następny rok, a może nawet przez dwa kolejne lata - umowa jest podpisana na sezon z opcją przedłużenia o dwa. Liga za pierwszy sezon dostanie 1,2 mln złotych.

Dzięki sponsorowi będą pieniądze na transmisje telewizyjne - planowane jest przynajmniej 30 w TVP Sport. Transmisje z rosnącą oglądalnością mają być głównym katalizatorem zmian na lepsze.

Prezes ligi Jacek Jakubowski od początku pełnienia swojej funkcji wymieniał te dwie ostatnie kwestie jako fundamenty swojej polityki. Wygląda na to, że będzie mógł je postawić.

Ale patrząc głębiej nie sposób nie dostrzec, że prezes, że zarząd, że cała liga na zamieszaniu z Prokomem straciła. I to dużo.

Tauron przekonał się, że w jego Tauron Basket Lidze - w koszykarskim środowisku w ogóle - panuje bałagan ogromny. Niewielkie pieniądze, tania polityka, nikczemne osobowości i tajemnicze zależności między nimi tworzą bajzel, nad którym trudno zapanować. Generalizuję, ale czy właśnie nie taki generalnie negatywny obraz pojawił się w ostatnich dniach przed oczami sponsora?

Wyszło na jaw, że na najwyższych stanowiskach w lidze i w związku tkwią marionetki. Jakubowski nie odmienił na razie swoją prezesurą ligowego zwyczaju, że szef ligi jest zależny od rady nadzorczej. Zarząd nie rządzi, tylko słucha, a rada nie doradza, tylko nakazuje.

Jakubowski był jednak w Prokomgate marionetką podwójną - po pierwsze: od początku pojawienia się kwestii udziału mistrza Polski w lidze VTB ślepo, bezrefleksyjnie i nie zważając na interes ligi szedł - z przyzwyczajenia? - na rękę swojemu byłemu pracodawcy. Po drugie: zmieniając i precyzując na początku roku ligowe regulaminy nie uzyskał ostatecznego zdania w sprawie np. systemu rozgrywek. Zostawił ją w rękach klubów i Ludwiczuka, a to nie jest dobre rozwiązanie.

Ludwiczuk - ten, który zwykł traktować pracowników związku i ligi jak marionetki - sam okazał się jednak płotką, kiedy do rozsądku przemówiło mu ministerstwo sportu. Mówiąc językiem adekwatnym do jego szefa Adama Giersza - Ludwiczuk podkręcił piłeczkę, która otarła się o siatkę i spadła na stół rywala, ale ten odpowiedział ściną, której obronić się nie dało.

Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Ludwiczuk nie jest prezesem, który wie i czuje, o co chodzi w zarządzaniu związkiem lub ligą. Ale to nic nowego.

Prysnął mit Jakubowskiego, który posprząta stajnię Augiasza, jak lubił określać ligowe środowisko poprzedni prezes Janusz Wierzbowski. Ostatnie wydarzenia pokazały, że brak mu i charyzmy, i wizji. W tym jest podobny do Wierzbowskiego, ale odróżnia go to, że stworzył sobie jednak twórcze zaplecze w zarządzie i biurze.

To zaplecze może czuć pokusę, żeby odejście od absurdalnych propozycji rady traktować jako sukces, ale czy można tak określić powrót do punktu wyjścia, do naturalnego stanu rzeczy? Nie można.

Z drugiej strony nie dziwię się satysfakcji z tego, że zdołano przebić nienaruszalny do tej pory betonowy mur, za którym wygodnie usadowiła się grupa koszykarskich leśnych dziadków. Dla nich istotą wpływania na ligę jest zacietrzewianie się podczas dyskusji na temat obsad sędziowskich przy jednoczesnym ostentacyjnym lekceważeniu kwestii związanych z marketingiem, a ostatnio - wymyślanie absurdów. Tym razem musieli się jednak ze swoich pomysłów wycofać.

Mur został przebity przy użyciu zewnętrznych ładunków wybuchowych, ale jednak. Eksplozja naruszyła wizerunek Ludwiczuka jako prezesa prezesów, który może wszystko. Czy rzeczone mur i wizerunek naruszono na dobre czy tylko na chwilę - zobaczymy. Być może podczas zimowych wyborów na prezesa PZKosz.

Last but not least - liga straci prawdopodobnie ciekawą drugą część sezonu zasadniczego, czyli podział na szóstki. Prokom ma zagrać w lidze od początku i w pełnym wymiarze, ale wszystkich zakładanych wcześniej terminów zmieścić się nie uda. Tauron Basket Liga będzie zatem rozrzedzona i uboższa o kilka - kilkanaście? - ciekawych spotkań decydujących o rozstawieniu przed play-off.

Bilans zysków i strat Prokomgate jest zatem ujemny.

... póki rywale grają dla niej.

Czwartkowe zwycięstwo 92:81 Bułgarii nad Belgią oznacza, że reprezentacja Polski wciąż ma szansę na pierwsze miejsce w grupie C, czyli bezpośredni i bezwarunkowy awans do przyszłorocznych mistrzostw Europie na Litwie.

Wszystko zależy od koszykarzy trenera Igora Griszczuka, a rachunek jest prosty: jakiekolwiek zwycięstwo w niedzielę w Belgii daje im pierwszą pozycję niezależnie od wyników innych spotkań. Jakakolwiek przegrana oznacza brak awansu i spadek na najprawdopodobniej dopiero czwarte miejsce w grupie.

Jeśli biało-czerwoni w Antwerpii wygrają, to trzy zespoły grupy C będą miały bilans 5-3 - Polska, Belgia i Gruzja lub Bułgaria (te dwie ostatnie drużyny teraz mają po 4-3, a grają ze sobą, więc ktoś piąte zwycięstwo odniesie). Ale w każdej małej tabeli (Belgia, Bułgaria, Polska lub Belgia, Gruzja, Polska) na czele będą biało-czerwoni, którzy będą w niej mieli bilans 3-1. Belgia w pierwszym wariancie miałaby 1-3, a w drugim 2-2. Bułgaria z Polską i Belgią zagrała na remis 2-2, a Gruzja w takim zestawie miałaby wynik 1-3.

Reasumując: Polska wygrywa jednym punktem w niedzielę w Antwerpii i ma pewne miejsce na przyszłorocznych mistrzostwach Europy.

W przypadku porażki Polska spadnie jednak prawdopodobnie na czwarte miejsce w grupie C. Jeśli Bułgaria pokona Gruzję, będzie to pewne (Belgia 6-2, Bułgaria 5-3, Gruzja i Polska po 4-4, ale Gruzini mają lepszy bilans bezpośredni), jeśli w tym meczu padnie wynik odwrotny, będzie to niemal pewne (Belgia 6-2, Gruzja 5-3, Bułgaria i Polska po 4-4, remisowy bilans bezpośredni, ale Bułgarzy mają lepszy stosunek koszy w całych eliminacjach - w tej chwili +49 przy +31 Polaków).

Czwarta pozycja w poprzednich eliminacjach mogłaby oznaczać udział w barażach o utrzymanie w dywizji A, ale FIBA Europe reorganizuje rozgrywki i za rok o turniej na Litwie powalczy każdy z 10 zespołów, które nie wywalczyły awansu w tym sezonie (nie wiadomo jeszcze w jakim formacie). Jednak nawet gdyby obowiązywały zasady z poprzednich eliminacji, to Polakom walka o utrzymanie w dywizji A i tak by nie groziła - cztery wygrane wystarczyłyby do znalezienia się w tej lepszej grupie ostatniej szansy.

Reasumując: porażka przekreśli szanse na awans w tym roku, ale nie pozbawi ich Polaków za rok. Turniej barażowy będzie jednak szalenie trudny i nie ulega wątpliwości, że to na niedzielny mecz trzeba rzucić wszystkie siły, umiejętności i wykrzesać z siebie maksymalną determinację i koncentrację.

W pierwszym meczu w Łodzi biało-czerwoni byli zdecydowanie lepsi i rozgromili Belgów 93:73, ale faworytem nie będą, bo nie potrafią wygrywać na wyjazdach. Ostatni mecz o punkty poza Polską rozstrzygnęli na swoją korzyść... niemal dokładnie cztery lata temu - 31 sierpnia 2006 roku kadra prowadzona przez Andreja Urlepa wygrała 81:75 w Szwecji w pierwszym meczu eliminacji ME 2007.

Z kolei Belgowie to drużyna własnego parkietu - niedzielni rywale Polaków u siebie wygrali sześć kolejnych spotkań o punkty. Po raz ostatni przegrali w Belgii 13 września 2008 roku, kiedy w eliminacjach do zeszłorocznych ME w Polsce pokonała ich 71:65 Francja.

Bilanse bilansami, ale z drugiej strony na boisku liczą się inne rzeczy. Jeśli Polacy podejdą do meczu skoncentrowani, jeśli wyciągną wnioski z porażek w Gruzji, Bułgarii i Portugalii, to w niedzielę - choć trudno w to uwierzyć - kadra Griszczuka może świętować awans na mistrzostwa Europy!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Najpierw pozytywy: Polacy pokonali w Spodku Bułgarię 75:71, zakończyli domową część eliminacji do mistrzostw Europy z perfekcyjnym bilansem 4-0 i zachowali szanse na awans. 7500 kibiców w katowickiej hali obejrzało w poniedziałek emocjonującą końcówkę ze szczęśliwym zakończeniem.

Różowo wcale jednak nie jest. Optymistyczna wymowa poprzedniego wpisu - tego o przemianie kadry Igora Griszczuka - trochę się zdezaktualizowała. Wyjazdowa, kompromitująca porażka po dogrywce z Portugalią sprawiła, że nawet w przypadku zwycięstwa - wyjazdowego! - w ostatnim grupowym meczu z Belgią, Polacy nie mogą być pewni awansu. Los kadry Griszczuka zależy od innych i może być tak, że zwycięstwo w Antwerpii wystarczy tylko do trzeciego miejsca, jeśli swoje pozostałe mecze wygrają Belgia i Gruzja.

Symulacja wszystkich możliwych rozstrzygnięć w grupie C nie pozostawia wątpliwości - pierwsze miejsce i bezpośredni awans na litewskie ME Polska może osiągnąć tylko wówczas, jeśli Belgia przegra w czwartek w Bułgarii, a następnie ulegnie u siebie biało-czerwonym. Z bilansem 5-3 Polska będzie wówczas najlepsza w każdej możliwej konfiguracji - nie tylko w bezpośredniej rywalizacji z Belgią, ale także w małych tabelkach z Belgią i Bułgarią lub Belgią i Gruzją.

Awansować na Litwę w tym roku można teoretycznie także z drugiego miejsca (na ME dostaną się dwa zespoły z tych pozycji z trzech grup), ale tutaj szanse Polski - nawet z bilansem 5-3 - są niewielkie. Trudno się spodziewać aby wiceliderzy grup A i B zakończyli rozgrywki z czterema porażkami, a decydujący przy równym bilansie stosunek koszy na razie na korzyść biało-czerwonych nie przemawia.

Nie przemawia m.in. dlatego, że Polacy nie mają instynktu zabójcy, co w tych eliminacjach pokazali już kilkakrotnie - w Bułgarii, Portugalii i u siebie z Gruzją. A także w poniedziałek - przeciętna Bułgaria na początku drugiej połowy chwiała się na nogach przegrywając 30:42, ale biało-czerwoni pozwolili rywalom na kilka rzutów z dystansu, pod presją obrony zaczęli się gubić, dali się rozkręcić Filipowi Widenowowi i w ostatnich minutach o zwycięstwo walczyli rozpaczliwie.

Wywalczyli je, co docenić należy, ale styl był kiepski. Widenow, który Thomasa Kelatiego wywodził w pole raz za razem, w końcówce wyeliminował się sam niepotrzebnym faulem, a trudne sytuacyjne trójki Łukasza Koszarka, Kelatiego oraz rzut z odchylenia Macieja Lampego wcale nie musiały wpaść do kosza.

Przypadkiem Polska tego meczu nie wygrała, pozytywy były (Marcin Gortat, ważne akcje Lampego, Kelatiego i Koszarka, a także rezerwowi Łukasz Majewski i Kamil Chanas), ale ewentualna porażka też nie byłaby przypadkowa - tegoroczni biało-czerwoni końcówki grają po prostu słabiutko.

Jak wypadnie im końcówka eliminacji? W popapranej grupie C było już parę niespodziewanych rozstrzygnięć, ale nie wydarzyło się jedno - Polacy nie wygrali na wyjeździe. Przed eliminacjami policzyłem, że od 2005 roku biało-czerwoni mają za granicą bilans 11-33. Teraz to już 11-36, wyjazdowa niemoc wydaje się Polaków przytłaczać, a w Belgii wygrać przecież trzeba. Realna ocena sytuacji (niepokonani we własnej hali Belgowie i Polacy, którzy nie potrafią wygrać nawet w Portugalii) działa na niekorzyść kadry Griszczuka, ale w jednym meczu wydarzyć może się wszystko.

Najpierw jednak Griszczuk i jego koszykarze będą ściskać w czwartek kciuki za Bułgarię w spotkaniu z Belgią. Polska, czyli potencjalnie najlepszy zespół grupy C - będę się przy tym upierał patrząc na mecze u siebie - jest uzależniony od innych.

PS 1. Odrobienie lub nieodrobienie strat punktowych z Sofii przestało mieć duże znaczenie, kiedy okazało się, że Belgia pokonała Portugalię. W obecnej sytuacji w grupie C różnica koszy w dwumeczu Polska - Bułgaria może decydować o miejscu w tabeli w zaledwie dwóch z 16 możliwych wariantów zakończenia rywalizacji. Byłaby to walka o trzecią pozycję (bardzo możliwy wariant Bułgaria - Belgia 1, Portugalia - Gruzja 2, Gruzja - Bułgaria 1, Belgia - Polska 1) lub rywalizacja o drugie miejsce (w przypadku mniej prawdopodobnych rozstrzygnięć Bułgaria - Belgia 2, Portugalia - Gruzja 1, Gruzja - Bułgaria 2, Belgia - Polska 1).

Dwumecz Polska - Bułgaria zakończył się jednak idealnym remisem - kosze na wyjeździe nie liczą się podwójnie - i o wyższej pozycji między tymi zespołami zadecyduje ewentualnie ich stosunek z całych eliminacji. Teoretycznie w tym drugim przypadku może to przesądzić o awansie, ale to mało prawdopodobne...

Gdyby jednak Portugalia sensacyjnie wygrała w Belgii, to te 0,1 sekundy Lampego moglibyśmy przeklinać naprawdę głośno.

PS 2. Zapytam, bo dopiero wróciłem z urlopu i nie miałem okazji tego sprawdzić - czy Griszczuk wyjaśnił dlaczego w najważniejszym momencie osłabił sztab trenerski i pozwolił jednemu ze swoich asystentów Pawłowi Turkiewiczowi opuścić kadrę już przed meczem w Portugalii, aby przygotowywać do sezonu Polpharmę Starogard?

PS 3. Miałem o tym napisać już w trakcie play-off Tauron Basket Ligi - obawiałem się zachowania Griszczuka przy linii bocznej w meczach reprezentacji, no i się doczekałem... Wybuch trenera w czwartej kwarcie spotkania w Portugalii kosztował drużynę cztery punkty, co w walce o wygraną nie pomogło.

A pamiętacie mecz nr 3 półfinału play-off w Starogardzie? Anwil Włocławek zaczął źle, przegrywał wysoko, ale jeszcze przed przerwą zaczął gonić. Faul techniczny Griszczuka kosztował jednak zespół pięć punktów, po dwóch kwartach było minus 21. Gonitwa w drugiej połowie nie dała już efektu.

środa, 18 sierpnia 2010


2 sierpnia Polska przegrała w Gruzji 65:84 i została przez większość dziennikarzy gremialnie skrytykowana. 14 sierpnia Polska rozbiła niepokonaną wcześniej Belgię 86:64, a trzy dni później zwyciężyła Gruzję 67:58. Z bilansem 3-2 jest w gronie czterech zespołów grupy C liczących na bezpośredni awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy na Litwie.

Krytykować można zawsze (np. za to, że Polacy nie powiększyli 16-punktowego prowadzenia do pożądanych 20 w spotkaniu z Gruzją), ale jeśli chodzi o styl gry, to po kilkunastu dniach eliminacji - w porównaniu z tym, co działo się na ich początku - nie bardzo jest za co. Oczywiście, Gruzini zebrali za dużo piłek w ataku, gra Polaków w końcówce zacięła się przeciwko strefie, ale narzekanie po pewnym zwycięstwie z najlepszym zespołem grupy jest nie na miejscu.

Lepiej zastanowić się nad przyczynami odmiany reprezentacji trenera Igora Griszczuka. Co stało się z jego zespołem w ciągu tych kilkunastu dni?

Po pierwsze: minęło kilkanaście dni. Griszczuk i jego koszykarze w najsilniejszym składzie ćwiczyli krótko, zdążyli rozegrać tylko dwa sparingi ze słabiutką Słowacją, co trudno było uznać za chrzest bojowy. Ten miał miejsce dopiero w Tbilisi i był raczej kubłem zimnej wody niż nieznacznym pokropieniem czoła. Czas działa na korzyść kadry Griszczuka i z każdym treningiem, meczem, dniem drużyna robi krok do przodu.

Po drugie: krok do przodu to m.in. lepsze zgranie zawodników i świadomość najsilniejszych punktów drużyny. Trener najwyraźniej w większym stopniu potrafi wyegzekwować od zawodników założony plan gry, Maciej Lampe coraz lepiej współpracuje z Marcinem Gortatem, Łukasz Koszarek z oboma wysokimi oraz Dardanem Berishą, a Thomas Kelati ze wszystkimi. Zawodnicy, z których niektórzy po raz pierwszy w życiu zobaczyli się ledwie miesiąc temu, poznają swoje nawyki, sposób ustawiania się i coraz lepiej wiedzą jak znajdować drogi do kosza. Wiedzą też, co przynosi efekt najlepszy - dogrywanie piłek do wysokich. Były z tym kłopoty w Gruzji i Bułgarii, nie było w dwóch meczach w Łodzi.

Po trzecie: odrodził się Gortat. Środkowy reprezentacji był najbardziej krytykowany za mecz w Gruzji, gdzie nie tyle nie trafiał, co nie walczył. Od tamtej wpadki zaczął grać jednak o wiele lepiej - w czterech kolejnych meczach Gortat zdobywał po 18,7 punktu, miał po 9,5 zbiórki i 2,2 bloku. Grał jak czołowy środkowy Europy - momentami dominował pod oboma koszami, zdobywał ważne punkty. Gortat po krytyce za spotkanie w Tbilisi przestał rozmawiać z dziennikarzami, w mediach jest go mniej, za to na boisku - więcej. Brawo!

Po czwarte: więcej jest także Łukasza Koszarka. Nad wykorzystywaniem tego rozgrywającego w reprezentacji zastanawialiśmy się już przed mistrzostwami Europy, kiedy Koszarek przegrywał rywalizację u trenera Mulego Katruzina z Krzysztofem Szubargą. Przegrywał w tym sensie, że nie wychodził w pierwszej piątce, co przy jego konstrukcji psychicznej było najwyraźniej bardziej znaczące niż w przypadku Szubargi. U Griszczuka było podobnie - Koszarek wchodził z ławki i choć grał nieźle, to jednak nie tak, jak potrafi. Przykra i poważna kontuzja Szubargi otworzyła przed nim szansę, którą Koszarek wykorzystuje świetnie - w meczach, w których gra ponad 30 minut ma średnio 10,7 punktu oraz 5,7 asysty. Koszarek jest liderem, który rozkręca się wtedy, kiedy wie, że gra zespołu w dużej mierze zależy od niego.

Po piąte: więcej jest także Dardana Berishy, który w pierwszej piątce zastąpił Michała Chylińskiego. Nie wiem czy Griszczukowi pomogły kontuzje Szubargi i Chylińskiego, czy też szkoleniowiec planował rotację w pierwszej piątce, ale wymuszone zmiany drużynie niewątpliwie pomogły - czy ktoś sobie teraz wyobraża powrót do poprzedniego ustawienia? Chyliński jest bardziej doświadczonym graczem niż Berisha, ale grał w reprezentacji bojaźliwie - w trzech meczach miał więcej strat i fauli niż oddanych rzutów, o asystach nie wspominając. Berisha, dla którego za Szczepanem Radzkim będę lansował przydomek "Karabin", nie boi się niczego. Potrafi podjąć ryzyko w kontrze, odczytać atak i skutecznie zagrać jeden na jeden z Zazą Paczulią, jest jednym z niewielu polskich zawodników, który w Europie potrafi wejść z obwodu pod kosz. Za trzy rzuca chętnie i choć jest jeszcze niestabilny (4/5 z Portugalią, 0/6 z Gruzją), to czy można winić strzelca, że podejmuje próby?

Po szóste: w kadrze pojawił się już chyba griszczukowy charakter. Selekcjoner lubi o nim mówić i choć ja nie pojmuję do końca znaczenia tego słowa, to przyjmuję je do słownika, jeśli oznacza ono rzucanie się po wypadającą na aut piłkę przez Gortata, Kelatiego i Lampego (!). Nie ma wątpliwości, że drużyna Griszczuka walczy coraz bardziej, że liczba łatwych punktów rywala maleje, że Polacy nie są już tak miękcy jak w Tbilisi.

Po siódme: coraz mocniejszymi punktami reprezentacji są tegoroczni debiutanci - wspomniany już Berisha, a także Adam Hrycaniuk i Łukasz Majewski. O Kelatim tu nie wspominam, bo on zaczął z wysokiego C i mimo, że liczba zdobywanych punktów spadła, to jego wpływ na grę drużyny wciąż jest wysoki. Odważniej grają za to Hrycaniuk i Majewski - szczególnie ten drugi, który na europejskim poziomie debiutuje. Skrzydłowy z Radomia szału nie robi, ale kilku akcji z meczów z Belgią i Gruzją nie sposób nie docenić.

Reasumując: gra Polaków wygląda coraz lepiej, drużyna Griszczuka wciąż ma szanse na bezpośredni awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy na Litwie. Jednak tak, jak po pierwszym meczu z Gruzją wymienialiśmy słabości Polaków przypominając, że eliminacje można wygrać, tak teraz bądźmy ostrożni z euforią po gruzińskim starciu nr 2 pamiętając, że eliminacje wciąż można przegrać.

Polska teoretycznie najtrudniejsze mecze (wyjazdy do Gruzji i Bułgarii) ma za sobą, ale to nie znaczy, że zostały jej łatwe spotkania. Drużyna Griszczuka musi wygrać trzy pozostałe mecze, z czego dwa odbędą się na wyjazdach, gdzie biało-czerwoni grają słabo. Bilans z ostatnich pięciu lat - 11-35. Tegoroczny - 0-2. W Gruzji Polska została rozbita, w Bułgarii przegrała mecz wygrany, bo nie umiała zareagować na powtarzające się akcje rywali. Tak, reagowanie na zmianę sposobu gry lub skuteczne akcje przeciwnika wciąż bywa problemem - patrz strefa postawiona we wtorek przez Gruzinów.

Po kilkunastu dniach eliminacji nie ma jednak wątpliwości, że mamy do czynienia z inną - lepszą - reprezentacją niż ta, która zaczynała te rozgrywki.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Pomarańczowy samochód relacji Bieszczady - Mazowsze doczłapał się do celu. Znowu się udało, dzięki!

Bez zbędnych wstępów - koszykarska reprezentacja Polski gra dzisiaj szalenie ważny mecz z Gruzją w Łodzi. W walce o awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy wygrać trzeba, a najlepiej 20 punktami.

Zapraszam przed telewizory (TVP Sport i TVP Polonia od 20), albo na mojego Twittera.

Pytanie stawiam takie: czy z Gruzji zostanie dzisiaj gruz?


niedziela, 15 sierpnia 2010

Zupełnie przypadkowo, po tygodniowym oderwaniu od cywilizacji pod postacią internetu i telewizji, gdzieś pomiędzy kąpielą w Jeziorze Solińskim, a zwiedzaniem Sanoka, między kolejnymi wizytami w fantastycznej „Siekierezadzie” w Cisnej (mack - diabelskie dzięki!), a obiadami w tradycyjnej restauracji „Ratuszowa” w Lesku, między kolejką wąskotorową relacji Majdan - Balnica - Majdan, a kolejnym Leżajskiem, znalazłem czas na obejrzenie meczu Polska - Belgia.

Zakłócenia wakacyjnych klimatów nie żałuję nawet pomimo tego, że oglądanie meczu odbyło się kosztem koncertu KSU w Ustrzykach Dolnych. Nie żałuję, bo mecz z niepokonaną do soboty w eliminacjach Belgią był najlepszym spotkaniem Polaków od wrześniowego pojedynku z Litwą na mistrzostwach Europy!

Po historycznym zwycięstwie z Litwą Polacy przegrali na ME z Turcją, Słowenią, Serbią i Hiszpanią - momentami prezentowali w tych meczach poziom wyższy niż w sobotę, przeciwnicy przewyższali Belgów o klasę, albo dwie, ale po tygodniowym oderwaniu się od koszykówki dwudziestopunktowa wygrana z Belgią zrobiła dla mnie wrażenie.

W ataku Polakom wychodziło niemal wszystko i jakże inne to było od męczarni z Gruzją i Bułgarią. Marcin Gortat, który po porażce w Sofii dał do zrozumienia, że ma dość bycia na boisku obserwatorem biegającym tylko od kosza do kosza, zdobył pierwsze punkty w meczu, a potem dorzucił 27 kolejnych. Ustanowił swój rekord w reprezentacji Polski. Ba, w całej karierze.

Gortat w swojej Łodzi zaprezentował się z najlepszej strony. Dostawał dużo podań i wykorzystywał je świetnie i na różne sposoby. Półhaki, rzuty z odchylenia i po piwotach, zaskakujące dwutakty, intuicyjne dobitki, dobra skuteczność z rzutów wolnych. W sobotę Gortat był dominatorem i kropka.

Za świetne ataki wyróżnić można jednak także większość jego kolegów - Macieja Lampego (kilka manewrów, zbiórek w ataku i uratowanie ważnej piłki wylatującej na aut), Łukasza Koszarka (wiele ładnych asyst, bombowa trójka i trafienie z faulem w czwartej kwarcie), Dardana Berishę (asysty, trójki, wejścia), Thomasa Kelatiego (trójka w ostatniej minucie pierwszej połowy, przechwyty, wyprowadzane kontry), Łukasza Majewskiego (zbiórka w ataku, asysta do Gortata i ustalenie wyniku meczu), Filipa Dylewicza (trójka w pierwszej połowie, odnajdowanie się pod koszem w drugiej) oraz Adama Hrycaniuka (kilka ładnych manewrów).

Polacy zaczęli - wreszcie! - od wykorzystywania swoich najsilniejszych stron, czyli podkoszowych (Gortat, Lampe, Hrycaniuk), pozostali wymienieni przeze mnie koszykarze nie zawiedli i efektem była wygrana, w której Polska przypominała Gruzję, a Belgia Polskę z dnia 2 sierpnia. Trener Igor Griszczuk i jego koszykarze powtarzają, że robią krok za krokiem, że każdy trening, dzień, mecz stwarza z nich lepszy zespół i w przypływie wakacyjnej euforii napiszę, że wygląda to na prawidłowość. Oby.

Słabsze punkty w meczu z Belgią? Rywale zbyt łatwo znajdowali pozycje na obwodzie i trafiali za trzy. Tylko ich niefrasobliwości Polacy zawdzięczają niewielką liczbę punktów straconych spod obręczy w pierwszej połowie. Ale ja dzisiaj - wakacyjnie i bieszczadzko - skupiam się tylko na pozytywach.

Polska wróciła do gry i z wyrównanej grupy C wciąż może awansować na przyszłoroczne ME. We wtorek mecz z Gruzją, który wygrać trzeba. Wygrać, i to najlepiej 20 punktami. Czy Polacy są w stanie tego dokonać? Szanse na pewno większe są teraz niż dwa tygodnie temu.


piątek, 06 sierpnia 2010

Romek: Co? Tytus już tu jest?

A'tomek: Pobiliśmy rekord czasu wejścia na szczyt, a ty znalazłeś się tu przed nami. Jak to zrobiłeś?

Tytus: Normalnie. Autobusem. Jak cywilizowany turysta...

Przez kilkanaście najbliższych dni będę aktywny inaczej. Pewnie nie wytrzymam i na bloga wpadnę, no ale z drugiej strony...

 
1 , 2