Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
niedziela, 30 września 2007

... dodam tylko, że myliłem się jeśli chodzi o Jarosława Drozda. Zaczynał w Skarpie Lublin, potem rzeczywiście grał w Starcie , ale teraz jest w USA. A konkretnie w South Plains College, którego najsłynniejszym wychowankiem jest Bo Outlaw. Drozda nie ma jednak w składzie na oficjalnej stronie, bo młodszy brat Jakuba występuje na razie w tzw. junior college.

Po inne duety koszykarskie odsyłam do komentarzy z poprzedniego wpisu - rzeczywiście, o kilku zapomniałem. Dzięki za interaktywną współpracę.

piątek, 28 września 2007

Nowy sezon to także, a może nawet przede wszystkim, przeglądanie składów zespołów. Przyszli, odeszli, podpisali, rozwiązali itd. Kilka nazwisk, obserwowanie ławki Polonii Warszawa z braćmi Pisarczykami oraz dyskusja z dziennikarzem "Życia Warszawy" Piotrem Szeleszczukiem natchnęła mnie do wynotowania koszykarskich duetów rodzinnych w polskich ligach.

Jacy inni bracia mogliby zagrać razem w reprezentacji? Na dzień dzisiejszy na pewno żadni. W przyszłości? Z tych, których poniżej wynotowałem, największe szanse mają Wołoszyny. Adrom, po obserwacji starszego z braci na turnieju w Starogardzie, twierdzi, że to możliwe. Ja jestem mniejszym optymistą. Jeśli znacie innych kandydatów (i w ogóle inne braterskie duety) to poproszę o wskazówki.

Kadra kadrą, ale dla zabawy można ustawić hierarchię rodzinnych duetów. Nie uwzględniam tu Marcina i Łukasza Śliwińskich (UKS Milanówek), którzy są postrachem regionalnej III ligi i boisk południowo-zachodniego Mazowsza. Silny rzucający i solidny podkoszowy - w meczach dwa na dwa byliby na pewno bardzo mocni (jeszcze gdyby się mniej kłócili...). A nie uwzględniam ich, bo założyłem sobie, że szukam rodzinnych duetów od II ligi wzwyż.

Oto moja hierarchia:

Michał Wołoszyn (23 lata, 202 cm, Viking) - Bartłomiej Wołoszyn (21 lat, 195 cm, Anwil) - idealne połączenie: obaj rzucają, młodszy dobrze gra z piłką. Trochę słabsi w obronie pod koszem, ale wśród rywali mocarzy na tych pozycjach nie ma.

Andrzej Pluta (33 lata, 182 cm, Anwil) - Piotr Pluta (26 lat, 192 cm, Sportino) - jeśli młodszy wykorzysta snajperski talent starszego, to będą wysoko.

Robert Pacocha (28 lat, 196 cm, Mostostal) - Łukasz Pacocha (25 lat, 181 cm, Sokół) - obaj sprytni, obaj rzucają z dystansu.

Jarosław Kalinowski (28 lat, 180 cm, Zastal) - Dariusz Kalinowski (20 lat, 185 cm, Zastal) - czarne konie. Najszybsi w zestawieniu.

* Łukasz Diduszko (21 lat, 196 cm, AZS AWF Katowice) - Bartosz Diduszko (20 lat, 195 cm, Śląsk) - dwóch młodych wszechstronnych zawodników, młodszy z nich to reprezentant młodzieżówki i polska nadzieja. Z Kalinowskimi przegrywają tylko brakiem doświadczenia. Chociaż może nie...

Jarosław Rusin (26 lat, 205 cm, Wózki) - Dariusz Rusin (26 lat, 205 cm, Resovia) - najwyżsi wśród braterskich duetów, na dodatek bliźniacy. W obronie za wolni dla rozgrywających, ale w ataku trudni do powstrzymania.

Jakub Drozd (26 lat, 190 cm, Start AZS) - Jarosław Drozd (23 lata, 200 cm, Start AZS) - duet zagadka. Nie jestem pewny parametrów, ani nawet imienia młodszego, ale wiem, że jest. Jeśli ktoś zna szczegóły, to poproszę. Kuba to niezły obwodowy, o czym przekonałem się kiedyś na własnej skórze. Kilka lat temu mówiło się, że brat ma być lepszy.

Dariusz Puncewicz (27 lat, 194 cm, Basket) - Damian Puncewicz (21 lat, 190 cm, Prokom II) - starszy to znany pierwszoligowy strzelec, młodszego widziałem w juniorach, ale dobrze nie pamiętam.

Grzegorz Szczotka (31 lat, 191 cm, Znicz) - Piotr Szczotka (26 lat, 198 cm, Czarni) - doświadczeni, ale mało przebojowi. Dlatego tak nisko.

Jaromir Szpyrka (22 lata, 184 cm, Resovia) - Karol Szpyrka (20 lat, 183 cm, Resovia) - słabsza wersja Kalinowskich.

Łukasz Jagoda (28 lat, 186 cm, Start AZS) - Piotr Jagoda (22 lata, 188 cm, Start AZS) - słabsza wersja Kalinowskich 2. Na dodatek bez rzutu z dystansu.

Tomasz Pisarczyk (22 lata, 204 cm, Polonia) - Wojciech Pisarczyk (19 lat, 201 cm, Polonia) - najmłodsi obok Diduszków. Wiele entuzjazmu pod koszem, ale w duecie jakoś ich nie widzę... Chętnie się w tym sezonie przekonam, że źle patrzę.

Rafał Niesobski (25 lat, 189 cm, Tarnovia) - Łukasz Niesobski (22 lata, 185 cm, Sudety) - znam z czytania, nie bardzo pamiętam z występów na żywo, choć pewnie gdzieś ich widziałem. Dlatego bezpiecznie na ostatnim miejscu.

* pierwszy braterski duet, o którym zapomniałem. Dzięki za wpis dla Norgaarda, autora bloga Wszystko o koszykówce.

** odsyłam do komentarzy, gdzie Wojczyn, blogger z Plk.pl (obawiam, że trzeba się zarejestrować, żeby czytać tam blogi) strzela braćmi, że nie nadążam z pisaniem... Ale na razie nie wymienił żadnego "ważnego".

czwartek, 27 września 2007

Jeden ze skautów i doświadczony bywalec hal koszykarskich (wśród tych, którzy chodzą na mecze znany jako Stinger) słusznie wytknął mi, że porównanie Jakuba Dłoniaka i Michała Przybylskiego, którego pośrednio użyłem kilkanaście dni temu, było dużym uproszczeniem. Rzeczywiście, to nie jest takie proste.

Dłoniak (Wózki Pruszków, 24 lata, 192 cm) i Przybylski (Polonia Warszawa, 23 lata, 194 cm) teoretycznie grają na tej samej pozycji (niski skrzydłowy), ale w praktyce są zupełnie innymi graczami - otworzył mi oczy Stinger.

Pierwszy to strzelec z zadatkami na lidera, a drugi to zawodnik od obrony, zbiórek, z bardziej marginalną rolą w ataku. To oczywiste, a ja zasugerowałem się tylko pozycją. Tymczasem tych zawodników trzeba oceniać ich w swoich rolach, a nie porównywać jednego z drugim. No bo jak grałby Dłoniak, gdyby w Polonii musiał zastąpić np. Normana Richardsona, który ma być właśnie takim strzelco-liderem?

A gdyby z Polonii wyjąć Przybylskiego i wstawić Dłoniaka? Nie byłoby prostej zależności, że Polonia grałaby lepiej, bo Dłoniak ma większy talent ofensywny. Możliwe, że Polonia traciłaby w obronie, gdzie brakowałoby twardszej i niewidocznej na ogół gry Przybylskiego.

Z drugiej strony, gdyby Przybylski grał w pierwszoligowych Wózkach, to pewnie byłby raczej zawodnikiem pokroju walecznego podkoszowego Artura Bajera, niż strzelca i lidera.

Czyli to wszystko nie jest takie proste, jakby się (mi) wydawało.

poniedziałek, 24 września 2007

Łukasz Wilczek - autor 13. triple double

21-letni rozgrywający Żubrów Białystok Łukasz Wilczek osiągnął w sobotę 13. odnotowane triple-double w Polsce (PLK i I liga). W meczu ze Zniczem Jarosław (89:92 po dogrywce) miał 13 punktów, 10 asyst i 11 zbiórek. O poprzednich triple-double pisałem tu i tu.

Wilczek ma 191 cm wzrostu, jest wychowankiem UKS Łomżyczka 10 i trenera Edwarda Traskowskiego. Triple-double osiągnął grając przeciwko Marcinowi Ecce, czyli rekordziście Polski pod tym względem (trzy).

Ale to nie koniec ciekawych liczb z pierwszego weekendu I ligi. Mianowicie:

17

tyle rzutów za trzy oddał w meczu z Resovią Marcin Kałowski (Tarnovia). Pewnie nie jest to rekord Polski, ale w ostatnich czterech sezonach PLK takiego wyczynu nie było. Co do I ligi pewien nie jestem, ale w poprzednich rozgrywkach nikt tak nie siepał chyba...

Kałowski trafił pięć z tych 17 rzutów i z takim wynikiem wykręcił mniej więcej średnią ligową - wyjadacze, czyli Wojciech Majchrzak (Sportino) i Tomasz Celej (Znicz) trafili odpowiednio 6/8 i 5/6 trójek, ale Paweł Pydych (Stal) miał tylko 1/9 (cała Stal 2/20).

I jeszcze freestyle: Michał Nowakowski (Start AZS) miał Liczbę Bestii - sześć punktów, sześć asyst, sześć strat.

niedziela, 23 września 2007

Weekend pełen fajnych koszykarskich przygód. Tematów natłok, myśli latają nad obręczą, można pisać, pisać i pisać... Może byłby ze mnie trzeci brat Pisarczyk?

Bracia Pisarczycy wpadli mi w klawiaturę naturalnie, bo ostatnie godziny weekendu to sparing SPEC Polonii Warszawa - podobnie jak w sobotę z rezerwami Triumpha Moskwa. Oba mecze ze słabym rywalem Polonia wygrała.

Rywal słaby, ale malowniczy - kopia Nikity Morgunowa czasem grała nieźle. A zespół prowadzi znany z gry (i trenowania) w Polsce Nikołaj Tanasejczuk. Płynnie przechodzi z języka rosyjskiego na polski, podobnie jak jeden z sędziów z rosyjskiego w angielski. - Dwaćcat tri! Push!

Głównym celem udania się na Obozową było obserwowanie Normana Richardsona. Ważył się jego los... Te sparingi miały pokazać, czy nadaje się do gry... Czy zostanie w Warszawie...

Zostanie. Polonia potrzebuje takiego zawodnika. Nawet mimo tego, że w sobotę był bardzo niewyraźny, zapewne niczym zatruty Tyrone Riley sprzed kilku tygodni. Trudno było cokolwiek o Amerykaninie powiedzieć, poza tym, że wie o co chodzi. Mimo tego, że nie trafiał, mylił się, czasem kwasił naprawdę nieprzyzwoicie - ale i tak widać było, że jest OK.

W niedzielę przez dłuższe momenty pokazywał dlaczego. Trafiał seriami, wiadomo - strzelec. Ale kiedy nagle minął rywala, wszedł pod kosz i piłka zniknęła mu w tłoku z rąk, żeby pojawić się pod koszem u Paula Millera... Klasa. A swoją drogą kilkanaście dni temu miałem pecha. Napisałem po sparingu z Anwilem, że Miller "kompletnie mnie rozczarował". Okazało się, że widziałem prawodpodobnie jego najgorszy mecz w Polsce. Miller biega, Miller wsadzi, Miller nigdy cię nie zdradzi. Jest silny, trafia, gra zespołowo. Będzie dobrze.

Wracając do Normana - też powinno być dobrze. Amerykanin nie wygląda na krzykacza, gęba nie śmieje mu się jak Ryanowi Lorthridge'owi. Powinien wpasować się w zespół obok Riley'a, Millera i Rivery. O! Właśnie wpadłem na to, że Polonia to może być taki trochę zespół "smutasów" (oczywiście porównując do Ryana i Grady'ego). Ale pewnie znów trafiłem na taki smutny dzień...

Ale to, co napisałem powyżej, to tylko echa weekendu na Obozowej. Echa, czyli powtórzenia dźwięków spowodowane odbiciami fal akustycznych. Trener Kamiński fale w niedzielę emitował. - Szubiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Rany, było ostro (a siedziałem po drugiej stronie boiska). Coach często strofuje Szubargę i w sumie zrozumieć to można, bo skoro Polonia ma grać szybko (trener mówi, że szybciej niż rok temu), to rozgrywający musi napędzać, widzieć i podawać bez zbędnego kozłowania. - Szubi był przez rok w I lidze, a tam gra się inaczej niż w ekstraklasie. W Sportino był liderem, miał piłkę w rękach, ale tutaj jego koledzy są jednak trochę lepsi niż w Inowrocławiu. Ale Szubi chce pracować, słucha uwag, może być dobrym rozgrywającym nawet na poziomie reprezentacji - mówił po sparingu Kamiński.

"Słucha uwag". Trudno ich nie słyszeć. Szubarga musi być silny wewnętrznie, żeby przyswajać te rady trenera. Na razie coach ma dużo uwag, bo akcje Szubiego to sinusoida - świetne i słabe (wykładnią jest tutaj ekspresja trenera Kamińskiego).

Szubiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!!

Oto Szubarga:

- wyjmuje rozgrywającemu rywali piłkę z kozła na połowie, jest faulowany, trafia dwa wolne

- wyprowadza kontrę i zamiast puścić piłkę po skrzydle, to podaje ją w poprzek lekko i niedokładnie (Szubiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)

- łamie zagrywkę wchodząc pod kosz i oddaje piłkę w tłum (Szubiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!!!!)

- nieprawdopodobnie dogrywa piłkę pod kosz do wolnego Riley'a

- dobrze naciska i pomaga w obronie

Ogólnie rzecz biorąc gra w dużą kratkę. Ale - tak jak w przypadku Millera i Richardsona - będzie dobrze. Powinno.

Dla wytrwałych proponuję przegląd drugoligowych zespołów z Mazowsza.

Po takim weekendzie dobrze, że zbliża się poniedziałek. Czeka mnie 1,5 godziny gry z kumplami. Zobaczę, czy na boisku dam radę zrobić cokolwiek z tego, co widziałem w piątek, sobotę i niedzielę na parkietach ligowych.

sobota, 22 września 2007

Aż mnie kości zabolały! Podekscytowany rozpoczętym sezonem lig niższych przeglądam sobie w sobotni wieczór koszykarskie serwisy i fora, aż nagle... "po trzech kwartach Big Star Tychy prowadzą z Lublinem 20, a Tomasz Ochońko złamał nogę"

Brrr. Autentycznie przeszedł mnie dreszcz. Szybko do statystyk. Ochońko grał dwie minuty. Czyli cholera prawda. Nie dawało mi to spokoju i odezwałem się do Tomka. Złamał kość śródstopia, miesiąc w gipsie, za 5-6 tygodni może wróci już do gry. I całe szczęście. Tak, szczęście, bo w wyobraźni widziałem Djibrila Cisse itp.

Dlaczego tak się przejąłem? Bo Ochońko to jeden z zawodników, który mnie w tym sezonie bardzo interesuje. Mistrz Polski juniorów z Polonią Warszawa w 2004 roku, był zresztą liderem i - o ile się nie mylę - zdobył decydujące punkty w finale. Rok później, jak na wyróżniającego się juniora w kraju przystało, dostał przeciętnie 11 minut w Polonii w ekstraklasie (3,8 punktu na mecz, słaba skuteczność), a w sezonie 2006/07 tych minut było już 16 (3,5 punktu, skuteczność jeszcze słabsza).

Tomasz Ochońko

Ochońko w ekstraklasie nie pokazywał nic dobrego. Przegrał rywalizację z Kamilem Łączyńskim, brakowało mu pewności siebie (studia na AWF wykluczały część treningów), często pudłował, a trener Kamiński był mu widocznie niechętny (wystarczyło patrzeć na ich relacje podczas meczów). Ale z drugiej strony wystarczyło pójść na mecz juniorów starszych. Kieszonkowa dominacja. 183 cm? Moim zdaniem trochę mniej, ale OK. Szybkość, skoczność, przegląd pola, pewność gry - miło było patrzeć. I jasne było, że to zawodnik ligowy. Tylko na jaki poziom, w jakim zespole? I kiedy?

Dlatego liczyłem, że w tym sezonie zobaczę na co stać Ochońko w I lidze. Ma 21 lat, wszystko przed nim. W Tychach miał grać, w sobotę wyszedł zresztą w pierwszej piątce, tylko że zagrał zaledwie dwie minuty.

Poczekam więc 1,5 miesiąca. Trzymaj się Tomek, zdrowiej!

piątek, 21 września 2007

Sezon I ligi ruszył! W Pruszkowie BT Wózki pokonały Stal Stalową Wolę 79:64. Mecz był... różny. Faworyt, czyli Wózki zaczęły źle, skończyły dobrze. Ale było na co popatrzeć i mam na myśli głównie Jakuba Dłoniaka i Tomasza Świętońskiego. Wózki powinny z tych graczy mieć sporo pożytku.

W Pruszkowie zupełnie poważnie mówią o awansie do ekstraklasy, ale już w niej są! W oficjalnych statystykach na stronie PZKosz tego nie widać, ale proszę mi wierzyć, że na wydrukach statystycznych, które można było dostać przy stoliku sędziowskim, w lewym górnym roku widać czarno na białym - Liga: PLK.

Co jeszcze z rzeczy nietypowych widać było w Pruszkowie? Podania z autu na ławkę rezerwowych, latające ręczniki i rzuty (a właściwie wyrzuty) osobiste za siebie.

Nowa piłka ligowa

A to właśnie jest przyczyna. Nowa piłka, która od tego sezonu będzie oficjalną w PLK, a także w I lidze. Zawodnicy Wózków mieli z nią duże problemy. Dłoniak po zatrzymaniu i wyjściu w górę zorientował się, że wypadła mu z rąk. Świętoński już tydzień temu na sparingu (kiedy grał biało-pomarańczowym spaldingiem po raz pierwszy) kilka razy wyrzucał ją w aut. Ale wszystko to przebił w piątek Adam Kilian, który rzucając osobiste... wyrzucił piłkę do góry za głowę! Pamiętam niedolot Rony'ego Seikaly'ego z Miami Heat z sezonu 1992/93, podobną akcję Krzysztofa Dryi ze słynnego niedawno meczu Hoop - Anwil, ale czegoś takiego nie widziałem.

W sumie zawodnicy Wózków cztery razy psuli akcje ze względu na jej śliskość piłki, a pięć razy potrzebna była interwencja ręcznika.

Ale, co ciekawe, goście nie mieli z piłką żadnych problemów. Trenują ją od trzech tygodni i choć Jacek Jarecki przyznał po meczu, że nowy spalding idealny nie jest ("nowy, jeszcze niedostatecznie rozbity, trochę śliski"), to w trakcie meczu koszykarze Stali na piłkę nie narzekali.

- I dlatego przegrali - żartował po meczu wiceprezes Znicza, którego miło słuchać po wygranych spotkaniach, bo zawsze ma wówczas świetny humor. Tym razem też było dość wesoło, mimo słabej gry w pierwszej połowie. - Pierwsze koty za płoty - mówiono. A na trybunach skauting rywala uprawiał Arkadiusz Miłoszewski, bo już za tydzień superciekawe derby Polonia 2011 - Wózki.

I akapit jeszcze o Jareckim. Skrzydłowego Stali z rocznika '88 można było oglądać na młodzieżowych ME dywizji B w Warszawie, bo Jarecki w młodzieżówce gra. W ME nic nie pokazał. W piątek? Szybkość, skoczność, przydatność w kontrach. Raz uciekł obrońcy i wykorzystał podanie pod kosz, miał dwa wsady z kontry, trafił dwa z czterech wolnych, w sumie zdobył osiem punktów. Miał też blok na Dominiku Czubku przy rzucie za trzy, którego w statystykach nie odnotowano (a był na pewno!). Ale jak na przyszłość polskiego basketu (w końcu grał w młodzieżówce) pokazał mało.

No, ale jak się ma 0 (zero) centymetrów wzrostu... 

czwartek, 20 września 2007

Przeczytałem właśnie przemyślenia Michała Pacudy (trener juniorów Polonii Warszawa, redaktor naczelny Probasket.pl) na temat występu polskich koszykarzy w ME i reakcji na trzy porażki.

Michał jest zdania, że brak awansu z grupy, trzy szybkie przegrane, to ewidentna porażka reprezentacji i nie ma z czego się cieszyć. Dziwi się dziennikarzom, którzy pisali, że co prawda wszystko przegraliśmy, ale nie skompromitowaliśmy się, czy jest sukces!". Odbieram to osobiście, choć nigdy nie twierdziłem, że można mówić o jakimkolwiek sukcesie. Ale pozytywy, w odróżnieniu od Michała, zauważyłem.

Po kolei. Michał pisze, że celem minimum przed ME było wyjście z grupy, że tak mówił przed turniejem prezes Ludwiczuk. Może byliśmy na innych konferencjach, na pewno dzwoniliśmy do prezesa w innych momentach - ja takich słów sobie nie przypominam. - Za sukces uznam to, że się dobrze zaprezentujemy. Chodzi mi o walkę od pierwszej do ostatniej minuty, o charakter - mówił Ludwiczuk. - Wyjście z grupy byłoby cudowne. To moje marzenie - dodawał. Trener Urlep powtarzał podobne rzeczy: - Jak przegramy trzy razy, ale po walce, to nie będzie źle. Ale się nie poddajemy i na pewno nie jedziemy do Hiszpanii na wakacje. Sam awans na mistrzostwa jest sukcesem - mówił Słoweniec.

Oczywiście, można się zżymać, i Michał to robi, że ambicje były takie małe. Michał wprost tego nie napisał, ale uważa, że przed każdym turniejem powinno się mówić, że gra o mistrzostwo, a wszystko inne będzie porażką. Ale ja się z tym nie zgadzam. Celem powinien być postęp: jak ktoś grał w ćwierćfinale, to niech za następnym podejściem walczy o finał. Jak nie wyszedł z grupy, niech walczy o ćwierćfinał. Niech cele stawia sobie realne. Racja, mówienie, że sukcesem będzie dobre zaprezentowanie się, to przesada w drugą stronę. Ale taką samą przesadą byłoby, gdyby Urlep powiedział: gramy o mistrzostwo! Wydźwięk byłby naturalnie inny, lepszy. Ale co z tego?

Drużyna Warszawy, w której od kilku lat gram w mistrzostwach Polski dziennikarzy, regularnie zajmuje miejsca 7-9. I co, mam mówić, że w 2008 roku będziemy mistrzami? Mogę. Ale większą motywacją będzie dążenie do trzyzespołowego finału. Wtedy wszystko będzie możliwe. Nawet pokonanie Życia Warszawy", w którym pod koszem kolejne złote medale zdobywa Michał.

Kolejna sprawa: zadowolenie z porażek. Nikt nie był z nich zadowolony. Ale ja byłem zadowolony z tego, jak zespół momentami grał. Pamiętając sparing z Włochami, albo czytając relacje świadka z turnieju w Turcji, obawiałem się, że Pluta, Wójcik i spółka zostaną zdemolowani. Nie zostali. I widziałem dobre kwarty, momenty, akcje, zagrania.

Michał pisze o kuriozalnej propagandzie jaka towarzyszyła ocenie występów naszej reprezentacji. Większość dziennikarzy oceniła, że jest wokół czego budować zespół, że mieliśmy przebłyski dobrej gry, a że gdyby był Ignerski i Gortat… Przecież tego się nie dało, ani czytać, ani słuchać!". A co dałoby się czytać? Że nie ma zespołu, nawet kamyczka węgielnego, że nie było ani jednego dobrego momentu? To byłaby prawda? Co było kuriozalnego w zauważeniu tego, że po latach w niebycie okazało się, że dystans, który dzieli nas od najlepszych jest duży, ale nie tak ogromny jak się wydawało? O każdej porażce pisano (no chyba, że mam zaćmienie), że Polacy byli słabsi, bo to i tamto (doświadczenie, pewność gry, skuteczność, obrona), ale nie sposób nie zauważyć, że pewne rzeczy się udały. Np. taktyka gry z Francją. Np. trzymanie się Włochów, od których kilkanaście dni wcześniej Polacy zebrali wielkie baty. W Hiszpanii zagrażali im do końca.

Z taką grą nie mamy w Europie czego szukać? Na mistrzostwach Europy na pewno nie znajdziemy wygranych, to prawda. Ale czy jeśli ten zespół (przy założeniu szeroko pojętej kontynuacji) wygra za dwa lata np. z Turcją, czy Włochami, to będzie sensacja? Już nie.

Michał pyta, czy wszyscy już ochłonęli? Ja ochłonąłem. I mimo wszystko bardziej mnie występ Polaków na ME cieszy, niż martwi.

Ambicja, sportowa złość i odwaga - jak najbardziej. Wołoszyn był ambitny, Szewczyk po meczu z Francją wkurzony cholernie, a Kitzinger odważnie pchał się pod kosz. I się nie udawało. Polscy koszykarze byli po prostu słabsi i żadne przekonanie siebie do celów by tego nie zmieniło.

 

I oczywiście, trzeba coś zrobić, żeby to zmienić. Ale to już inny temat niż ocena występu na ME.

Najlepszy polski rzucający ostatnich lat zakończył karierę reprezentacyjną. Wielkie dzięki. Ile było w sumie tych punktów w reprezentacji? Z pewnością grubo ponad tysiąc, może dwa tysiące, może więcej?

Tu jedne z ostatnich:

To był przedostatni mecz pana Andrzeja. W ostatnim z Włochami zagrał 29 minut - miał 2/3 za dwa, 3/6 za trzy i tylko 2/4 z wolnych. W sumie 15 punktów. Do tego przechwyt, stratę i cztery faule.

Niezłe wyróżnienie. Trener Turowa Saso Filipovski weźmie udział - obok słynnego ostatnio Davida Blatta (coach Rosji) - w sędziowskiej klinice w słoweńskiej Kranskiej Gorze w Słowenii. Obaj trenerzy wygłoszą prezentacje, które mają służyć lepszej pracy sędziów, współpracy na boisku itp.

Świetnie, że Filipovski został w ten sposób wyróżniony i mniejsza z tym, że jest Słoweńcem, a Turów akurat rozgrywa serię sparingów w tym regionie. Został zaproszony i będzie miał okazję spędzić kilkanaście godzin z najlepszymi europejskimi sędziami i znakomitym trenerem. To na pewno pomaga.

Już kiedyś to pisałem, ale powtórzę: tacy trenerzy jak Filipovski są znakomitym magnesem dla dobrych zawodników, którzy albo chcą u takiego coacha grać, albo chcą zostać na kolejny sezon. Choć pewnie Łukasz Koszarek ma na ten temat inne zdanie...

Świetnie, że Filipovski będzie miał okazję posłuchać Blatta. Amerykanin miał wielki wpływ na reprezentację Rosji, z której zdobył mistrza Europy. Może podpowie Filipovskiemu jak skuteczniej ugryźć w tym sezonie Prokom?

 
1 , 2 , 3