Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
wtorek, 28 września 2010

Z okazji tzw. Media Day, który rozpoczyna przygotowania do sezonu NBA, proponuję zabawę w przewidywanie przyszłości - jak waszym zdaniem będzie wyglądał czwarty sezon Marcina Gortata w NBA?

Czy dostanie poważną szansę jako wysoki skrzydłowy? Czy będzie miał okazję wykazać się w ataku? Ile będzie grał minut? Jak będzie wyglądał w porównaniu do Brandona Bassa? Czy zostanie wymieniony w trakcie sezonu? A może zrobi regres i wypadnie słabiej niż w poprzednim roku?

Pierwsze zmiany są widoczne gołym okiem:

O oczekiwaniach Gortata można poczytać w serwisie Orlando Pinstriped Post.

poniedziałek, 27 września 2010

Obiecuję, że to już ostatni wpis o Fernando Alonso w najbliższym czasie.

Okazja jednak jest, bo F1 Fanatic wychwycił ciekawą statystykę - Alonso w Grand Prix Singapuru nie tylko zdobył pole position, wygrał wyścig i wykręcił najszybsze okrążenie, ale także prowadził od startu do mety.

Perfekcyjny rezultat - wyścigowy Wielki Szlem - to nieczęste osiągnięcie w Formule 1. Alonso wywalczył go po raz pierwszy w karierze i jest to 50. takie osiągnięcie w historii. Po raz ostatni udało się to Michaelowi Schumacherowi w Grand Prix Węgier w 2004 roku.

Czołówka klasyfikacji pod tym względem (za F1 Fanatic):

Gdyby ktoś nie zauważył - w piątek ruszył w Polsce koszykarski sezon. Grają już koszykarki Ford Germaz Ekstraklasy, a także koszykarze I i II ligi. W tych dwóch ostatnich występują wszyscy zawodnicy z reprezentacji Polski do lat 17, czyli chłopaczki Szambelana, wicemistrzowie świata z Hamburga.

Jak wypadli? Wymieniam w porządku alfabetycznym i tylko tytułem wstępu zaznaczę, że najgorszy debiut zaliczyli... płoccy statystycy. Czy to możliwe, że przy 47 niecelnych rzutach z obu stron w meczu Mon-Polu z SMS PZKosz Władysławowo odnotowano - w sumie - zaledwie 24 zbiórki? Bo w to, że obie drużyny - drugoligowi debiutanci! - nie popełnili ani jednej straty, kompletnie nie wierzę.

Nevertheless...

Łukasz Bonarek (Znicz Basket Pruszków, I liga) - nie zagrał w Radomiu z Rosa-Sportem, bo leczy przeciążone kolano. Podkoszowy Znicza będzie pauzował jeszcze kilkanaście dni. Znicz przegrał w Radomiu 55:98.

Tomasz Gielo (SMS PZKosz Władysławowo, II liga) - wyróżniający się zawodnik swojego zespołu w wygranym 69:60 wyjazdowym spotkaniu z Mon-Polem Płock. W ciągu 29 minut zdobył 19 punktów (5/9 z gry, 9/12 z linii).

Grzegorz Grochowski (SMS) - przeciwko Mon-Polowi grał aż 35 minut. Rzucił sześć punktów (2/4 z gry, 2/4 z linii), miał sześć zbiórek i asystę.

Dawid Kołakowski (SMS) - nie wystąpił w Płocku.

Przemysław Karnowski (SMS) - w Płocku grał przez 17 minut i zdobył cztery punkty (2/2 z gry). Nie miał ani jednej zbiórki (błąd statystyków?), popełnił dwa faule. Jego przeciwnik, doświadczony, 37-letni Roman Bruździński, rzucił 18 punktów i - według statystyk - miał więcej zbiórek. Jedną...

Jakub Koelner (WKK Obiekty Wrocław, II liga) - 22 minuty przeciwko Open Florentynie Pleszew na własnym parkiecie. WKK przegrał 52:60, a Koelner zdobył dwa punkty (1/6 z gry). Z pozytywnych statystyk były cztery zbiórki, asysta i przechwyt. Z negatywnych - aż sześć strat.

Filip Matczak (SMS) - 16 punktów w 32 minuty w Płocku. Miał 4/8 z gry i 7/9 z wolnych. Do tego dorzucił zbiórkę i asystę.

Michał Michalak (Polonia 2011 Warszawa, I liga) - grał przez 28 minut w przegranym 56:87 spotkaniu z ŁKS Łódź. Zdobył 11 punktów (4/11 z gry, 2/4 z wolnych), dołożył cztery zbiórki, trzy asysty, przechwyt, ale i dwie straty.

Piotr Niedźwiedzki (WKK) - grał przez 27 minut z Open Florentyną. Cztery punkty (2/6 z gry), dziewięć zbiórek, asysta, przechwyt i trzy straty.

Mateusz Ponitka (AZS Politechnika Warszawska, I liga) - osiem punktów w ciągu 25 minut w zwycięskim wyjazdowym spotkaniu z Astorią Bydgoszcz. Tylko 3/10 z gry i 1/3 z wolnych. Do tego trzy zbiórki, dwa przechwyty i dwie straty.

Daniel Szymkiewicz (Trefl II Sopot, II liga) - nie zagrał z Etmalem Korsarz Gdańsk (69:66).

Paweł Śpica (WOSSM Warszawa, II liga) - w trakcie 25 minut spotkania z Turem Bielsk Podlaski (55:47) zdobył 10 punktów (4/15 z gry, 2/4 z wolnych), miał cztery zbiórki, pięć asyst, przechwyt i cztery straty

Tyle suchych faktów znalezionych w statystykach. Jeśli ktoś z was miał okazję oglądać mecze w Płocku, Bydgoszczy, Warszawie i Wrocławiu, poproszę o spostrzeżenia na temat gry chłopaczków Szambelana.

niedziela, 26 września 2010

Bezapelacyjnym zwycięzcą Grand Prix Singapuru był Fernando Alonso - kierowca Ferrari wygrał kwalifikacje, a potem wyścig, w którym na dodatek wykręcił najszybsze okrążenie.

Formą Hiszpana zachwycałem się w poprzednim wpisie, w którym wspomniałem także o niezwykłej końcówce Roberta Kubicy - Polak z Renault dzięki spektakularnej końcówce był niewątpliwie wyróżniającą się postacią wyścigu w Zatoce Marina, ale kilku innych kierowców też zasłużyło na ciepłe słowa.

Felipe Massa (Ferrari) w wyniku nieudanych z powodu awarii kwalifikacjach startował z samego końca stawki, ale ostatecznie sklasyfikowany został na ósmej pozycji. Ostatecznie, bo na mecie Brazylijczyk był 10. i dopiero kary dla Adriana Sutila (Force India) i Nico Hulkenberga (Williams) przesunęły go na ósme miejsce. Udany start i awans o trzy pozycje na pierwszym okrążeniu, a potem najwcześniejsza w całej stawce zmiana opon pozwoliły zarobić sporo miejsc w pierwszej fazie wyścigu.

Mark Webber (Red Bull) po wyścigu powiedział, że był to dla niego najtrudniejszy weekend w tym sezonie. Cóż, jeśli rzeczywiście taki był, to skończył się zaskakująco dobrze. Australijczyk startował dopiero z piątej pozycji i - biorąc np. pod uwagę nieudane starty w poprzednich wyścigach - nie mógł liczyć na wyraźny awans. Okazało się jednak, że popłaciła ryzykowna taktyka i dzięki zmianie opon w trakcie pierwszej neutralizacji Webber wyprzedził dwa mclareny. Lider klasyfikacji generalnej przyznał potem, że początkowo był sceptyczny wobec pomysłu zespołu, ale jego też trzeba wyróżnić - choćby za to, że dość szybko poradził sobie z Timo Glockiem (Virgin), który potrafił utrzymać za sobą wielu kierowców.

No właśnie, Timo Glocka też trzeba docenić. Rok temu Niemiec w toyocie był w Singapurze drugi, teraz pokazał, że jest w tym torze coś, co pomaga mu w skutecznej jeździe. Fajerwerków oczywiście nie było, bo virgin to słabe auto, ale w niedzielę Glockowi udało się bronić 11. miejsca do 15. okrążenia. Potem było gorzej, ostatecznie w virginie Glocka nawaliła hydraulika i Niemiec opuścił tor na 49. kółku. Moim zdaniem warto go jednak docenić za heroizm.

Na swoje osiągnięcia nie narzekało zapewne także kilku innych kierowców z Sebastianem Vettelem (Red Bull), Nico Rosbergiem (Mercedes) i Rubensem Barrichello (Williams) na czele, ale w ich jeździe trudno było się doszukać w niedzielę błysku. Dlatego w poniższym sondażu proponuję pięć konkretnych kandydatur z szóstą otwartą.

Czy waszym zdaniem w Singapurze ktoś mógł się równać z Alonso?

feedback surveys

93 punkty w pięciu poprzednich Grand Prix - najwięcej spośród kierowców walczących o mistrzostwo.

50 punktów w wyścigach we Włoszech i Singapurze - więcej nie można było zdobyć.

Pole position, najwyższe miejsca na podium, najszybsze okrążenia - dwa hat-tricki i to na torach skrajnych - ultraszybkiej Monzie i wolnym Marina Bay.

Fernando Alonso, Książę Ciemności.

Fragment z mojej relacji do poniedziałkowej "Gazety Sport.pl":

W niedzielę kolejny sukces odniósł lider włoskiej ekipy Alonso, który zasłużył na tytuł Księcia Ciemności. Skandal sprzed dwóch lat, kiedy poprzedni szefowie Renault kazali się rozbić na tym samym torze Nelsinho Piquetowi, aby umożliwić wygraną Hiszpanowi, sprawia, że jest to określenie pejoratywne, ale patrząc na wydarzenia minionego weekendu - w pełni uzasadnione.

Alonso po raz trzeci z rzędu stanął w Singapurze na podium, bo w najważniejszych momentach nocnego Grand Prix zdominował tych, którzy mieli dominować - kręte i wąskie ulice Singapuru miały dać wielką przewagę red bullom, ale okazało się, że zdeterminowany Hiszpan potrafi pojechać szybciej. Alonso wygrał kwalifikacje, nie dał się pokonać na starcie i odparł zryw red bulla Vettela w końcówce.

Alonso, dwukrotny mistrz świata, przypomina, że to właśnie on, a nie Jenson Button, Lewis Hamilton i - tym bardziej - Sebastian Vettel i Mark Webber jest najbardziej doświadczonym zwycięzcą z piątki kandydatów do tytułu. Imponująca seria Hiszpana rozpoczęła się co prawda od przepuszczenia go przez Felipe Massę w Grand Prix Niemiec, ale nie ma wątpliwości, że decyzja kierownictwa Ferrari była słuszna - Alonso znakomicie radzi sobie z presją rywali i w ostatnich wyścigach zgarnął masę punktów.

Aż trudno uwierzyć, że dwa miesiące temu Hiszpan w klasyfikacji generalnej był piąty - miał 98 punktów i do prowadzącego Hamiltona tracił aż 47. W hiszpańskim obozie Ferrari słychać było frustrację i zniechęcenie, ale w drugiej połowie sezonu Alonso wrzucił w końcu drugi bieg i od tamtej pory - poza Grand Prix Belgii - błyszczy. Nie byłoby tego błysku bez wielkiej pracy Ferrari, które znacznie ulepszyło samochody, ale to perfekcja Alonso pozwala wydobyć z czerwonych bolidów maksimum możliwości.

Na konferencji prasowej po wyścigu w Singapurze Alonso szczyt formy tłumaczył tak:

Well, having a championship that is ten months long, or nine months, doesn't happen in any other sport normally, even the football league is not that long. We are in a sport where you cannot be a hundred percent or you cannot be completely fit, focused, motivated one hundred percent all the races, every month, so we go up and down, this is normal for all the sports. We can say that now, in this part of the championship I'm at a peak, one hundred percent of motivation, concentration etc., so it's good to arrive now. Sometimes in the championship, in September, I was getting tired, all these long flights now, at the end of the championship, very stressed all championship long. This year it is different. It feels like the championship starts now, so I feel very happy to go to Japan straight away.

Jeśli dla Alonso mistrzostwa świata dopiero się zaczęły, to jego rywale mają przechlapane. Red Bull - jak pokazują obie klasyfikacje - wciąż ma największe szanse na tytuł, ale...

W Singapurze Alonso pokonał Vettela o 0,2 sekundy, co jest drugim najbardziej zaciętym finiszem w tym sezonie (w Monako Vettel przegrał z Webberem o 0,4 sekundy). Końcówka wyścigu stała jednak pod znakiem spektakularnej pogoni za punktami Roberta Kubicy, którą zachywca się Bartosz Raj.

Gdyby nie przebita opona, Polak prawdopodobnie dowiózłby do mety szóste miejsce po wyścigu, w którym - poza startem - nie miał możliwości pokazania błysku. Pechowa guma dała jednak Kubicy drugą szansę - szansę, na zaprezentowanie wyścigowego kunsztu w pełnym tego słowa znaczeniu. Kubica walczył o punkty nie - tak jak w większości tegorocznych wyścigów - poprzez niepopełnianie błędów, tylko regularny, nieprzerwany atak. Świeże opony pomogły, ale to nie umniejsza popisów Kubicy.

Zaryzykuję tezę, że w obecnej sytuacji Renault i Kubicy - sytuacji, w której dwa punkty w tą czy w tą nie stanowią o być albo nie być zespołu i kierowcy - fajniejsze dla kibiców Polaka było siódme miejsce po błyskotliwym finiszu niż szósta pozycja po monotonnym wyścigu.

Zgadzacie się?

piątek, 24 września 2010

Amerykańskie media podają, że nowy właściciel Golden State Warriors nie chce kontynuować współpracy z trenerem Donem Nelsonem - rekordzistą NBA pod względem odniesionych zwycięstw.


Czy to koniec kariery 70-letniego szkoleniowca czy może tylko przerwa przed objęciem kolejnego zespołu? Tego jeszcze nie wiemy, ale z okazji zamieszania w nelsonowym obozie wklejam tekst o trenerze, który napisałem do majowego "MVP":

Karierę trenera, który wygrał najwięcej meczów w historii NBA, łatwiej opisać jako pasmo konfliktów niż sukcesów. Don Nelson zwyciężał 1335 razy, ale z każdego klubu wylatywał z hukiem. Czy zasługuje na miejsce w Galerii Sław?

15 maja Nelson skończył 70 lat. Trenerem jest od 1976 roku – z Milwaukee Bucks, Golden State Warriors, New York Knicks, Dallas Mavericks i ponownie Warriors wygrał 1335 meczów.

Prowadzone przez niego drużyny w trakcie 31 sezonów zwyciężyły jednak w zaledwie 19 seriach play-off, nigdy nie grały w finale. Nelsona na próżno szukać w czołówce trenerów pod względem procentu odniesionych zwycięstw – jego wskaźnik wynosi 55 proc. i daleko mu do np. Gregga Popovicha (67 proc.), Reda Auerbacha (66 proc.) Pata Riley’a (63 proc.) czy Jerry’ego Sloana (60 proc.). O Philu Jacksonie nie wspominając (70 proc.).

7 kwietnia Warriors wygrali w Minneapolis, co dało Nelsonowi 1333. wygraną w sezonie zasadniczym i pozwoliło mu wyprzedzić na liście wszech czasów Lenny’ego Wilkensa. Rekordzistę doceniono, opisano dokładnie, przypominano jego sylwetkę. Postawiono też zasadnicze pytanie: czy Nelsonowi należy się miejsce w Galerii Sław NBA, w której jest już każdy trener, który wygrał ponad tysiąc spotkań?

Wyjątkiem jest Nelson, którego kandydatura już czterokrotnie przepadała w głosowaniu 24 ekspertów. Chodzą słuchy, że Nelson jest tak niepopularny, że może nigdy nie zdobyć wymaganych 75 proc. głosów.

- Nie zasługuję na miejsce w Galerii Sław, więc nie boli mnie to, że się w niej nie znajduję – mówi sam Nelson. - To jest miejsce dla ludzi wielkich, a ja nigdy w niczym nie byłem wielki. W wielu rzeczach jestem po prostu dobry.

Jakim trenerem jest Nelson? To wielki, być może największy w historii NBA entuzjasta ataku. W pierwszym meczu w nowej roli Bucks Nelsona przegrali 114:117 z Los Angeles Lakers i gdyby ktoś po latach chciał wyliczyć średni wynik jednego meczu drużyny prowadzonej przez Nelsona w trakcie całej kariery, to musiałby dostać zbliżony, do tego debiutanckiego.

Nelson to jednak nie tylko atak. To jego innowacje. To ten trener wynalazł skrzydłowych w roli rozgrywających, grę obniżonym składem o ciężarze przeniesionym na obwód, zawodników o wzroście 210 cm rzucających z dystansu. Paul Pressey z Bucks połowy lat 80. był pierwowzorem Toniego Kukoca, Lamara Odoma czy Hedo Turkoglu, trio Run TMC – Tim Hardaway, Mitch Richmond i Chris Mullin - z Warriors przełomu lat 80. i 90. było podstawą dla efektownych Phoenix Suns XXI wieku, a wyłowiony w Niemczech chudziutki Dirk Nowitzki przecierał szlaki do nowej roli dla Andrei Bargnaniego czy Danilo Gallinariego.

Taktyka hack-a-Shaq w najróżniejszych odmianach miewa wpływ na rozstrzygnięcia najważniejszych meczów play-off, ale niewielu pamięta, że w obecnym kształcie „opracował” ją właśnie Nelson, który w drugiej połowie lat 90. – jako trener Mavericks - nakazał intencjonalne faulowanie Dennisa Rodmana z Chicago Bulls.

- Nellie robi wszystko, co może, aby uzyskać przewagę. Nie boi się uderzać w ligowe święte krowy, a potem inni trenerzy przejmują od niego pewne rozwiązania – mówi trener Sacramento Kings Paul Westphal, który kiedyś grał z Nelsonem na boisku.

Skąd wzięły się eksperymenty „Szalonego naukowca”? – Całą karierę zastanawiałem się, dlaczego rozgrywający mają tylko podawać, skrzydłowi rzucać, a środkowi zajmować pozycje pod koszem. Kiedy na treningu wytrzymałościowym Boston Celtics zobaczyłem, że najszybszy w sprintach jest najwyższy w drużynie Bill Russell, zrozumiałem, że każdy może być wszechstronnym zawodnikiem, jeśli mu się na to pozwoli – wspominał Nelson, który na przełomie lat 60. i 70. był pięciokrotnym mistrzem ligi z Celtics.

- Chcę, aby przeciwnik miał nieustanny problem z tym, jak grać w obronie. Wystawiam na boisko piątkę najlepszych zawodników niezależnie od ich pozycji – tłumaczył Nelson. Najlepszych, czyli takich, którzy mogą spełnić jego wizję.

Ofensywna filozofia i taktyczne eksperymenty pozwoliły mu zamieniać słabiutkie zespoły w solidne – tak było w Milwaukee, Oakland i Dallas. W 1995 roku Nelson połamał sobie jednak zęby na bardzo silnych już New York Knicks. Nastawioną na obronę drużynę próbował przestawić na bezkompromisowy atak. Nie dotrwał do końca sezonu, choć nietypowa dla Knicks filozofia gry nie była jedyną przyczyną.

Taktyka „Nellie Ball” sprowadzająca się do nieustannej gry kontratakiem w Oakland i Dallas pozwalała na grę efektowną, w której błyszczeli m.in. Hardaway, Latrell Sprewell, Chris Webber, Steve Nash, Michael Finley czy Nowitzki. Ze względu na zaniedbaną defensywę szalone zespoły nie miały racji bytu w play-off, ale potencjał Warriors i Mavericks wygasał także z innych przyczyn. Nelson – niczym szalony naukowiec– to człowiek o trudnym charakterze, z którym niełatwo żyć w zgodzie.

Pierwszy poważny konflikt to publiczne starcie z właścicielem Bucks Herbem Kohlem w drugiej połowie lat 80. W ciągu 10 lat Nelson poprowadził ten zespół do siedmiu sezonów z dorobkiem ponad 50 zwycięstw i trener był bohaterem całego stanu Wisconsin. Nie tylko dzięki koszykówce – znany trener założył fundusz pomocy dla lokalnych farmerów, lojalność z nimi potrafił manifestować jeżdżąc traktorem. Wzbudzał szacunek i podziw. „Milwaukee Journal” pisał po latach: „Z czasem stał się dumny i chciał mieć coraz więcej kontroli. Chciał piąć się do góry, ale nie dokonał tego ze względu na swój charakter i okoliczności”.

Podstarzali Bucks grali coraz słabiej, Nelson marnował wybory w drafcie, ale jego ambicje sięgały stanowisk kierowniczych. Kiedy były właściciel Bucks Jim Fitzgerald przejął Warriors, Nelson wyczuł szansę - wywołał konflikt z Kohlem, którego oskarżył o wtrącanie się w sprawy drużyny. – To ja jestem Milwaukee Bucks – dawał do zrozumienia Nelson.

Kohl, który rok później został senatorem, nie ugiął się lokalnej legendzie. Ostatecznie zgodził się na oddanie trenera do Warriors za… wybór w drugiej rundzie draftu. Nelson przez rok był zawieszony, a na dodatek musiał przyznać, że konflikt z Kohlem był jego wymysłem. Jego wizerunek został nadszarpnięty, a kolejne lata potwierdzały trudny charakter. W niektórych przypadkach Nelson miał do czynienia z równie trudnymi personami.

Na początku lat 90.– jako trener, ale i wiceprezydent Warriors - wprowadził do drużyny Sprewella i Webbera. Efektowny zespół wygrał aż 50 spotkań i choć przegrał w I rundzie play-off z Phoenix Suns, to dawał nadzieję na postęp. Nelson poróżnił się jednak z Webberem - wszechstronny skrzydłowy w pewnym sensie stał się ofiarą „Nellie Ball”, bo jako jeden z najwyższych zawodników drużyny został przesunięty na pozycję środkowego. Zawodnik się buntował, trener nie ustępował i nieporozumienie skończyło się transferem Webbera do Washington Wizards, odwróceniem się zawodników od trenera, zwolnieniem Nelsona i pozwem właściciela Warriors Chrisa Cohana, który domagał się zwrotu 1,6 mln dolarów. Sąd arbitrażowy NBA dopiero w 1999 roku uznał, że trener może zatrzymać pieniądze.

Nelson miał już wówczas za sobą epizod w Knicks. „Szalony Naukowiec” poprowadził drużynę w 61 spotkaniach – bilans 34-25 rozczarowywał, ale klubem bardziej wstrząsały transferowe zapędy Nelsona, który chciał pozbyć się symbolu Knicks Patricka Ewinga, aby zrobić miejsce dla chcącego opuścić Orlando Magic Shaquille’a O’Neala. W Nowym Jorku nikt nie chciał o tym słyszeć – tak, jak Ewing nie chciał wcześniej słuchać Nelsona sugerującego mu pracę nad oddawaniem piłki podczas podwojeń. „Nelliego” zastąpiono Jeffem Van Gundym, drużyna się odrodziła, ale patrząc z perspektywy czasu na późniejsze osiągnięcia Knicks i Lakers można się zastanawiać, kto miał wówczas rację.

W latach 1997-2005 Nelson zamienił słabiutkich Mavericks w finalistów Konferencji Zachodniej, ale to właśnie rywalizacja o finał z San Antonio Spurs w 2003 roku była początkiem końca „Nelliego” w Dallas. Trener pokłócił się z niemniej szalonym właścicielem klubu Markiem Cubanem – poszło o Nowitzkiego. Nelson nie chciał wystawiać Niemca z niewyleczoną kontuzją, Cuban tego żądał powołując się na pozytywne opinie lekarzy.

Konflikt zaognił się rok później, kiedy Cuban zgodził się na transfer Nasha do Suns. Nelson, dla którego Kanadyjczyk był istotnym elementem „Nellie Ball” zrezygnował z pracy pół roku później. Wynegocjował sobie, że będzie doradcą Mavericks i dzięki temu otrzyma 6,6 mln dolarów za półtora roku pozostające do końca kontraktu. W 2006 roku Nelson wrócił jednak na ławkę Warriors, co Cuban uznał za złamanie umowy. Sprawa ciągnie się do dziś.

Obecny pobyt w Oakland Nelson zaczął od wielkiego sukcesu, bo „Nellie Ball” za sprawą Barona Davisa, Stephena Jacksona i Ala Harringtona pozwoliła na zemstę na Cubanie – startujący do play-off z ósmego miejsca Warriors wyeliminowali najlepszych na zachodzie Mavericks. Nelson znów pogrążył się jednak w konfliktach – po tym jak Davis wybrał Los Angeles Clippers nad Warriors, „Nellie” chciał więcej władzy kosztem wiceprezydenta, a swojego byłego zawodnika Mullina, skrytykował trudnego w obyciu Stephena Jacksona, co skończyło się transferem tego zawodnika do Charlotte Bobcats.

- Wiecie jaki on jest – lubi rujnować kariery zawodnikom – powiedział sezon później Harrington, obecnie koszykarz Denver Nuggets.

A może Nelson zrujnował się sam? Jackson awansował z Bobcats do play-off, „Nellie” skończył z Warriors na trzecim miejscu od końca w całej lidze. Pobił rekord Lenny’ego Wilkensa, ale czy zasłużył na miejsce w Galerii Sław?

Czy wiesz, że Nelson…

- jedyne zwycięstwo odniósł z Dream Teamem II – w 1994 roku zdobył mistrzostwo świata w Toronto

- żonę Joy poślubił w 1991 roku na boisku Oakland Colliseum, gdzie grali Warriors

- w 2001 roku przeszedł operację po wykryciu raka prostaty, rok później jego żona doświadczyła tego samego w przypadku raka piersi

- w słynnej serii z Mavericks w 2007 roku na konferencje prasowe przychodził z puszką piwa, dopóki nie zakazała mu tego NBA

- ma jeszcze roczny kontrakt z Warriors warty 6 mln dolarów. Nie wiadomo czy go wypełni w obliczu prawdopodobnej zmiany właściciela klubu


niedziela, 19 września 2010

W weekend, w którym Mateusz Ponitka został MVP słynnego kampu Koszykówka bez Granic w Barcelonie, Michał Michalak bardzo dobrze zaprezentował się w Mazovia Cup w Arenie Legionowo.

Osiągnięcia to skrajnie różne, gdzie Barcelona, gdzie Legionowo, ale niech nie zmyli was ranga i towarzysto w obu turniejach. Między Ponitką i Michalakiem nie ma aż takich różnic, jak między miastami, w których w weekend zagrali.

Kiedy rok temu zobaczyłem ich po raz pierwszy w meczu juniorów starszych Polonii 2011 z MKS MOS Pruszków, większe wrażenie zrobił na mnie Michalak. Zachwycałem się jego ułożonym rzutem i strzelecką intuicją. Ponitkę oceniłem minimalnie niżej zwracając jednak uwagę na to, że jest wszechstronniejszy i waleczniejszy niż Michalak.

Obaj zawodnicy mają podobne parametry, grają na tej samej pozycji, więc siłą rzeczy w minionym sezonie rywalizowali między sobą i w klubie (I liga, mistrzostwa Polski juniorów starszych), i w reprezentacji do lat 17. We wszystkich rozgrywkach lepiej wypadł Ponitka.

W I lidze w AZS Politechnice Warszawa grał nieco dłużej i średnio zdobywał więcej punktów i zbiórek niż Michalak, miał też wyższą skuteczność z gry. Podobnie wyglądało to w finałowym turnieju mistrzostw Polski juniorów starszych, gdzie Ponitka też był nieco lepszy w kluczowych statystykach niż Michalak.

Na mistrzostwach świata do lat 17 w Hamburgu Ponitka był już zdecydowanym liderem reprezentacji Polski - został wicekrólem strzelców, wybrano go do pierwszej piątki turnieju. Michalak też grał bardzo dobrze, ale siłą rzeczy pozostał nieco w cieniu klubowego kolegi.

Jak będzie w tym sezonie? Umowa patronacka między Polonią 2011 Warszawa (jej zawodnikami są i Michalak, i Ponitka), a AZS Politechnika nie ma racji bytu, bo ze względu na występy w tej samej lidze drużyny nie mogą swobodnie wymieniać się zawodnikami. Wola współpracy jednak jest i szefowie obu klubów postanowili, że Politechnika - po serii wypożyczeń - skupi w zespole najlepszych koszykarzy obu drużyn, podczas gdy w Polonii 2011 grać będą młodsi (np. 16-letni Filip Nowicki), słabsi (np. Wojciech Glabas) lub ci, którzy będą próbowali się odbudować (np. Kamil Pietras).

Ponitka będzie grał w Politechnice, Michalak - w Polonii 2011.

Cieszę się z takiego podziału. Ponitka za plecami (ewentualnie obok) Piotra Pamuły będzie walczył (być może) o awans do Tauron Basket Ligi, Michalak - prawdopodobnie jako pierwsza strzelba - może być liderem Polonii 2011, która najpewniej będzie broniła się przed spadkiem. Obaj zawodnicy powinni skorzystać na nowych wyzwaniach.

Śledzenie postępów Michalaka i Ponitki będzie jednym z najciekawszych elementów zbliżającego się sezonu. Wobec obu oczekiwania będą zdecydowanie wyższe niż w poprzednich rozgrywkach - Ponitka, jako gwiazda MŚ do lat 17, nie będzie mógł się chować za plecami Pamuły, będzie musiał walczyć z nim o pozycję pierwszego rzucającego.

Michalak liderem Polonii 2011 być musi, jeśli chce udowodnić, że ma niemniejsze możliwości niż Ponitka. Z rozmów z trenerami, ale i obserwacji MŚ do lat 17 wynika, że to ten drugi ma większe zadatki na lidera, ale to przecież Michalak był kapitanem srebrnej reprezentacji. Raczej nie bez powodu...

W piątek w Arenie Legionowo Michalak rzucił 35 punktów PWiK Piaseczno. Rywal był oczywiście drugoligowy, ale wyjadacze warszawskich parkietów poddawać się nie zamierzali i jeszcze na początku czwartej kwarty prowadzili jednym punktem. W najważniejszych momentach Michalak nie miał jednak sobie równych - nie tylko świetnie trafiał z dystansu (7/11) za trzy, nie tylko trafiał z wejść, ale także bardzo mądrze podawał. Te asysty to właśnie to, co odróżnia Michalaka od jednak bardziej nastawionego na rzut z dystansu Ponitki.

W niedzielę, w finale turnieju ze Zniczem Basket Pruszków, Michalak znów błyszczał - do przerwy zdobył 16 z 35 punktów Polonii 2011, w sumie rzucił 24 punkty. Do zwycięstwa swojej drużyny nie poprowadził, choć gdyby nie trójka niezniszczalnego Dominika Czubka w ostatniej sekundzie, to warszawiacy, a nie pruszkowianie cieszyliby się z wygranej. Znicz zwyciężył 74:72.

W piątek w Legionowie obserwowałem głównie, ale nie tylko Michalaka. Co jeszcze zauważyłem? Rozgrywającego Znicza Marek Szumełdę-Krzyckiego, który dostanie w Pruszkowie wiele minut. Ciekawe jak je wykorzysta - w spotkaniu z drugoligowym Mon-Polem Płock pokazał, że grając lewą ręką potrafi i skończyć akcję wejściem pod kosz, i dograć tam piłkę w tłoku, i mądrze odegrać ją na obwód. Prawą ręką nie pokazał nic.

I, uwaga, mój typ na zawodnika, który zrobi duży postęp: Adam Linowski. W poprzednich latach skrzydłowy z Włocławka zaliczał epizody (większe) w II lidze w Legii i (mniejsze) w TBL w Polonii 2011, ale w obu drużynach pełnił role poboczne. Teraz w zespole trenera Arkadiusza Miłoszewskiego może być graczem kluczowym - Linowski w niczym nie jest świetny, ale dobrze wykorzystuje swój atletyzm, dobrze biega do kontry, nieźle broni, nieźle atakuje deskę. 22-letni skrzydłowy ma już wystarczające doświadczenie do tego, aby młodych kolegów mobilizować i trzymać zespół razem. Warto go obserwować.

piątek, 17 września 2010

W piękne piątkowe popołudnie rzuciło mnie do Legionowa na pierwszy dzień 51. edycji turnieju Mazovia Cup.

Grają: Znicz Basket Pruszków (I liga) - Mon-Pol Płock (II liga), a potem Polonia 2011 Warszawa (I liga) - PWiK Piaseczno (II liga).

Jestem tu z miłości do koszykówki.

Jeśli internet pozwoli - czytajcie Twittera. Jeśli nie pozwoli, wpadnijcie tu w weekend. Na pewno skrobnę kilka zdań impresji z Legionowa.

Po krótkim okresie ukrywanio się w lokalnych lasach i kanalizacji miejskij powracom do pisanio. Ostatnie tygodnie były naprowdy ciężkie, bo macki Don Vita sięgają wszędzie, ino niy do sponsorów. Dziynki uprzejmości Cegieua byda teroz uskutecznioł partyzantka na jego blogu. Od czasu do czasu skrobna coś o Okryncie KSP, o ile czas pozwoli.

Umowa zlecenie, kero Łukasz zaproponowoł była niy do odrzucenio, wszak 3,48 brutto od artykuła to niy przelewki. Mom nadzieja, że kożdy doceni wiela Cegieu ryzykuje. Don Vito niy z takimi już się rozprawioł! Ale mom dla niygo poradnik „Życie po utracie kończyn”, kery podesłoł mi jakiś życzliwy fan w związku z ostatnimi wydarzeniami.

Dla tych, kerzy do tyj pory czytali ino bloga KSP: Łukasz „Cegieu” Cegliński to je tyn chop co systematycznie uskutecznio hejting pod adresem Romana Ludwiczuka. Oprócz pisanio, występuje tyż w roli celebryty w tv, wspólnie z Piotrem Szeleszczukiem. Odróżnić ich idzie po tym, że Piotrek wyglądo zawsze nienagannie, w swoich garniturach na miara, a Łukasz za to mo schludno bródka, dziynki keryj niy idzie go pomylić z typowym fanem „Golec uOrkiestry”. Tyla tytułem wstympu.

fot. Tomek Stefanik

Pyjter „Kapelan” Krupa (na fotce powyżyj). Zno i pamiynto go kożdy fanatyk Okryntu KSP. W tym roku bydzie wystympowoł w KK A-Bild Bytom. Niy bydmy już powracać do okresu, w kerym był nazywany „gorolskim zdrajcą”. Opiszemy dzisioj nieco szerzyj kulisy jego transferu.

Dawno, dawno tymu, w zamierzchłym czerwcu odbył łon poważno rozmowa z Kierownikiem Witoldem. Kazoł łon zadeklarować się Pyjtrowi co do swoij przyszłości. Tyn odparł, że jest już dogodany z noszym odwiecznym rywalem. Ewidentnie niy spodobało się to Don Vitowi, kery jak wiadomo kocho Pogoń ponad wszystko. Co wiencyj, ciągle żyje wspomnienami o niydoszłym transferze do Unii Tarnów, a także twierdzi, że jakby mioł dwa metry to by szpiloł DO DZISIOJ w Ekstraklasie. Niy mógł zatym przełknąć, że Kapelan odłazi do Bytomia.

Zapowiedzioł zatym Pyjtrowi, że nie zoboczy zaległych pieniędzy, kere mu przysługiwały z racji podpisanio lukratywnygo kontraktu. Co wiencyj, dodoł, że moge się z tym iść „kaj ino chce, bo pieniędzy i tak nie dostanie”. Nojwyraźnij wcześniyjsze zapewnienia Don Vita, o tym że zalygło kasa bydzie wypłacono, narodziły się ino w gowie Kapelana wraz z marzeniami o transferze do Alby Chorzów lub ewentualnie Boston Celtics. Przeca Vitkus Maximus to człowiek słowny, a na potwierdzenie tyj tezy styknie fakt, że Pyjter kasy niy zoboczył do dzisioj.

Warto jeszczy jednak podrążyć ta historyjo, bo nadowo się łona na piyrwszo strona „Faktu” niy mniyj, niż chop trzymający cało noc kredens. Nosz były center poszoł szukać sprawiedliwości u Kołcza Poznańskiego, jednak tyn niy ma wpływu na funkcjonowanie klubu. Tym zajmują się prezesi Ditrich&Maślana i kierownik klubu. Widać to po jego obecnyj kondycji. Do prezesów tyż naturalnie niy poszoł, bo Ci byli tak zajęci poszukiwaniem sponsorów, że jak sami przyznali w wywiadzie „niy mają czasu zajmować się klubem”.

Mioł za to okazjo poznać dalsze, racjonalne, argumenty Vitka. Nojlypszy z nich to cytat kończący w zasadzie cało sprawa: „jeszcze na kolanach z kwiatkami przyjdziesz błagać o list czystości, a pamiętaj takiego skurwiela jak ja w życiu nie spotkałeś”. Z częścią tygo zdanio jest żech skłonny się zgodzić. Natomiast co do listu, to kierownika nieco poniosło bo znów chcioł poczuć się jak Bóg. Zapomnioł, że mo obowiązek tyn list wydać, a nawyt jak niy zrobi tygo, to można to załatwić we własnym zakresie. Szkoda ino, że PZKosz abo chociaż związki regionalne niy interweniują w takich przypadkach. Chyba, że macki Don Vita sięgają nawyt tam...

Jak Pyjter „Żą Pier” Krupa som przyznoł - niy mo pretensji do Kołcza Poznańskiego, kerygo chciołby tyż przeprosić za postawienie go w niekomfortowyj sytuacji. Natomiast prezesy oraz kierownik niy widzą nic złygo w zaleganiu kasy należnyj za granie. Cytat prezese Maślanki „czy my coś źle robimy?” godo wszystko. Moga nawet udzielić odpowiedzi: niy robicie nic źle, bo niy do się popełniać błędów nic niy robiąc.

Jak ta historyjo się zakończy? Pewnie jak kożdo inno w drugij lidze. Kapelan niy zoboczy zaległygo miliarda złotych, a Don Vitek dalij bydzie śnić o swoij potyndze i władzy. Jest jednak jedyn plus całyj tyj sytuacji: dobrze, że niy strzeloł Pyjtra ze swojiygo, słynnygo już, Prawygo Liścia, bo niy do się szpilać w corno koszykówa będąc w 50% sparaliżowanym.

Takich historii w drugij, a nawyt pierwszyj lidze znodły by się jeszcze pora. Som takie znom. Cza się jasno padać: cały tyn syf w krajowyj koszykówie biere się właśnie z nojniższygo szczebla, kery obecnie reprezentuje m.in. Okrynt KSP. Co z tygo, że Romek odejdzie, a jego pomnik postawią na Wawelu, skoro w klubach dur bydom rządzić ludzie pokroju Don Vita czy Prezesów Ditricha&Maślany.

Jest jednak małe światełko w tym cornym jak żić tunelu. To ludzie, kerzy kochają koszykówa i działają na szczeblu amatorskim. W skórcie chciołbych przybliżyć jak to się robi u nos w Rudzie Śląskij. RALK, czyli Rudzko Amatorsko Liga Koszykówki, kero działo u nos od 1994 roku. Wtedy szpilało w niyj około siedmiu ekip, co dowało 70 wyrobników. W roku 2003/2004 dostrzeżono talynty organizacyjne lokalnych celebrytów, takich jak klan Pustelnik (w tym Piotrek - żywo lygynda KSP, po akcji kerygo Okrynt rozpoczął swój rejs, a ściślej dryfowanie po drugoligowych wodach) czy Marcin Bębenek (kery jest również pisarzem).

Chopy z roku na rok rozwijali liga i co z tygo wyszło? Ano to, że w nadchodzącym sezonie bydzie szpilać aż 26 ekip rzemieślniczych. Chętnych było sporo wiencyj, jednak ramy czasowe niy pozwalają na rozgrywanie wiynkszyj ilości szpili. Ponad 300 wyrobników spotyko się co weekend i posiadając w pełni profesjonalny sprzynt i wygląd, szpilają w corno koszykówa.

Wpisowe do ligi to 1000 zeta (800 dla drugij ligi) + kasa na stroje. Ciekawe, że wiynkszość ekip mo sponsora. Czyli jednak mimo kryzysu, są na Śląsku ludzie, kerzy chcą dować kasa na koszykówa i to w amatorskim wydaniu. Widać Don Vito akurat ich nie spotkoł, abo ich nędzne propozycje kwitowoł liściem, lub swoim ulubionym zdaniem: „z gorolami nie godom”. Bo cza pamiętać, że Don Vito to je mistrz negocjacji i elokwencji. Taki Bentley wśród kierowników drużyn.

Wracając do RALKu: w tym sezonie bydom tam wystympować takie celebryty jak: Maciej Paszowski (prosto z USA), Adam Janus, Kordian Korytek czy Krzysztof Belkner. A wszystko to organizuje 6 osób z pomocą MOSiRu i poru innych, kerzy niy mają co robić w doma przez weekend. Jak padoł Andrzej Pustelnik (dziynki keremu mom te wszystkie informacje o RALKu) jakby zebrać śmietanka wyrobniczo z tyj ligi, dobrać jakiygoś Kołcza i trenować, to środek tabeli w 2 lidze je realny. W końcu pora osób już dostowało propozycja zaciągu na Okrynt KSP (tu zaś zacytuja Andrzeja) „jednak obawa przed popularnością i celebryckim życiem nie pozwoliła im na przyjęcie tych intratnych propozcyji”.

To tyla. Jaki z tego morał? Żodny szczególnie oryginalny. Do sprawnygo zarządzanio koszykówą, trzebia mieć serce i olej w gowie. To styknie by stworzyć coś co bydzie dobrze funkcjonować i służyć ludziom. A koszykówa na Górnym Śląsku mo potencjał. Styknie popatrzeć wielu amatorów chce szpilać. Fanów tyż je sporo, skoro na szpilu reprezentacji było w spodku 7500 mimo tygo, że gra Poloków zakrawała na kpina. Ale cało redakcyjo liczy, że zgodnie ze słowami nojwiynkszygo FANa Okryntu KSP „wszystko ma swój czas”.

PS. 2 października, w hali Fryna Square Garden bydom rozgrywane Dupne Derby Ślunska, w kerych szalupa... Okrynt KSP podejmie KK Bytom. Fotka z góry to zapowiedź tego wielkiygo wydarzenio, a także czegoś, co moge odmienić Okrynt KSP roz na zawsze. Niy zdradza wiencyj ale warto bydzie przyjść i zoboczyć to na własne oczy!

ahmyd

czwartek, 16 września 2010

Pamiętacie Grzegorza Radwana?

fot. Paweł Pietranik

Na przełomie wieków mierzący 200 cm wzrostu koszykarz uważany był za duży talent. Przez niektórych trenerów przymierzany był do gry na pozycji nowoczesnego, wysokiego rozgrywającego, ale skończył - tylko - jako solidny skrzydłowy, który zaliczył kilkaset spotkań w kilkunastu klubach PLK i I ligi. 

Pięć lat temu Radwan zagrał też sześć meczów w reprezentacji Polski za kadencji Veselina Maticia. Zdobył w nich 23 punkty, w przegranym 50:74 wyjazdowym sparingu z Ukrainą był nawet drugim strzelcem drużyny - trzy trójki złożyły się na dziewięć punktów. Tyle samo rzucili Robert Witka i Hubert Radke, o trzy więcej miał Tomasz Kęsicki.

Za Maticia Polska wypadła z dywizji A, a Radwan wypadł z kadry. Znów przez kilka lat balansował na granicy PLK i I ligi, aż tu nagle...

Otóż Grzegorz Radwan - wspólnie ze swoją siostrą Magdą, która także zawodowo gra w koszykówkę - podjął inicjatywę, za którą należą się wielkie brawa.

Projekt jest ściągnięty od mojego kolegi Milosa Sporara [grał w Polsce w Pruszkowie, Koszalinie i Gdyni], z którym się zaprzyjaźniłem i którego często odwiedzam w Słowenii. Milos jest teraz trenerem grup do lat 16 i koordynatorem ds. sportu młodzieży w Pivovarnie Lasko, a w liczącym ok. 20 tys. mieszkańców miasteczku Słoweńskie Konjice od trzech prowadzi koszykarski program, w którym uczestniczy ok. 150 dzieci podzielonych na grupy. Milos nadzoruje z pomocy trenerów, a sam nadzoruje program, do którego rozpoczęcia namawiał mnie od dłuższego czasu.

U nas chyba nikt w ten sposób z maluchami się nie bawi, więc stwierdziłem, że spróbuję. Zacząłem od przejrzenia wykazu szkół podstawowych, których w Krakowie jest 130. W rozmowach telefonicznych pytałem dyrektorów, czy byliby skłonni obejrzeć pokazowe zajęcia sportowo-koszykarskie - po prezentacji na lekcjach wychowania fizycznego słyszałem dobre opinie. Nauczyciele byli zadowoleni, dzieci też. Rodzice już dzwonią i pytają, kiedy będą zapisy.

W czterech szkołach ustalam już konkretny plan zajęć, które będą się odbywać po lekcjach. Dzieci - chłopcy i dziewczynki - z klas 1-3 będą przychodzić na salę gimnastyczną, gdzie będą bawić się w koszykówkę. Treningi najpierw będę prowadził ja - mam stopień instruktora, kończę właśnie studia, zamierzam zrobić kurs trenerski. Pomagają mi już jednak koledzy. W przyszłości chciałbym być koordynatorem grup, z którymi ćwiczyliby trenerzy.

Chciałbym, żeby raz w miesiącu wszyscy uczestnicy tych zajęć spotykali się w jednym miejscu na czymś w rodzaju ligi Radwan Sport. Czymś w rodzaju, bo to nie miałaby być rywalizacja, tylko przede wszystkim zabawa. Najmłodsi graliby w taką minikoszykóweczkę, ścigaliby się w rzędach, starsi mieliby już minikoszykówkę z normalnymi przepisami.

Składka za uczestnictwo wyniesie 60 zł za osiem godzin lekcyjnych w miesiącu. Rodzic musi płacić, żeby dziecko chodziło na zajęcia systematycznie, choć rodzicom, którzy chcą przysyłać na te zabawy dwójkę dzieci, daję na drugie zniżkę 50 proc. W przyszłości ta działalność ma mi przynosić dochody, ale na razie chcę wyjść na zero. Szukam sponsorów, bo chciałbym, żeby każde dziecko na pierwszych zajęciach przynajmniej trochę przypominało koszykarza, żeby dostało chociaż treningową koszulkę.

Moje szkółki będą promować znani koszykarze - już rozmawiałem z Krzyśkiem Szubargą i Wojtkiem Szawarskim, którzy zgodzili się na przyjazd do Krakowa. Na tego rodzaju patronat zgodziła się także Agnieszka Bibrzycka i moja siostra Magda. Radwan Sport to nasz wspólny projekt - mój i siostry.

Nie chcę też, żeby dzieci postrzegały mnie jako pana od wuefu, który organizuje dodatkowe zajęcia. W najbliższym sezonie będę grał w Wiśle i chcę pokazać dzieciakom, że nie tylko gadam na treningach, ale potrafię też grać. Spróbuję także przyciągać na mecze Wisły rodziców z dziećmi - kluby tego nie robią, nie ściągają na trybuny rodzin. Wyobrażam sobie, że na meczach koszykarzy lub koszykarek Wisły dzieci wchodziłyby w przerwie na parkiet, żeby pobawić się pod koszami.

Okres pomiędzy 6. a 10. rokiem życia jest dla dziecka najlepszy, żeby zainteresować go sportem. Sportem, a nie tylko koszykówką. Dzieciaki są wtedy chłonne, potrzebują jak najwięcej ruchu.

No, panie Grzegorzu - trzymam kciuki! Słoweński know-how, własne doświadczenie z boiska, poparcie reprezentantów Polski - pomysł jest znakomity, oby udało się jego wykonanie!

Jeśli Radwan Sport uruchomi swoją stronę internetową, podam linka. Na razie kilka zdjęć z pokazowego treningu w Wadowicach:

Czy wam też przypomina to Marcin Gortat Camp? Oby takich akcji było coraz więcej!

 
1 , 2 , 3