Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
niedziela, 27 lutego 2011

... i liczą na awans do play-off. Kilka tygodni temu mówiłem w "Magazynie NBA" na Sport.pl, że drużyna z Arizony nie wygląda mi na zespół na ósemkę w Konferencji Zachodniej, ale od tego czasu sytuacja na zachodzie NBA trochę się zmieniła (wielkie transfery w Denver i Utah, mniejsze w Phoenix i Memphis, do tego kontuzja Rudy'ego Gay'a w drużynie z tego ostatniego miasta).

Na przewidywanie kolejności jeszcze za wcześnie, ale chciałem tylko zauważyć potencjalnie przełomowe datę i mecz dla Suns. Wygrzebałem je z zakamarków pamięci jeszcze z pobytu w Phoenix.

Otóż przed pamiętnym (19+17) meczem z Boston Celtics w końcówce stycznia, w szatni Suns napisano na tablicy datę "26 stycznia 2010" i "porażka z Charlotte Bobcats". A potem: "Wtedy mieliśmy bilans 26-21, ale w pozostałych meczach osiągnęliśmy wynik 28-7". W play-off Suns namieszali solidnie (4-0 z San Antonio Spurs!) i zatrzymali ich dopiero Los Angeles Lakers w finale konferencji.

Cóż, nastały inne czasy i inne składy, są teraz inne cele, ale zobaczmy - 26 stycznia 2011 roku Suns też przegrali mecz z Bobcats i mieli po nim bilans 20-24. Od tego czasu wygrali 9 z 12 spotkań, co jest zrywem bardzo dobrym.

Czy zapowiada finisz równie mocny jak zeszłoroczny?

sobota, 26 lutego 2011

To miała być fajna koszykarska sobota przed komputerem i TV PLK - o 15 istotny mecz w walce o play-off, czyli Zastal Zielona Góra kontra Polonia Warszawa, a o 20 hit kolejki, jedno z najbardziej elektryzujących spotkań sezonu, czyli derby Trójmiasta Asseco Prokom Gdynia - Trefl Sopot.

Z fajnej koszykarskiej soboty wyszły jednak nici. Przyjemności z oglądania obu spotkań nie miałem żadnej. Z winy TV PLK, bo jakość obu sobotnich transmisji była rozczarowująca. Kilka miesięcy temu projekt Tauron Basket Ligi chwaliliśmy głośno, za sobotnie popisy trzeba go głośno skrytykować.

Mecz Zastalu z Polonią był kolejnym odcinkiem nieobiektywnego zielonogórskiego komentarza. Wyrażenia typu "nasza drużyna niestety nie trafiła" są na porządku dziennym w każdej transmisji spotkania beniaminka, a lidze - jak widać - to nie przeszkadza.

Powiecie, że to szczegół, że ważniejszy jest fakt, że spotkanie można obejrzeć? Być może. Ale jeśli doda się do tego słabiutką jakość obrazu, inne wpadki komentatorów i nieciekawe rozmówki w przerwie, to odbiór spotkania w TV PLK nie mógł być inny niż negatywny.

Starcie Zastalu z Polonią dało się jednak przynajmniej obejrzeć. Wieczorny hit w Gdyni momentami wyglądał za to mniej więcej tak:

Szybko rozbolały mnie oczy i ze zdenerwowaniem spisałem transmisję na straty.

Liga będzie tłumaczyć się problemami technicznymi, ale to powoli robi się nudne. Tłumaczenie można oczywiście zrozumieć, złośliwość przedmiotów martwych bywa nie do przeskoczenia, ale istnieją przecież sposoby sprawdzenia jakości transmisji w trakcie rozgrzewki, są możliwości zabezpieczenia się na wypadek problemów.

Zamiast hitu wyszedł kit i sobota z TV PLK okazała się niewypałem. Z bólem uszu i oczu z ligowej koszykówki zrezygnowałem z niesmakiem.

PS Sobota w ogóle była dla TBL pechowa - w Kołobrzegu odwołano mecz Kotwicy z AZS Koszalin ze względu na usterkę urządzeń pomiarowych. Trener gospodarzy Dariusz Szczubiał powiedział, że to pierwszy taki przypadek w jego 40-letniej karierze...


czwartek, 24 lutego 2011

"Kwiatki latają, Sokoły gniją" - mówiłem kilka miesięcy temu we vlogu "Cegłą do kamery". Po pierwsze: ekscytowałem się Michałem Kwiatkowskim z Polonii Warszawa, który jako 18-letni rozgrywający nieźle zadebiutował w Tauron Basket Lidze, a tuż przed nagraniem zdobył 13 punktów w wyjazdowym, zwycięskim meczu z Siarką Tarnobrzeg.

Po drugie: żałowałem, że rówieśnik "Kwiatka" i jego były kolega z MKS MOS Pruszków Michał Sokołowski, gnije w rozgrywkach juniorskich, podczas gdy talent ma wielki. "Sokół" w młodzieżowych meczach wielokrotnie pokazywał, że jest wszechstronny, dynamiczny, silny, zdeterminowany. Zamiast jednak wykonać krok dalej, zatrzymał się - a raczej został zatrzymany - w juniorach starszych MKS, bez szansy na rozwój w seniorach. Do tego przyplątała mu się kontuzja kolana, której leczenie zajęło kilka miesięcy.

Jak w tej chwili wygląda sytuacja obu koszykarzy? Inaczej, żeby nie powiedzieć odwrotnie. Kwiatkowski trochę wyhamował, Sokołowski się rozpędza. No bo spójrzmy:

Kwiatkowski, po rzuceniu 13 punktów Siarce, w dziewięciu kolejnych spotkaniach zdobył w sumie 11 przy fatalnej skuteczności z gry (3/20 i 15 proc.) i niewiele lepszej z wolnych (3/11, 27 proc.). Miał w tym okresie osiem asyst i osiem strat, a minut na boisku dostawał coraz mniej (m.in. dlatego, że do Polonii w dobrym stylu wrócił Kamil Łączyński).


Daleki jestem jednak od stwierdzenia, że "Kwiatek" jest w dołku i że zawodzi - w przypadku 18-letniego debiutanta są to bardzo ryzykowne określenia. O tym wszystkim mówi zresztą trener Polonii Wojciech Kamiński:

Przede wszystkim chyba nikt nie spodziewał się przed sezonem, że "Kwiatek" będzie grał przynajmniej na takim poziomie, jak w ostatnich spotkaniach, choć oczywiście to nie jest poziom, który docelowo chcemy u niego oglądać. Michał bardzo nam pomógł w Tarnobrzegu, gdzie bez niego byśmy nie wygrali, ale także w kilku innych meczach.

Na pozycji rozgrywającego oprócz umiejętności koszykarskich liczy się jednak jeszcze wiele innych rzeczy - doświadczenie, posłuch w drużynie itp. Te cechy nabiera się jednak latami i chłopców, którzy mają talent, czeka dużo nauki. Pozycje obwodowe, na których trzeba kreować grę, są dla nich wyjątkowo trudne.

To, że "Kwiatek" w niektórych momentach nie daje sobie po prostu rady, nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Z Łukaszem Koszarkiem było tak samo - przyszedł do Polonii jako gwiazda SMS, ale pierwszy sezon w ekstraklasie spędził na ławce, bo zdarzało mu się robić na boisku różne głupoty. Taki jest naturalny proces dla młodych rozgrywających, szczególnie w takiej lidze jak polska, gdzie przeważają rozgrywający zza granicy, którzy fizycznie nad naszymi małymi rozgrywającymi dominują.

Kamiński zwrócił też uwagę, że mniej minut Kwiatkowskiego w TBL oznacza więcej czasu na boisku w II lidze. A tam "Kwiatkowi" zdarza się błyszczeć. Przykład? Przepotężny: na początku lutego w zaciętym meczu z PWiK Piaseczno Kwiatkowski zdobył dla WOSSM Warszawa 34 punkty (11/15 z gry w tym 7/10 za trzy i 5/6 z wolnych) i miał tylko jedną stratę w 34 minuty. Jego zespół wygrał mecz 80:77. Niby tylko II liga, ale wrażenie robi, prawda?

Reasumując: Kwiatkowski w TBL zgodnie z planem przeżywa wzloty i upadki. Pokazał już, że możliwości ma spore, teraz uczy się tego, aby w przyszłości grać na takim poziomie regularnie. 9 marca "Kwiatek" skończy 19 lat, wszystko przed nim.

Sokołowski jest natomiast on the rise. Janusz Wierzbowski, obecny prezes MKS Pruszków, po obejrzeniu mojego grudniowego vloga zadzwonił do mnie i poinformował, że "Sokół" leczy kontuzję, ale jak będzie zdolny do gry, to na pewno w tym roku zagra w seniorach. I stało się tak, jak Wierzbowski zapowiedział - 15 stycznia koszykarz zadebiutował w Zniczu Basket Pruszków w I lidze.

W ciągu kilku tygodni Sokołowski rozegrał w walczącym o play-off Zniczu osiem spotkań - bywały lepsze, bywały gorsze, ostatnio trafiło się najlepsze: przeciwko słabemu GKS Tychy "Sokół" z 18 punktami był najlepszym strzelcem zwycięskiej drużyny. Miał 6/7 z gry i 6/8 z wolnych, a także pięć zbiórek, asystę i dwie straty w 22 minuty na pozycji skrzydłowego.


Meczu z Tychami nie oglądałem, ale naoczni świadkowie mówią o występie "Sokoła" tak: walczył, nie odstawał fizycznie, był spragniony gry, prawie w każdej akcji chciał piłki - nieźle, jak na gościa, który niedawno wrócił po kontuzji kolana. Wrażenie obserwatorów - w przyszłym sezonie Sokołowski mógłby grać w TBL.

Jak ocenia "Sokoła" trener Michał Spychała, który od niedawna - z powodzeniem! - prowadzi Znicza?

Największy atut „Sokoła” to niewątpliwie motoryka. Skoczność, dynamika, ale także waleczność. W meczu z Tychami bardzo ładnie rywalizował z Jackiem Jareckim, który obijał się trochę już w ekstraklasie, grał w młodzieżowych reprezentacjach. Obrońcą wybitnym Michał nie jest, nie powierzałbym mu ścisłego krycia obwodowych, ale w defensywie gra dobrze. Ze swoich zadań wywiązuje się solidnie.

Największy ból związany z jego osobą jest taki, że to jego pierwszy sezon w seniorach i to widać w grze. „Sokół” o rok za późno trafił do I ligi, poprzedni rok niestety stracił. Teraz byłby graczem stabilnym i mógłby już myśleć o kolejnym kroku, o pójściu wyżej.

W Zniczu nie mam w składzie innego niskiego skrzydłowego, więc szansę na rozwój Michał ma przeolbrzymią. Jaka jest jego pozycja docelowa w seniorach? Uważam, że na chwilę obecną dysponuje jeszcze zbyt słabym rzutem i techniką, żeby grać jako rzucający. Poza tym na tej pozycji musiałby pomagać także przy rozgrywaniu, a na tym poziomie „Sokół” nie jest jeszcze w stanie tego robić. Ale to na dwójce jest jego przyszłość.

Czy coś mnie zaskoczyło? Znam go już tyle... Wiem, że pójdzie mocno na atakowaną deskę, wiem, że zbierze w obronie. Świetną dynamikę wykorzysta w wejściach pod kosz i będzie w stanie zrobić trudne punkty, nawet po niekonwencjonalnym manewrze. Jeśli zacznie grać równo, to spodziewam się, że po 10-12 punktów w I lidze może w tej chwili zdobywać.

Znam Michała z kadry, wiem, czego można się po nim spodziewać. Z jego pracy na treningach jestem zadowolony, robi to, co trzeba i jak trzeba. Ćwiczy solidnie, jak cały zespół. Na swoim pierwszym treningu w Zniczu zaznaczyłem jednak przy całym zespole i działaczach, że nie chciałbym, aby było tak, że przyszedł Spychała i zdemolował największą nadzieję klubu. Powiedziałem, że chcę wiedzieć, co z jego kolanem. Michał mówi, że jest w porządku, ale niestety nie doczekałem się potwierdzających to badań lekarskich.

Opieka lekarska „Sokoła” jest wielką niewiadomą. Uraz kolana zdiagnozowano mu w kwietniu i już biorąc go na mistrzostwa Europy do lat 18 na Litwę, robiliśmy to trochę na siłę, ale był nam bardzo potrzebny. Oszczędzaliśmy go jednak i Michał raczej się wzmacniał niż ćwiczył z pełnym obciążeniem.. W Pruszkowie leczyć się zaczął chyba dopiero w październiku. W tej chwili, oprócz stwierdzenia Michała, nie mam żadnych dokumentów lekarskich. „Sokół” się nie skarży, ale kiedy mogę, staram się go luzować.

Można o nim mówić, że jest jednym z największych talentów z rocznika ’92 w Polsce, który z drugiej strony jakoś wyjątkowo nie obrodził. Najbardziej perspektywicznym koszykarzem z tej grupy wydawał się Kacper Młynarski, ale jego problemy z kontuzjami, w klubach itp., trochę wybiły go z rytmu. Bardzo dużo potrafią Michał Kwiatkowski i Bartosz Bartoszewicz - ten drugi też jednak zaczął grać w lidze trochę za późno, a ostatnio złapał jeszcze kontuzję kolana. Uważam, że w tej chwili w najbardziej komfortowej sytuacji jest Sokołowski. Jeszcze sezon powinien pograć w I lidze, potem może próbować iść wyżej. Hurraoptymizm bym odradzał, rozwijać trzeba się krok po kroku.

Tyle - wyczerpująco - trener Spychała. Cóż można dodać? Wypada tylko ściskać kciuki za "Kwiatka" i "Sokoła". Niech jeden kwitnie, a drugi szybuje.

Kilka dni po tym, jak władcy Bahrajnu poinformowali, że tegoroczne Grand Prix w ich kraju nie zainauguruje sezonu w marcu i niewiele dłużej po tym, jak samorządowcy Melbourne przyznali, że organizacja wyścigu Formuły 1 przynosi straty w wysokości 50 mln dolarów rocznie, agencja AFP poinformowała o kłopotach kolejnego organizatora Grand Prix na półkuli wschodniej.

Malaysia's Sepang Formula One event is losing traction, according to the circuit's boss who admitted the shaby stadium and tropical temperatures have caused ticket sales to plunge.


To kolejny sygnał, że formuła Formuły 1 w krajach, które nie mają ani wyścigowych tradycji, ani swoich przedstawicieli w elicie sportów motorowych, wyczerpuje się dość szybko.

Ceny biletów na kwietniowe Grand Prix Malezji są najniższe w tegorocznym kalendarzu (najtańsze wejściówki kosztują tylko 19 dolarów), ale i tak nie ma na nie wielu chętnych. Razlan Razali, dyrektor toru Sepang, podał AFP frekwencje z ostatnich wyścigów - 140 tys. w 2006 roku, 126 tys. w 2009, 97 tys. w 2010. Tendencja spadkowa jest widoczna, a liczby są rozczarowująco niskie, bo - uwaga! - obejmują łączną frekwencję z trzech dni weekendu. Pojemność trybun na torze Sepang to 123 tys.

Na dodatek obiekt wymaga już renowacji, bo okazało się wymyślny dach nad trybunami zaprojektowany na wzór hibiskusa, narodowego kwiatu Malezji, jest niepraktyczny w starciu z ulewami, które często są elementem Grand Prix. Krótko mówiąc - przecieka. Kibice nie chcą moknąć, więc oglądają Formułę 1 w telewizji.

Koszt remontu szacowany jest na 59 mln dolarów, których - szczególnie wobec niskiej frekwencji - organizatorzy Grand Prix nie mają. Malezyjski rząd na razie nie odpowiedział na ich prośby o dofinansowanie.

Innym problemem jest różnica czasu z Europą - azjatyckie wyścigi są w pułapce, bo dla europejskich widzów odbywają się za wcześnie, a próby przesunięć ich na popołudnie czasu lokalnego grożą zmierzchem w czasie jazdy, czego niebezpieczeństwo obserwowaliśmy w ostatnich latach choćby w Malezji.

Wyjściem są oczywiście wyścigi nocne (Singapur) lub rozgrywane przy sztucznym świetle (Abu Zabi). Ale to właśnie te imprezy w blasku światła i przepychu są dużym zagrożeniem dla zwykłych wyścigów w Bahrajnie i Malezji. Najnowsze azjatyckie wyścigi odbierają publiczność tym starszym.

Dlatego Razali mówi wprost, że zanim Sepang zastanowi się nad przedłużeniem kontraktu na organizację Grand Prix po 2015 roku, powinna zorganizować wyścig nocny, by znów nakręcić koniunkturę na Formułę 1. Nie wiadomo jednak, co myśli na ten temat Bernie Ecclestone, któremu zdarzyło się już powiedzieć o wyścigu w Malezji, że na torze i w okolicach jest brudno i nieświeżo.

Nikt na razie nie pisze o sytuacji Grand Prix Turcji, ale wyścig pod Stambułem też nie wzbudza zainteresowania miejscowych. Na trybunach widać pustki i gdyby nie fani z zagranicy, istniałoby ryzyko kompromitacji, jeśli chodzi o frekwencję. Dopóki organizatorzy płacą za wyścigi grube miliony, Ecclestone jest zadowolony, ale chętnych do goszczenia Formuły 1 nie brakuje, a cierpliwość jego wysokości potrafi kończyć się szybko.

Reasumując: kto wie, czy przypadkiem nie będziemy obserwować w tym sezonie zmierzchu kilku wyścigów (Bahrajn, Australia, Malezja, Turcja). Karuzela będzie kręcić się jednak dalej, bo w najbliższej przyszłości pojawią się Grand Prix w nowych miejscach (Korea Płd., Indie, USA, Rosja).

środa, 23 lutego 2011

Niestety, wybór trenera dla męskiej kadry został zahamowany przez problemy związane z EuroBasketem. Znalezienie selekcjonera to dla nas kwestia priorytetowa, ale ten proces został odsunięty trochę na bok. Koncentrujemy się na mistrzostwach kobiet, bo trzeba ten turniej jakoś ratować.

W tej chwili numerem jeden jest więc dla na EuroBasket, którego przygotowania staramy się wyprostować tak, żeby ta impreza odbyła się w Polsce. Jest to zadanie, którego trzy tygodnie temu nie przewidywaliśmy.

Tyle udało mi się wyciągnąć z prezesa PZKosz Grzegorza Bachańskiego, którego zapytałem o wtorkowe posiedzenie zarządu związku. Było to drugie spotkanie tego grona od czasu styczniowych wyborów w związku.

Z nieoficjalnych rozmów z członkami zarządu i nie tylko wynika, że sytuacja jest bardzo trudna. Pomimo tego, że został ponoć opracowany ramowy projekt promocji ME kobiet, to turniej najprawdopodobniej będzie imprezą deficytową i związek musi przygotować się na dopłatę.

Z czego jednak dopłacać, skoro po rządach Romana Ludwiczuka w kasie związku zostało mniej niż zero złotych? Budżetu na rok 2011 nie ma, umów ze sponsorami - tym bardziej. Bachańskiego czekają żebry w Prokomie.

Jak stwierdził jeden z moich rozmówców:

Związek jest musi teraz bronić kilku podbramkowych sytuacji równocześnie. Wiele rzeczy powinno być zrobionych na przedwczoraj, tymczasem nie ma nic. Z szafy wyleciało za to kilka trupów.

We wtorek pochłonięty ME kobiet zarząd w ogóle nie poruszył tematu wyboru selekcjonera, więc obowiązują ustalenia z pierwszego posiedzenia - za sprawy szkoleniowe, czyli m.in. wybór trenera teoretycznie odpowiada członek zarządu Zdzisław Kassyk, ale w praktyce rozeznanie w tej sprawie prowadzi Walter Jeklin, czyli najpoważniejszy kandydat na dyrektora sportowego kadry.

Nieoficjalne rozmowy z kandydatami są jednak trudne, bo Jeklin czeka na informacje od Bachańskiego w sprawie budżetu. I w pewnym sensie koło się zamyka...

Z kim rozmawia Jeklin? Tego nie udało mi się dowiedzieć, ale z drugiej strony nie wyczułem wśród rozmówców przekonania, że najpoważniejszym kandydatem jest Tomas Pacesas. Asseco Prokom Gdynia jest najlepszym zespołem w Polsce, firma Prokom kilkakrotnie ratowała w ostatnich latach związek, ale wniosek, że Litwin obejmie kadrę wcale nie jest oczywisty. Bo właściwie dlaczego  Prokomowi miałoby zależeć na promowaniu Pacesasa do kadry, skoro na pewno ucierpi na tym klub? Prokom, po nieudanym sezonie w Eurolidze, będzie musiał się w przyszłym sezonie odbić od dna w elicie, a ewentualna praca Pacesasa z kadrą raczej gdynianom nie pomoże.

Pacesas jako kandydat pożądany ze względu na jakość pracy w klubie? W ten sposób nikt tego nie ujął...

Inne nazwiska, które powtarzają się w rozmowach z osobami z kręgu nowego zarządu, to Jasmin Repesa, Sebastian Machowski, Zoran Sretenović... Ale sam zastanawiam się, czy jest sens je wymieniać, bo to jednak bardziej luźne pomysły, a nawet strzały na ślepo niż konkretne kierunki akceptowane przez zarząd. Zresztą, jak napisałem wyżej, najważniejszy w procesie wyboru trenera ma być Jeklin, a ten w pierwszej kolejności - przy założeniu, że związek będzie miał pieniądze - chce ponoć szukać kandydata wśród tych, którzy mają doświadczenie w pracy z kadrą.

Z drugiej strony nie brak też opinii, że jak pieniędzy nie będzie, to trzeba przygotować się na wariat tani, czyli polskiego trenera z polskiej ligi.

Dopóki jednak związek nie opracuje budżetu na 2011 rok, konkretów w sprawie nominacji nie będzie.

Mój redakcyjny kolega Szczepan Radzki napisał do wrocławskiego wydania "Gazety Wyborczej" artykuł o marketingowym pomyśle Lowella Hussey'a, amerykańskiego biznesmena i właściciela dwóch drużyn futbolowych - The Crew Wrocław i The Owls Bielawa. Pomysł - w największym skrócie - polega na tym, że jak The Crew nie zdobędą w tym roku mistrzostwa Polski, to kibice dostaną zwrot pieniędzy za karnety.

Pomysł jest ciekawy, tak samo jak tekst Hussey'a, który Szczepan zamieścił na swoim blogu. Główna teza: w 2020 roku futbol amerykański będzie w Polsce bardziej popularny niż piłka nożna.

Ja jestem oczywiście sceptyczny i nie wierzę w taki rozwój futbolu amerykańskiego w Polsce. Ba, nie wierzę, że przeskoczy choćby koszykówkę w ligowym wydaniu, która jaka jest każdy (nie)widzi. Entuzjastycznie podchodzący do życia Amerykanie lub ludzie przedsiębiorczy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych, zarzucą mi brak wiary i powiedzą, że bez tego niczego nie da się zrobić.

Cóż, pewnie będą mieli trochę racji, bo jestem gościem, któremu kiedyś nie udało się z kolegami założyć osiedlowej ligi koszykówki. Chociaż było blisko - wspólnymi siłami nastolatków postawiliśmy niedaleko bloku kosz, wymyśliliśmy system rozgrywek, wybraliśmy kapitanów drużyn, przeprowadziliśmy dwie rundy draftu i mieliśmy osiem trójek gotowych do gry w lidze. Zatrzymała nas jednak brutalna rzeczywistość - dorośli uznali, że osiedlowy priorytet to garaże i nasza liga legła w gruzach.

Ale na poważnie i do rzeczy: polska sportowa rzeczywistość nie sprzyja - moim zdaniem - dyscyplinom obcym, do których zaliczyłbym te, których nie uprawia się w szkole. A w co grają dzieciaki? W piłkę nożną, w siatkówkę, w koszykówkę, w piłkę ręczną. Uprawiają lekkoatletykę, jeżdżą na łyżwach, na rowerach. Po lekcjach chodzą na lekcje tenisa, na tor kartingowy, na pływalnię. W większości tych sportów można rywalizować na boiskach osiedlowych, bez specjalnego sprzętu.

Idąc dalej zaryzykowałbym twierdzenie, że Polacy nie przepadają za sportem wyczynowym samym w sobie, choć są dyscypliny, które interesują nas bardzo - to te, w których Polacy lub polskie drużyny odnoszą sukcesy. Skoki narciarskie, siatkówka, Formuła 1, ostatnio piłka ręczna... Kto wiedział jak znakomitym sportowcem jest Bogdan Wenta, zanim nie stał się trenerem i reprezentacji Polski nie zmienił w drużynę, z której możemy być dumni?

Hussey swoją mocną tezę argumentuje badaniami, które przeprowadził w Bielawie - 30-tysięcznym mieście na Dolnym Śląsku. Zerknąłem na sportowy dorobek miasta, ale - proszę wybaczyć - Bielawa wciąż kojarzy mi się tylko i wyłącznie z koszykarzem Robertem Skibniewskim, obecnym rozgrywającym Polpharmy Starogard.

Z badań - w skrócie - wynika, że mieszkańcy Bielawy świetnie rozpoznają nazwę The Owls, że większość z nich obejrzała w 2010 roku mecz futbolu amerykańskiego niż piłki nożnej, że trzech z 10 bielawianów wierzy w tezę Hussey'a, a jeśli przepyta się mieszkańców do lat 18 - aż sześciu z 10.

Sprawdziłem z ciekawości poziom, na którym grają piłkarze Bielawianki - otóż zajmują obecnie pozycję lidera grupy dolnośląskiej IV ligi, czyli grają na piątym poziomie rozgrywkowym w kraju. To o jeden niżej niż MKS Kutno, który jest obecnie wiceliderem grupy łódzko-mazowieckiej III ligi.

Dlaczego przywołuję Kutno? Bo to 46-tysięczne miasto w środku Polski jest stolicą krajowego baseballa, a kilkanaście, kilka lat temu przeżywało boom na punkcie tej dyscypliny. Mecze Stali - etatowego mistrza kraju - oglądało tam, we wspaniałym Centrum Małej Ligi zbudowanym za kilkanaście milionów dolarów, nawet po dwa tysiące osób. Obecnie - po 200. Baseball jest fajny, ale w Polsce to sport niszowy i to się nie zmieni.

Na sportowej pustyni i w relatywnie małej społeczności budować, przyciągać, zachęcać, promować i odnosić sukcesy jest łatwiej niż w dużym mieście i pewnie dlatego Hussey nie robił badań we Wrocławiu. Na dodatek - jak mówi guru sportowego sponsoringu Toby Hester z Castrola - sporty nowe, nieznane, zaczynają nieźle wzbudzając zaciekawienie, ale potem brakuje im podstaw:

Przeniosłem się do brytyjskiej ligi futbolu amerykańskiego, która wówczas cieszyła się sporą popularnością - mieliśmy 500 drużyn, raz do roku przyjeżdżały do nas zespoły NFL na mecze pokazowe. Ale po kilku latach brytyjska liga się rozwiązała, teraz mamy może 100 klubów. NFL wciąż przyjeżdża, ale nie budzi już takiego zainteresowania. Dlaczego? Bo Brytyjczycy nie mają już potrzeby oglądania futbolu amerykańskiego. W latach 80. ta dyscyplina budziła duże zaciekawienie, bo była czymś nowym, wyjątkowym - jak cyrk, który raz na jakiś czas przyjeżdża do miasta. To nie było zainteresowanie, które opierało się na wewnętrznej potrzebie konsumenta do oglądania futbolu amerykańskiego. Brakowało podstawy, naturalnego zainteresowania sportem.

I tu wracamy do kwestii sportu w szkole. Wyobrażacie sobie dzieci grających w futbol amerykański na wuefie? No właśnie. Bariera sprzętu, infrastruktury, nauczycieli, trenerów itd. wydaje się nie do pokonania.

Światowe sukcesy Polaków w futbolu amerykańskim? Sebastian Janikowski? I kropka.

A teraz to, co być może powinienem napisać na początku - Hussey to biznesmen, człowiek z głową na karku, który dobrze wie, że przebicie popularnością piłki nożnej (a także siatkówki, piłki ręcznej, koszykówki itd...) przez futbol amerykański w Polsce jest niemożliwe nawet w 2120 roku. Ale wie także, co robi - stawia śmiałe tezy, nagłaśnia swoje projekty, futbolistów ściągniętych z USA wypycha do filmów (przeczytajcie do końca tekst Szczepana), buduje marketing. Bielawa się bawi, Wrocław rywalizuje, a mieszkańcy miast zastanawiają się czy przypadkiem nie warto pójść na mecz futbolu amerykańskiego.

I brawo, o to chodzi! Będę tym działaniom kibicował, będę trzymał kciuki za całą PLFA, sam chętnie wybiorę się kiedyś na jej mecz.

I tylko czasem zrobi mi się smutno, kiedy pomyślę o koszykarskiej Tauron Basket Lidze, która do takich ludzi jak Lowell Hussey szczęścia nie ma.

wtorek, 22 lutego 2011

Jak dobrze, że to już koniec...

Carmelo Anthony przechodzi do New York Knicks. W wymianie, w której kluby zmieniło w sumie 12 koszykarzy, poza Denver Nuggets udział wzięli także Minnesota Timberwolves.

Na szybko i bez odkrywania Ameryki: uważam, że był to jedyny logiczny ruch ze strony Knicks - zrobić wszystko, aby pozyskać Anthony'ego. Nawet kosztem oddania czterech koszykarzy z pierwszej piątki. Nowy wyjściowy skład (Chauncey Billups, Landry Fields, Carmelo Anthony, Amare Stoudemire, Ronny Turiaf) jest lepszy i bardziej doświadczony niż poprzedni. Dodatki - Anthony Carter, Shelden Williams, nowojorczyk Renaldo Balkman, a także Corey Brewer - nadają się do zagospodarowania i pomagania z ławki rezerwowych.

Knicks powinni być mocniejsi, ale do supermocnej czołówki Konferencji Wschodniej trudno będzie im przebić się już w tym sezonie. No bo czy zespół Mike'a D'Antoniego jest w stanie pokonać w play-off Boston Celtics, Miami Heat, Orlando Magic czy Chicago Bulls? To ustabilizowane drużyny, a ta z Nowego Jorku dopiero powstaje. A do play-off zostały już tylko dwa miesiące.

Wokół duetu Anthony - Stoudemire w najbliższych latach Knicks mogą zbudować coś naprawdę fajnego.

niedziela, 20 lutego 2011

Ta próba nie wyszła...


... ale to JaVale McGee zachwycił mnie w konkursie wsadów bardziej niż Blake Griffin.

A dla Was kto był zwycięzcą?


sobota, 19 lutego 2011

... or someone else cool that I know we can get.

Nike, Robert Rodriguez, Kobe Bryant i przyjaciele przedstawiają:


czwartek, 17 lutego 2011

Los Angeles Lakers przegrali trzy mecze z rzędu (w środę z Cleveland Cavaliers, których miesiąc wcześniej rozgromili 112:57), a Kobe Bryant ostatnio chorował i w tych trzech spotkaniach trafił ledwie 24 z 62 rzutów i miał więcej strat (14) niż asyst (9).

W najbliższych dniach o Bryancie, przepraszam - Black Mambie, i tak będzie jednak głośno:

Black Mamba, the boss wants your shoes.

Kilkuminutowy filmik, w którym obok Bryanta wystąpili m.in. Bruce Willis i Danny Trejo, to oczywiście najnowsza reklama Nike. Premiera całego dzieła będzie miała miejsce podczas Weekendu Gwiazd w Los Angeles, który rozpoczyna się w piątek.

Pełną wersję będzie można obejrzeć w sobotę także na tym blogu.