Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS
środa, 16 lutego 2011

Odbarwione, pokruszone, krzywe i zarośnięte. Ale ciekawe, bo na wyciągnięcie ręki.

WYBIÓRCZY PRZEGLĄD OSTATNICH KOLEJEK

Ze względu na wyjazd do Phoenix opuściłem dwie kolejki Tauron Basket Ligi - 15. i 16. Nadrabiam zaległości z pomocą Piotra Gładczaka z blogu Enbijejowo. Nie wszystkie uwagi Piotrka wykorzystałem, ale i tak bardzo mu dziękuję za pomoc.

NAGRODY I WYRÓŻNIENIA

MVP 15. kolejki: Harding Nana (Polonia) - to wybór Piotrka, z którym nie sposób się nie zgodzić. Kameruńczyk, niedawny MVP Meczu Gwiazd PLK w Kaliszu, przeciwko AZS zdobył 31 punktów (10/16 z gry, w tym 4/6 za trzy), miał 14 zbiórek i ani jednej straty. "Czarne Koszule" wygrały ważny mecz 89:82.

Pierwsza piątka: Marcin Nowakowski (Polonia), Winsome Frazier (AZS), Konrad Wysocki (Turów), Harding Nana (Polonia), Paul Miller (Anwil).

To też wybór Piotrka. Szukałem rzucającego za Fraziera, ale dobrych kandydatów nie było. W piątce brakuje Chrisa Burgessa z Zastalu, ale Miller rozegrał świetny mecz przeciwko Darrelllowi Harrisowi z Kotwicy.

MVP 16. kolejki: Slavisa Bogavac (AZS) - skrzydłowy z Koszalina aż 17 ze swoich 26 punktów w spotkaniu z Turowem zdobył w czwartej kwarcie, która przesądziła o wygranej AZS i pierwszej tegorocznej porażce drużyny ze Zgorzelca. Bogavac miał 6/8 z gry i 13/13 z wolnych, do 26 punktów dodał osiem zbiórek.

Pierwsza piątka: Jerel Blassingame (Czarni), Ted Scott (Kotwica), Slavisa Bogavac (AZS), Brian Gilmore (Polpharma), Darrell Harris (Kotwica).

Klasyfikacja MVP: 3 - Ted Scott. 2 - Harding Nana. 1 - Zbigniew Białek, Cameron Bennerman, Slavisa Bogavac, Marko Brkić, Chris Burgess, Kamil Chanas, Filip Dylewicz, Tony Easley, J.R. Giddens, Paweł Kikowski, George Reese.

Klasyfikacja piątkowa: 7 - Ted Scott. 5 - Chris Burgess. 4 - Konrad Wysocki. 3 - Cameron Bennerman, Jerel Blassingame, Filip Dylewicz. 2 - Zbigniew Białek,  Mantas Cesnauskis, Tony Easley, Winsome Frazier, Walter Hodge, Paweł Kikowski, Ivan Koljević, Stanley Pringle, George Reese, Marcin Stefański, Deonta Vaughn, Filip Widenow. 1 - Slavisa Bogavac, Kamil Chanas, Daniel Ewing, J.R. Giddens, Brian Gilmore, Darrell Harris, Michael Hicks, Darnell Hinson, Tomasz Kęsicki, Paweł Leończyk, Paul Miller, Marcin Nowakowski, Krzysztof Roszyk, Chris Thomas, Torey Thomas, Vladimir Tica, Louis Truscott, Daniel Wall.

MVP RACE

1. George Reese (AZS) -

2. Chris Burgess (Zastal) +1

3. Daniel Ewing (Prokom) -1

4. Jerel Blassingame (Czarni) +3

5. Filip Dylewicz (Trefl) -

6. Mantas Cesnauskis (Czarni) -2

7. Darnell Hinson (Polonia) -1

8. Ted Scott (Kotwica) +2

9. Walter Hodge (Zastal) -1

10. Harding Nana (Polonia) +1

Gdzieś za nimi (alfabetycznie): Cameron Bennerman (Czarni), Slavisa Bogavac (AZS), Darrell Harris (Kotwica), Michael Hicks (Polpharma), Nikola Jovanović (Anwil), Marcin Stefański (Trefl), Torey Thomas (Turów), Ratko Varda (Prokom), Filip Widenow (Prokom), Konrad Wysocki (Turów).

TRAFIAJ ANDRZEJ, TRAFIAJ!

22 punkty (14 i osiem) zdobył Andrzej Pluta w meczach z Kotwicą i Polpharmą. Rzucający w Anwilu miał w nich 6/18 z gry i 7/9 z linii. W ekstraklasie ma już 8412 punktów.

SERIA HINSONA

Darnell Hinson z Polonii podtrzymał swoją serię i wciąż zdobywa przynajmniej 10 punktów w każdym spotkaniu tego sezonu. Chociaż... Z AZS Koszalin Amerykanin był bliski przerwania dobrej passy - zdobył tylko 10 punktów, co jest jego najgorszym osiągnięciem w tym sezonie.

Dobra, that's all folks! Ciężko podsumowuje się mecze, których się nie oglądało, a na dodatek, kiedy podsumowuje się je z dużym opóźnieniem. "W poszukiwaniu triple-double" pojawi się w osobnej notce - ale nie wiem kiedy...

wtorek, 15 lutego 2011

Krótkie pytanie do czytelników i odbiorców mediów w ogóle: jak reagujecie na to, że dziennikarze - mówiąc o największych sportowcach - używają czasem ich imion, a nie nazwisk? Justyna zamiast Kowalczyk, Robert zamiast Kubica, Agnieszka zamiast Radwańska, Adam zamiast Małysz itd. Podaję przykłady polskie, ale w USA LeBron James to często LeBron, w Hiszpanii Rafael Nadal to Rafa, a w Wielkiej Brytanii Lewis Hamilton to Lewis.

Podoba się wam to czy przeszkadza? Uważacie to za profesjonalne czy odwrotnie?

A może zupełnie naturalne i nie zwracacie na to uwagi?

Pytam, bo ja akurat mówienia o sportowcach przy użyciu ich imion staram się unikać (choć pewnie zdarzyło mi się powiedzieć "Marcin" w wypowiedzi o Marcinie Gortacie czy "Robert", kiedy zabierałem głos w sprawie Roberta Kubicy). Uwiera mnie takie emocjonalne bratanie się ze sportowcami, nawet jeśli oni - tak jak Małysz, Kowalczyk czy Kubica - z racji swojego kunsztu są kimś więcej niż skoczkiem, narciarką, kierowcą. Są często bohaterami narodowymi.

Nie lubię też spisywać wywiadów w formie "ja - ty" i staram się zachowywać formę "pan", nawet jeśli rozmowa ze sportowcem jest jej pozbawiona.

To jednak tylko mój punkt widzenia, koledzy po fachu mają często inne spojrzenie na tą kwestię, które szanuję.

Ale interesuje mnie zdanie czytelników i stąd moje pytanie.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Na początku XXI wieku Robert Skibniewski i Marcin Gortat spotkali się na mistrzostwach Polski juniorów w Stargardzie Szczecińskim. Pierwszy był już młodzieżową gwiazdą, mało tego, po debiucie w PLK i Eurolidze dawał nadzieję na to, że błyszczał będzie nie tylko w juniorach, ale i seniorach.

Drugi był łamagą, która dopiero uczy się grać w koszykówkę. Szybko okazało się, że polskie kluby w niego nie wierzą, nie chcą go uczyć, wolą wymagać tu i teraz. Gortat wyjechał do Niemiec, terminował u Serbów, a gdzie trafił - wszyscy wiemy.

W sobotę Skibniewski i Gortat spotkali się - zaocznie - w Gdyni, gdzie pierwszy błyszczał, a drugi patrzył z drugiego rzędu:

Skibniewski został MVP turnieju Final Four o Puchar Polski, w którym jego Polpharma pokonała Asseco Prokom Gdynia i Anwil Włocławek. Zespół trenera Zorana Sretenovicia jest w wielkiej formie.

A Skibniewski błyszczy. W ostatnich latach rozgrywający z Bielawy schował się gdzieś w cieniu Łukasza Koszarka i Krzysztofa Szubargi, można było mieć obawy, że rozpłynął się w przeciętności. A jednak nie! Grą w Starogardzie "Skiba" pokazuje, że potrafi prowadzić zespół z ambicjami. I warto posłuchać jego historii, w której zakręty nie zawsze pojawiają się z oczywistych przyczyn.

Warto słuchać też Gortata, który wciąż imponuje uporem, pracowitością, pewnością siebie, ale i pokorą, którą można wyczuć między wierszami. O niesamowitym hammertime, o genezie uwielbienia pracy, o kulisach transferu i pikendrolach rozmawiałem z Gortatem jeszcze w Phoenix. Polecam!

PS Pamiętam o zaległych "Murowaniach" - możecie nie dowierzać, ale proces twórczy się rozpoczął...

środa, 09 lutego 2011

Okres przejściowy wciąż trwa, po powrocie z Phoenix czekam na impuls, który doprowadzi mnie do zaległego podsumowania dwóch ostatnich kolejek Tauron Basket Ligi. Ale na razie pogadanka o Marcinie Gortacie, o Phoenix Suns, o NBA w studio Sport.pl:

Gortat w życiowej formie. Takiego okresu w karierze jeszcze nie miał
" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" playvideo="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" pausevideo="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" setjsparams="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpload="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fppause="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpplay="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpresume="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpend="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }">
piątek, 04 lutego 2011

I bądź tu mądry...

W okolicach Flagstaff po tym historycznym szlaku zostało - paradoksalnie - zbyt wiele. Nie miałem okazji przejechać się słynną route 66. To duże rozczarowanie.

Wycieczka do północnej Arizony była jednak udana:

Nie, ostatnie zdjęcie to nie Minnesota. To Arizona. Północna.

Historia dnia: wyjeżdżam znad Grand Canyon. Droga w granicach parku narodowego prosta i pusta, w radio "Roxanne" The Police. Ograniczenie do 35 mil na godzinę. Jadę szybko, za szybko. Zwalniam, za późno. Za mną biały pick-up z kolorowymi światłami na dachu. Zatrzymuję się, wyłączam radio.

The Police, nie ma żartów. Otwieram szybę i słyszę, że jechałem z prędkością 59 m/h. Przyznaję się od razu (dziwiąc się, bo moim zdaniem było więcej), daję dokumenty. I zaczynam się martwić.

Władza jest jednak wielkoduszna. Dostałem upomnienie.

O'er the land of the free and the home of the brave!

środa, 02 lutego 2011

W sobotę wybrałem się na kampus Arizona State University, aby obejrzeć mecz dywizji Pac-10 pomiędzy ASU Sun Devils i UCLA Bruins. Zainteresowanych sportową stroną pojedynku odsyłam do relacji z "Arizona Republic" oraz do statystyk, bo nie ukrywam, że na NCAA znam się słabo, a spotkanie interesowało mnie mniej niż jego otoczka.

Najpierw obejrzałem kampus, który zajmuje sporą część miasta Tempe, położonego na południowy-wschód od Phoenix. To w zasadzie miasto przyklejone do Phoenix, zdecydowanie bardziej niż np. Pruszków do Warszawy.

Spójrzmy:


Akademiki, budynki poszczególnych wydziałów, główna alejka, biblioteka... Jedna z bibliotek, ta podziemna. Zrobiłem widok z góry, tam, gdzie dwie osoby siedzą na trawie. A właściwie, to na dachu.

Idziemy w stronę obiektów sportowych, a na górze w Tempe widać żółtą literę A - znak rozpoznawczy ASU. Kaktusy ćwierkają, że łatwiej do niej dość w nocy lub nad ranem po mokrej imprezie niż na wydziałowy dyżur, aby ją wyczyścić.

Na przedostatnim zdjęciu widać jak kibice-studenci przygotowują się do meczu. Robią plakaty, malują sobie twarze, a nawet całe ciała. Numery, nazwiska, hasła - wszystko dozwolone. Niektórzy robią sobie też jaja, czego dowodem jest ostatnie zdjęcie - gość po prawej wyglądał na bardzo zdenerwowanego pytając przechodniów o to, jak pisze się nazwisko Ty'a Abbotta, czołowego koszykarza Sun Devils. Potem prosił, żeby mu powiedzieć, jak ma napisane na plecach. Wszystko było w porządku, ale wyglądał na przejętego, że został wrobiony.

Bilet na mecz kosztuje 10$ dla studenta, 20$ dla osoby, którą ten student wprowadza i nie-wiem-ile dla pozostałych chętnych. Po wejściu dostaje się żółty ręczniczek do machania, można wziąć sobie plakat, obejrzeć historyczną wystawę zdjęć ważnych sportowych postaci ASU. A potem wchodzi się na trybuny:

Na trzecim zdjęciu James Harden, który przed Oklahoma City Thunder grał właśnie w ASU.

Zjawiskiem samym w sobie jest orkiestra, która w trakcie meczu wygrywa superkawałki - np. "Highway to Hell" AC/DC, albo tematy z "Pulp Fiction". Wbrew pozorom nie jest ani za głośna, ani zbyt natrętna. Bardzo pasuje do klimatu uniwersyteckiej rywalizacji.


Bardzo fajne były też cheerleaderki:

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie prezentacja, a w zasadzie jej kibicowski element. W student's section, w której siedziałem... to jest stałem (siada się tylko podczas przerw), na każdym z siedzeń rozłożona była gazeta. Z przyzwyczajenia ją przejrzałem, ale to były jakieś mało ciekawe strony ekonomiczne. Wzruszyłem ramionami, rzuciłem pod siedzenie.

Okazało się, że to bardzo potrzebny atrybut. Otóż podczas prezentacji drużyny gości kibice ze student's section wzięli gazety, odwrócili się plecami do boiska i zaczęli je czytać na głos. Po zakończeniu prezentacji, zgnietli je i rzucili w kierunku boiska. Byłem tak zaskoczony, że nie zrobiłem zdjęcia.

Fajny jest też zwyczaj, że podczas rzutów wolnych dla ASU kibice robią z palców widły, atrybut Sparky'ego, czyli diabła-maskotki Sun Devils:

Wklejam tylko trzy fotki z meczu, który zapowiadał się na przenudny, a skończył się wielkimi emocjami. Długa pogoń ASU dała im dogrywkę, w której znów było blisko remisu, ale jednej z ostatnich akcji koszykarz gospodarzy (nie pamiętam który) popełnił błąd zbijając piłkę z obręczy w... ataku. Wyszedł na podwójnego kretyna, bo piłka i tak wpadłaby do kosza.

Zdjęcie nr 2 wklejam ze specjalną dedykacją dla pana Pawła Zięby, spikera Polonii Warszawa. Zdjęcie nr 3 to z kolei mesydż to fanów NBA - w przerwie meczu spytałem fachowców, ilu kandydatów do NBA oglądam i wymienili tylko Joshuę Smitha, który mi osobiście bardzo przypominał w sobotę Olivera Millera.

PS Przeskok do NCAA był dla mnie bardzo trudny. Akcje mogą trwać 35 sekund, przerw na żądanie jest mnóstwo, punktów niewiele... Nie moja bajka, ale cieszę się, że wiem to z autopsji.

Tym razem bez zdjęć i nie o koszykówce.

W poniedziałek zapuściłem się w północno-wschodnią część Phoenix (miasto na północ i południe dzieli autostrada nr 10, a na wschód i zachód Central Avenue) - niby blisko do centrum, ale jednak daleko. Taki trochę mniej okazały rejon miasta.

Czekałem na spotkanie, miałem chwilę czasu, zrobiłem małe zakupy z Pharmacy (absolutnie nie jest to apteka, tylko raczej całkiem spory sklep spożywczo-monopolowy lub małe Tesco), ale wciąż miałem trochę czasu w zanadrzu, więc poszedłem do Burger Kinga na kanapkę i coś do picia.

Zamówiłem, zapłaciłem, odebrałem, usiadłem, konsumuję. I się rozglądam. Przy ladzie z kasami stoi policjant (podobny trochę do T-1000 z drugiego "Terminatora"). Stoi, pilnuje porządku i bacznie obserwuje gości po mojej prawej, dwa stoliki od mojego. Zerknąłem i ja.

No więc siedzi sobie dwóch czterdziestoparoletnich gości - jedzą i rozmawiają. Jeden z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo, drugi wygląda trochę jak Zakk Wylde, tylko, że zamiast gitary ma psa. Psisko - zadbane i ciche - leży sobie przy ławce i niechętnie, ale jednak konsumuje resztki burgera.

Nie wiem, czy to właśnie aktywność trzeciego klienta, czy jakaś inna rzecz wpłynęły na zmianę nastawienia ochrony, ale po konsultacji z jednym z pracowników, nasz T-1000 poprosił ekipę o opuszczenie lokalu. Wylde i spółka - najwyraźniej i tak już kończący posiłek - wstali, wyrzucili resztki, zamienili z T-1000 dwa słowa i wyszli. Pełna kultura, żadnych kontrowersji.

Dlaczego więc o tym piszę? Bo kiedy Wylde wstawał, to siłą rzeczy zbliżył się na metr do mnie. A co miał przypięte z tyłu do pasa? Pistolet i nóż sprężynowy. Niedaleko nas siedziały jakieś dzieciaki, w drzwiach Wylde minął się z kobietą z maleństwem.

Czy się przestraszyłem? Nie, nic takiego się przecież nie działo. Ale poczułem się nieswojo i miałem tylko nadzieję, że wychodząc Wylde nie zacznie się z policjantem spierać i awanturować. Wyobrażacie sobie sytuację, w której ochroniarz wyprasza klientów w polskim barze?

Valley of the Sun leży jednak w Ameryce, gdzie ludzie z pewnością mają więcej luzu niż w Polsce. A że noszą przy sobie broń? Cóż, w Arizonie można to robić legalnie i specjalnego wrażenia to pewnie na nikim nie robi. Na mnie zrobiło, dlatego taki obrazek przedstawiam.

Wylde odjechał spod Burger Kinga czerwonym samochodem typu pick-up. Pies grzecznie siedział z przodu. Nie wiem czy miał zapięte pasy.

PS Zbieram się do zaocznego "Murowania z cegieu" oraz fotorelacji z meczu NCAA. Przepraszam za zwłokę, ale naprawdę ciężko jest się zmobilizować. I to nie tylko z powodu wizyty w Burger Kingu.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

25 punktów. 25 punktów zdobył w niedzielę Marcin Gortat w wygranym meczu z New Orleans Hornets. 25 punktów przy skuteczności 9/10 z gry, 7/7 z wolnych. Miał też 11 zbiórek. W 24 minuty...

25 punktów i 11 zbiórek w 24 minuty. Jeden niecelny rzut z gry.

25 punktów i 11 zbiórek w 24 minuty. Jeden niecelny rzut z gry.

25 punktów i 11 zbiórek...

Wpatruję się w te liczby, wpatruję i niedowierzam. Niedowierzam, choć przecież dwa dni wcześniej widziałem 19 punktów i 17 zbiórek Gortata przeciwko Boston Celtics...

To jest jakaś piękna bajka... A może nie? A może to po prostu hammertime, do którego trzeba się przyzwyczaić. No, może nie przyzwyczaić.

Poniżej zaktualizowany tekst felietonu, który napisałem do poniedziałkowej "Gazety Sport.pl":

Nowe życie Marcina Gortata

Środa, 26 stycznia. Mój pierwszy kontakt z drużyną Phoenix Suns. Przed meczem z Charlotte Bobcats spotykam Marcina Gortata pod szatnią. Witam się i pytam, co słychać. - O rany... No przecież mam nowe życie - odpowiada uśmiechnięty od ucha do ucha koszykarz. Krótko, ale jakże treściwie.

Potem oglądam Suns na żywo i przecieram oczy ze zdumienia - Gortat trafia rzut za rzutem. Do przerwy ma 16 punktów! (wykrzyknik stosowny, bo to ówczesny rekord kariery) W drugiej połowie jest jednak gorzej, punktów nie ma.

Piątek, 28 stycznia. Mecz z Boston Celtics. Wydarzenie dla Suns, wydarzenie dla całego Phoenix. I Gortat znów błyszczy, znów trafia, dobrze gra w obronie! Jasne - sporo czarnej roboty wykonuje za niego Robin Lopez, punktów nie byłoby bez Steve’a Nasha. Ale przez momenty gra Suns opiera się na Polaku.

Phoenix triumfuje! Przed wejściem do szatni już z daleka widzę rozradowaną twarz Gortata, który w odgrodzonym miejscu i w słuchawkach na uszach udziela kolejnego wywiadu na żywo. Kolejnego, bo pierwszy miał miejsce jeszcze na boisku. A mecz z Bostonem transmitowała na cały kraj ESPN... Błysnąć w takim meczu, to coś ekstra.

Niedziela, 30 stycznia. Mecz z New Orleans Hornets. Gortat zaczyna od dwóch niepotrzebnych fauli, siada na ławkę, pierwsze punkty zdobywa w ostatniej minucie pierwszej połowy. Cóż, myślę sobie, przecież znakomite mecze nie będą zdarzały się za każdym razem.

A w drugiej połowie już się tylko uśmiecham. Patrzę na dryblasa z koszulce z nr 4, słucham MC Hammera po każdym punkcie Gortata, widzę, jak szaleją na jego punkcie fani.

W tym miejscu trochę zwolnijmy. Posłuchajmy Gortata, który po meczu z Celtics mówił skupionym wokół niego dziennikarzom: - Chłopaki, spokojnie. Co wy myślicie, że teraz w każdym meczu będę tak grał?

Tak jak z Celtics i Hornets? Nie będzie. Drużyny NBA potrafią reagować na wydarzenia na boisku i z czasem przygotują się na zatrzymanie akcje Nasha, na podkoszowe zachowania Gortata. Ale sam fakt, że piszę o tym, że przeciwnik Suns będzie musiał uważać na Polaka jest znaczący. Gortat zaczyna być w NBA kimś przez duże „K”.

Dla nas kimś takim jest od dawna i to pomimo tego, że czasem zżymamy się na jego niewyparzony język. Tak jak w grudniu, kiedy Gortat po kilku meczach w Phoenix głośno opowiadał dziennikarzom, jak to świetnie grało się w obronie w Orlando i o tym, że on może pokazać nowym kolegom, co trzeba robić w defensywie.

Ale Gortat ma to do siebie, że większość swoich słów popiera ciężką pracą i nieustannym parciem do celu. I jak na razie - prędzej lub później - osiąga to, czego chce. Wybór w drafcie do NBA, podpisanie kontraktu, wywalczenie sobie miejsca na boisku, ogromna podwyżka, a teraz nowe życie po transferze do Phoenix.

Gortat od zawsze wierzy w siebie i - jak pokazują ostatnie mecze - często ma rację mówiąc, że wie, do czego jest zdolny. Grając w Orlando powtarzał nam przez dwa lata, że potrafi grać w ataku, tylko nie ma możliwości, aby to pokazać. Ja słuchałem go z uwagą, ale i niedowierzaniem.

A teraz czekam na każdy kolejny mecz. Bo wiem, że znów mogę mieć na co popatrzeć.

Przesłuchałem "Poison" i poszedłem.

Tuż przy hali US Airways Arena w Phoenix mieści się Cooperstown, czyli restauracja Alice'a Coopera, heavymetalowego wokalisty, który od lat mieszka w Phoenix i jest kibicem sportu.

Od momentu, w którym dowiedziałem się, że jadę do Arizony, odwiedziny tej knajpy były dla mnie jednym z obowiązkowych punktów wyprawy - w czwartek zrobiłem rekonesans wypijając w Cooperstown piwo, w piątek, w południe przed meczem Suns z Boston Celtics, przetestowałem lokal w większym wymiarze.

Wnętrze przypomina połączenie Hard Rock Cafe (w Phoenix jest dokładnie po drugiej stronie US Airways Center) ze sportowym barem Champions:


Wystrój wystrojem, ale najważniejsze jest przecież żarcie! Oczekiwałem, że w Cooperstown jakiś poison, ale tego w menu nie było.

Co było? Hot dog "The Big Unit" o długości 22 cali, czyli ok. 55 cm (to chyba tyle, ile ma but Shaqa - widziałem z bliska!). Sztuka mięsa "Megadeth Meatloaf" za 9,99$, "Magic Johnson's Shroomer Burger" (12,99$), burger "Charles Barkley's Chili Size" (9,99$), "Diana Taurasi's Pasta Pomidoro" (9,99$), "No More Mr Nice Guy" Chipotte Chicken Pasta (11,99$), naczous "Nightmare" (7,99$) czy "Bo Outlaw's Chicken Tenders" (7,99$).

Ja wziąłem "W.M.D.'s Wings of Mass Destruction" za 9,99$, przy których napisano, że this is the heat you have been searching for. Zamówiłem 10 sztuk, a przy 20 napisano, że bonusem jest telefon do straży pożarnej na koszt firmy...

Cóż, nie skłamano. Pożar w gębie miałem po zjedzeniu trzech, po kolejnych wyciągałem lód ze szklanki z piciem, żeby trochę się schłodzić. Z wrażenia (porażenia!) zapomniałem zrobić zdjęcia tym skrzydełkom masowej destrukcji. Frajerstwo z mojej strony, przepraszam.

W każdym razie, gdybyście trafili kiedyś do Phoenix, to Cooperstown polecam.

PS Kojarzycie "Murowania z cegieu"? Nie czuję się na siłach podsumować ostatnią kolejkę, ale może mi pomożecie - chętnych specjalistów od Tauron Basket Ligi proszę o przysłanie na adres cegieu@gazeta.pl wymurowanej 15. kolejki w formie wymyślonej przez siebie, ale z zachowaniem elementów "Nagrody i wyróżnienia", "MVP Race", Trafiaj Andrzej, trafiaj!", "Seria Hinsona", "Młodzi wioślarze" i "W poszukiwaniu 25. triple-double".

Zastrzegam sobie prawo do drobnych ingerencji w tekst, wyciągnięcie średnich z wyróżnień i drgań w "MVP Race". Dla autorów najciekawszych tekstów przywiozę drobne upominki z Phoenix. Liczę na was!

sobota, 29 stycznia 2011

Ciężko zebrać myśli po takim meczu. Phoenix Suns nieoczekiwanie pokonali Boston Celtics, a najlepszym koszykarzem meczu - podwójnie nieoczekiwanie - został Marcin Gortat, który w wywiadzie dla Sport.pl mówi, że ciągle pracuje, aby grać jeszcze lepiej.

A ja - mimo środka nocy w Phoenix - staram się wykonać kilka kroków w tył i ustalić fakty.

Polski koszykarz zdobył 19 punktów i miał 17 zbiórek w meczu z wicemistrzem NBA i kandydatem do tytułu. Gortat błyszczał prawdziwym blaskiem w spotkaniu z Boston Celtics, którzy mają drugi najlepszy bilans i najbardziej doświadczony, najtwardszy zestaw podkoszowych w NBA.

I tylko trochę interesuje mnie fakt, że Celtics dzień wcześniej grali w Portland, że wylecieli stamtąd o 1 w nocy i stracili godzinę podczas przekraczania strefy czasowej. Tylko trochę interesuje mnie to, że Shaquille O'Neal i Kendrick Perkins mieli problemy z faulami, a Glen Davis - ze ścięgnem. Cóż, taka jest NBA. Każdy dzień jest inny, każdy miewa napięty terminarz, Gortat kostkę podkręcił w poprzednim meczu z Charlotte.

Polak w NBA konsekwentnie idzie do przodu. Czasem wolniej, czasem szybciej, ale prze naprzód. Nie wiem czy teraz już w każdym meczu będzie zaliczał double-double, pewnie nie. Ale jego średnie z sześciu ostatnich spotkań to 12,8 punktu i 10,8 zbiórki. Średnie imponujące.

Jeszcze fajniejsza od tych liczb jest jednak pewność gry Gortata, któremu coraz częściej wychodzi na boisku to, co sobie zaplanuje. Dominuje pod tablicami w meczu z drużyną, której siła polega często właśnie na dominacji pod koszami. Gortat - powtórzę - ma 19 punktów i 17 zbiórek przeciwko Celtics, a potem udziela wywiadów - ESPN, Fox Sports Arizona, stacje radiowe...

Świetny występ Polaka to także zasługa Steve'a Nasha, który podawał mu znakomite piłki i Robina Lopeza, który wyeliminował z gry O'Neala i Perkinsa, ale w świat pójdzie jednak - już poszła - informacja, że Marcin Gortat miał 19 punktów i 17 zbiórek w zwycięskim meczu z Boston Celtics.

Powtarzam to po raz kolejny, bo chyba trudno mi w to uwierzyć, choć widziałem to na własne oczy.