Łukasz Cegliński: Maggots, maggots, maggots...
Kategorie: Wszystkie | Formuła 1 | Koszykówka | Maggots
RSS

Maggots

środa, 16 marca 2011

Potrzebuję zmiany, wynoszę się z "A skull full of maggots". Z pisaniem na boku jednak nie kończę - już zapraszam na swój nowy blog.

Czytelników za zamieszanie przepraszam.

piątek, 04 marca 2011

Wyobraźmy sobie, że...

... jest 8 czerwca 2012 roku. Trwa końcowe odliczanie do meczu otwarcia mistrzostw Europy w piłce nożnej w Warszawie - Polska zagra w nim z Rosją. Nadzieje, ale i obawy są ogromne - jak poradzi sobie reprezentacja Franciszka Smudy? Czy Jakub Błaszczykowski na pewno jest zdrowy? Czy organizatorzy znów czegoś nie spaprają podczas ceremonii otwarcia? Są nawet tacy, którzy obawiają się rosyjskiej mgły, która uniemożliwi Polakom składne atakowanie bramki rywali...

Ale to nie jedyne sportowe atrakcje w ten piękny, upalny, czerwcowy piątek. W oddalonym o kilkaset kilometrów Wrocławiu trwa wielkie święto na ulicach - dzień wcześniej piłkarski Śląsk pokonał 2:1 Lecha Poznań w spotkaniu, które decydowało o mistrzostwie Polski! To drugi w historii tytuł Śląska - zdobyty po 25 latach przerwy! Ulicami i mostami Wrocławia jeździ autokar z odkrytym dachem, z którego piłkarze prezentują trofeum. Tłumy wiwatują, a tumult rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów, kiedy prezydent miasta Rafał Dutkiewicz krzyczy, że teraz Wrocław czeka na koszykarzy.

Tak, na koszykarzy, którzy po wykupieniu dzikiej karty wrócili do ekstraklasy w wielkim stylu. Zajęli trzecie miejsce przed play-off, awansowali do finału, w którym po pięciu spotkaniach z Asseco Prokomem Gdynia jest 3-2 dla rywali, ale Śląsk nie jest na straconej pozycji - 8 czerwca gra u siebie w Hali Stulecia. Na trybunach usiądzie ponad sześć tysięcy osób...

Sportowych wzruszeń pełno także w Szczecinie - Otylia Jędrzejczak, mistrzyni olimpijska, mistrzyni świata, wielokrotna mistrzyni Europy, która w latach 2000-07 była czołową pływaczką globu, kończy karierę. "Nasz Motylek", jak mówiła o niej Polska, dostarczył kibicom wielu emocji, wielu wzruszeń - to dzięki niemu dzieci chciały chodzić na pływalnię. Teraz, po sportowym dołku w ostatnich latach, Jędrzejczak mówi dość. Czuje, że na szczyt już nie wróci. Pod względem sportowym pożegnanie wypada słabo, "Motylek" zajmuje dopiero siódme miejsce w finale na 200 m stylem motylkowym, ale dostaje ogromną owację na stojąco! Są brawa, jest skandowanie nazwiska, są kwiaty, są łzy. Jest nawet krótki wywiad dla TVN 24.

Sportowi reporterzy newsowych stacji mają w ten gorący piątek pełne ręce roboty. Aż tu nagle... Nie, to niemożliwe! Polsat News podaje, że Zbigniew Boniek jest podejrzewany o zabójstwo byłej żony i jej znajomego! Mało tego, że ucieka przed policją obwodnicą Warszawy! Helikoptery TVN 24, Polsat News, TVP Info, a nawet kupiony przez Agorę specjalnie z okazji Euro samolot marki Wilga odlatują znad Stadionu Narodowego w kierunku obrzeży miasta! Wydawcy w kropce - co pokazywać w telewizji, co komentować? Dariusz Szpakowski zdezorientowany, Tomasz Zimoch w emocjach - takie rzeczy, w takiej chwili?!

...

A teraz wyobraźcie sobie, co czuli Amerykanie 17 czerwca 1994 roku.

Kolejny genialny film z serii "ESPN 30 for 30".

środa, 23 lutego 2011

Mój redakcyjny kolega Szczepan Radzki napisał do wrocławskiego wydania "Gazety Wyborczej" artykuł o marketingowym pomyśle Lowella Hussey'a, amerykańskiego biznesmena i właściciela dwóch drużyn futbolowych - The Crew Wrocław i The Owls Bielawa. Pomysł - w największym skrócie - polega na tym, że jak The Crew nie zdobędą w tym roku mistrzostwa Polski, to kibice dostaną zwrot pieniędzy za karnety.

Pomysł jest ciekawy, tak samo jak tekst Hussey'a, który Szczepan zamieścił na swoim blogu. Główna teza: w 2020 roku futbol amerykański będzie w Polsce bardziej popularny niż piłka nożna.

Ja jestem oczywiście sceptyczny i nie wierzę w taki rozwój futbolu amerykańskiego w Polsce. Ba, nie wierzę, że przeskoczy choćby koszykówkę w ligowym wydaniu, która jaka jest każdy (nie)widzi. Entuzjastycznie podchodzący do życia Amerykanie lub ludzie przedsiębiorczy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych, zarzucą mi brak wiary i powiedzą, że bez tego niczego nie da się zrobić.

Cóż, pewnie będą mieli trochę racji, bo jestem gościem, któremu kiedyś nie udało się z kolegami założyć osiedlowej ligi koszykówki. Chociaż było blisko - wspólnymi siłami nastolatków postawiliśmy niedaleko bloku kosz, wymyśliliśmy system rozgrywek, wybraliśmy kapitanów drużyn, przeprowadziliśmy dwie rundy draftu i mieliśmy osiem trójek gotowych do gry w lidze. Zatrzymała nas jednak brutalna rzeczywistość - dorośli uznali, że osiedlowy priorytet to garaże i nasza liga legła w gruzach.

Ale na poważnie i do rzeczy: polska sportowa rzeczywistość nie sprzyja - moim zdaniem - dyscyplinom obcym, do których zaliczyłbym te, których nie uprawia się w szkole. A w co grają dzieciaki? W piłkę nożną, w siatkówkę, w koszykówkę, w piłkę ręczną. Uprawiają lekkoatletykę, jeżdżą na łyżwach, na rowerach. Po lekcjach chodzą na lekcje tenisa, na tor kartingowy, na pływalnię. W większości tych sportów można rywalizować na boiskach osiedlowych, bez specjalnego sprzętu.

Idąc dalej zaryzykowałbym twierdzenie, że Polacy nie przepadają za sportem wyczynowym samym w sobie, choć są dyscypliny, które interesują nas bardzo - to te, w których Polacy lub polskie drużyny odnoszą sukcesy. Skoki narciarskie, siatkówka, Formuła 1, ostatnio piłka ręczna... Kto wiedział jak znakomitym sportowcem jest Bogdan Wenta, zanim nie stał się trenerem i reprezentacji Polski nie zmienił w drużynę, z której możemy być dumni?

Hussey swoją mocną tezę argumentuje badaniami, które przeprowadził w Bielawie - 30-tysięcznym mieście na Dolnym Śląsku. Zerknąłem na sportowy dorobek miasta, ale - proszę wybaczyć - Bielawa wciąż kojarzy mi się tylko i wyłącznie z koszykarzem Robertem Skibniewskim, obecnym rozgrywającym Polpharmy Starogard.

Z badań - w skrócie - wynika, że mieszkańcy Bielawy świetnie rozpoznają nazwę The Owls, że większość z nich obejrzała w 2010 roku mecz futbolu amerykańskiego niż piłki nożnej, że trzech z 10 bielawianów wierzy w tezę Hussey'a, a jeśli przepyta się mieszkańców do lat 18 - aż sześciu z 10.

Sprawdziłem z ciekawości poziom, na którym grają piłkarze Bielawianki - otóż zajmują obecnie pozycję lidera grupy dolnośląskiej IV ligi, czyli grają na piątym poziomie rozgrywkowym w kraju. To o jeden niżej niż MKS Kutno, który jest obecnie wiceliderem grupy łódzko-mazowieckiej III ligi.

Dlaczego przywołuję Kutno? Bo to 46-tysięczne miasto w środku Polski jest stolicą krajowego baseballa, a kilkanaście, kilka lat temu przeżywało boom na punkcie tej dyscypliny. Mecze Stali - etatowego mistrza kraju - oglądało tam, we wspaniałym Centrum Małej Ligi zbudowanym za kilkanaście milionów dolarów, nawet po dwa tysiące osób. Obecnie - po 200. Baseball jest fajny, ale w Polsce to sport niszowy i to się nie zmieni.

Na sportowej pustyni i w relatywnie małej społeczności budować, przyciągać, zachęcać, promować i odnosić sukcesy jest łatwiej niż w dużym mieście i pewnie dlatego Hussey nie robił badań we Wrocławiu. Na dodatek - jak mówi guru sportowego sponsoringu Toby Hester z Castrola - sporty nowe, nieznane, zaczynają nieźle wzbudzając zaciekawienie, ale potem brakuje im podstaw:

Przeniosłem się do brytyjskiej ligi futbolu amerykańskiego, która wówczas cieszyła się sporą popularnością - mieliśmy 500 drużyn, raz do roku przyjeżdżały do nas zespoły NFL na mecze pokazowe. Ale po kilku latach brytyjska liga się rozwiązała, teraz mamy może 100 klubów. NFL wciąż przyjeżdża, ale nie budzi już takiego zainteresowania. Dlaczego? Bo Brytyjczycy nie mają już potrzeby oglądania futbolu amerykańskiego. W latach 80. ta dyscyplina budziła duże zaciekawienie, bo była czymś nowym, wyjątkowym - jak cyrk, który raz na jakiś czas przyjeżdża do miasta. To nie było zainteresowanie, które opierało się na wewnętrznej potrzebie konsumenta do oglądania futbolu amerykańskiego. Brakowało podstawy, naturalnego zainteresowania sportem.

I tu wracamy do kwestii sportu w szkole. Wyobrażacie sobie dzieci grających w futbol amerykański na wuefie? No właśnie. Bariera sprzętu, infrastruktury, nauczycieli, trenerów itd. wydaje się nie do pokonania.

Światowe sukcesy Polaków w futbolu amerykańskim? Sebastian Janikowski? I kropka.

A teraz to, co być może powinienem napisać na początku - Hussey to biznesmen, człowiek z głową na karku, który dobrze wie, że przebicie popularnością piłki nożnej (a także siatkówki, piłki ręcznej, koszykówki itd...) przez futbol amerykański w Polsce jest niemożliwe nawet w 2120 roku. Ale wie także, co robi - stawia śmiałe tezy, nagłaśnia swoje projekty, futbolistów ściągniętych z USA wypycha do filmów (przeczytajcie do końca tekst Szczepana), buduje marketing. Bielawa się bawi, Wrocław rywalizuje, a mieszkańcy miast zastanawiają się czy przypadkiem nie warto pójść na mecz futbolu amerykańskiego.

I brawo, o to chodzi! Będę tym działaniom kibicował, będę trzymał kciuki za całą PLFA, sam chętnie wybiorę się kiedyś na jej mecz.

I tylko czasem zrobi mi się smutno, kiedy pomyślę o koszykarskiej Tauron Basket Lidze, która do takich ludzi jak Lowell Hussey szczęścia nie ma.

wtorek, 15 lutego 2011

Krótkie pytanie do czytelników i odbiorców mediów w ogóle: jak reagujecie na to, że dziennikarze - mówiąc o największych sportowcach - używają czasem ich imion, a nie nazwisk? Justyna zamiast Kowalczyk, Robert zamiast Kubica, Agnieszka zamiast Radwańska, Adam zamiast Małysz itd. Podaję przykłady polskie, ale w USA LeBron James to często LeBron, w Hiszpanii Rafael Nadal to Rafa, a w Wielkiej Brytanii Lewis Hamilton to Lewis.

Podoba się wam to czy przeszkadza? Uważacie to za profesjonalne czy odwrotnie?

A może zupełnie naturalne i nie zwracacie na to uwagi?

Pytam, bo ja akurat mówienia o sportowcach przy użyciu ich imion staram się unikać (choć pewnie zdarzyło mi się powiedzieć "Marcin" w wypowiedzi o Marcinie Gortacie czy "Robert", kiedy zabierałem głos w sprawie Roberta Kubicy). Uwiera mnie takie emocjonalne bratanie się ze sportowcami, nawet jeśli oni - tak jak Małysz, Kowalczyk czy Kubica - z racji swojego kunsztu są kimś więcej niż skoczkiem, narciarką, kierowcą. Są często bohaterami narodowymi.

Nie lubię też spisywać wywiadów w formie "ja - ty" i staram się zachowywać formę "pan", nawet jeśli rozmowa ze sportowcem jest jej pozbawiona.

To jednak tylko mój punkt widzenia, koledzy po fachu mają często inne spojrzenie na tą kwestię, które szanuję.

Ale interesuje mnie zdanie czytelników i stąd moje pytanie.

piątek, 04 lutego 2011

I bądź tu mądry...

W okolicach Flagstaff po tym historycznym szlaku zostało - paradoksalnie - zbyt wiele. Nie miałem okazji przejechać się słynną route 66. To duże rozczarowanie.

Wycieczka do północnej Arizony była jednak udana:

Nie, ostatnie zdjęcie to nie Minnesota. To Arizona. Północna.

Historia dnia: wyjeżdżam znad Grand Canyon. Droga w granicach parku narodowego prosta i pusta, w radio "Roxanne" The Police. Ograniczenie do 35 mil na godzinę. Jadę szybko, za szybko. Zwalniam, za późno. Za mną biały pick-up z kolorowymi światłami na dachu. Zatrzymuję się, wyłączam radio.

The Police, nie ma żartów. Otwieram szybę i słyszę, że jechałem z prędkością 59 m/h. Przyznaję się od razu (dziwiąc się, bo moim zdaniem było więcej), daję dokumenty. I zaczynam się martwić.

Władza jest jednak wielkoduszna. Dostałem upomnienie.

O'er the land of the free and the home of the brave!

środa, 02 lutego 2011

Tym razem bez zdjęć i nie o koszykówce.

W poniedziałek zapuściłem się w północno-wschodnią część Phoenix (miasto na północ i południe dzieli autostrada nr 10, a na wschód i zachód Central Avenue) - niby blisko do centrum, ale jednak daleko. Taki trochę mniej okazały rejon miasta.

Czekałem na spotkanie, miałem chwilę czasu, zrobiłem małe zakupy z Pharmacy (absolutnie nie jest to apteka, tylko raczej całkiem spory sklep spożywczo-monopolowy lub małe Tesco), ale wciąż miałem trochę czasu w zanadrzu, więc poszedłem do Burger Kinga na kanapkę i coś do picia.

Zamówiłem, zapłaciłem, odebrałem, usiadłem, konsumuję. I się rozglądam. Przy ladzie z kasami stoi policjant (podobny trochę do T-1000 z drugiego "Terminatora"). Stoi, pilnuje porządku i bacznie obserwuje gości po mojej prawej, dwa stoliki od mojego. Zerknąłem i ja.

No więc siedzi sobie dwóch czterdziestoparoletnich gości - jedzą i rozmawiają. Jeden z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo, drugi wygląda trochę jak Zakk Wylde, tylko, że zamiast gitary ma psa. Psisko - zadbane i ciche - leży sobie przy ławce i niechętnie, ale jednak konsumuje resztki burgera.

Nie wiem, czy to właśnie aktywność trzeciego klienta, czy jakaś inna rzecz wpłynęły na zmianę nastawienia ochrony, ale po konsultacji z jednym z pracowników, nasz T-1000 poprosił ekipę o opuszczenie lokalu. Wylde i spółka - najwyraźniej i tak już kończący posiłek - wstali, wyrzucili resztki, zamienili z T-1000 dwa słowa i wyszli. Pełna kultura, żadnych kontrowersji.

Dlaczego więc o tym piszę? Bo kiedy Wylde wstawał, to siłą rzeczy zbliżył się na metr do mnie. A co miał przypięte z tyłu do pasa? Pistolet i nóż sprężynowy. Niedaleko nas siedziały jakieś dzieciaki, w drzwiach Wylde minął się z kobietą z maleństwem.

Czy się przestraszyłem? Nie, nic takiego się przecież nie działo. Ale poczułem się nieswojo i miałem tylko nadzieję, że wychodząc Wylde nie zacznie się z policjantem spierać i awanturować. Wyobrażacie sobie sytuację, w której ochroniarz wyprasza klientów w polskim barze?

Valley of the Sun leży jednak w Ameryce, gdzie ludzie z pewnością mają więcej luzu niż w Polsce. A że noszą przy sobie broń? Cóż, w Arizonie można to robić legalnie i specjalnego wrażenia to pewnie na nikim nie robi. Na mnie zrobiło, dlatego taki obrazek przedstawiam.

Wylde odjechał spod Burger Kinga czerwonym samochodem typu pick-up. Pies grzecznie siedział z przodu. Nie wiem czy miał zapięte pasy.

PS Zbieram się do zaocznego "Murowania z cegieu" oraz fotorelacji z meczu NCAA. Przepraszam za zwłokę, ale naprawdę ciężko jest się zmobilizować. I to nie tylko z powodu wizyty w Burger Kingu.

czwartek, 09 grudnia 2010

He was the heavyweight king at the age of 21
From the streets of New York where they're all called mean
He never had no mom, never had no dad
His aunt and Cus D'Amato was all he ever had

Sugar Ray, "Lemonade and Brownies" z 1995 roku. Jedyna płyta tej kapeli, która toleruję.

A kawałka "Iron Mic" słuchałem pisząc tekst o Mike'u Tysonie.


PS "Lemonade and Brownies" była dla mnie punktem odniesienia, jeśli chodzi o brzmienie, kiedy w połowie lat 90. próbowaliśmy w piwnicy kolegi...

wtorek, 07 grudnia 2010

Kilka dni po głośnym pierwszym powrocie LeBrona Jamesa do Cleveland, obejrzałem film "King's Ransome" z serii "30 for 30", czyli 30 sportowych dokumentów wyprodukowanych dla ESPN.

"King's Ransome" to historia Transferu. Transferu przez duże "T", w którym klub - z Edmonton Oilers na Los Angeles Kings - 9 sierpnia 1988 roku zmienił "The Great One", hokeista wszech czasów, Wayne Gretzky.

Gretzky, potomek słowiańskich imigrantów (jego ojciec przyznawał się do białoruskich, polskich i ukraińskich korzeni) jako 10-letni chłopiec wzbudzał takie zainteresowanie tym, co wyczyniał na lodowiskach, że już w 1971 roku napisał o nim "Toronto Telegram". Wayne bił kolejne rekordy i wiadomo było, że zostanie gwiazdą największego formatu.

W 18. urodziny, 26 stycznia 1979 roku, właściciel Oilers Peter Pocklington podpisał z Gretzkym rekordowy wówczas 10-letni kontrakt warty 3 mln dolarów kanadyjskich. 10-letnia umowa miała opcję przedłużenia o kolejne 10 lat.

Z Oilers, kanadyjskim dobrem narodowym, Gretzky cztery razy zdobywał Puchar Stanley'a (1984, 1985, 1987, 1988), nie wspominając o wyróżnieniach i pobitych rekordach indywidualnych.

Cztery dni po finale w 1988 roku Gretzky dostał sygnał, że Pocklington rozważa jego transfer. Właściciel Oilers, który majątek zbił na handlu samochodami, zdawał sobie sprawę z tego, że ograniczony w porównaniu z metropoliami rynek może mu nie pozwolić na utrzymanie "The Great One", któremu kończyła się umowa. Wiadomo było, że ta nowa to raczej kilkadziesiąt niż kilka milionów dolarów. 

Gretzky nie chciał rozmawiać o przedłużeniu kontraktu w 1988 roku, Pocklington nie chciał ryzykować negocjacji za rok. Liczył się z odejściem "The Great One", ale chciał, żeby odbyło się to na jego zasadach - mówiąc wprost: chciał na Gretzkym zarobić. Dlatego w końcu przestał się opierać nagabywaniom z Los Angeles - właściciele Kings już od połowy lat 80. mówili o wielomilionowej zapłacie za gwiazdora. Pocklington dał im zielone światło.

"The Great One" początkowo nie chciał odchodzić z Edmonton, które traktował jak dom, ale z czasem coraz bardziej dawał się przekonać Brucowi McNallowi z Kings. W filmie ówczesny właściciel klubu z Los Angeles wspomina o kluczowej jego zdaniem wizycie hokeisty w jego gabinecie, podczas której zadzwonił Pocklington. McNall przełączył rozmowę na głośnik i Gretzky usłyszał jak właściciel Oilers skarży się na niego, że ma muchy w nosie, że ślub z amerykańską aktorką Janet Jones pchnął go w stronę Los Angeles itd. Po zakończeniu rozmowy Gretkzy ponoć wstał i powiedział:

I'm a LA King right now.

Strony doszły do porozumienia - Gretzky z dwoma zawodnikami przeszedł do Kings, za dwóch hokeistów, trzy wybory w przyszłych draftach oraz - co najważniejsze - 15 mln amerykańskich dolarów. Transfer ogłoszono na konferencji, przed którą Gretzky miał jeszcze możliwość ostatecznej decyzji. Wahał się, ale wymiany ostatecznie nie zastopował.

Jego dramatyczne, niezapomniane wystąpienie na konferencji wyglądało tak:

Fani Oilers oszaleli ze złości - palili kukły Pocklingtona, grozili jego rodzinie. Dla Kanadyjczyków Gretzky był tak wielkim skarbem, że polityk Nelson Riis wystąpił do rządu o zablokowanie transferu. Byli tacy, którzy nazywali hokeistę zdrajcą, większość jednak przywitała go gorąco podczas pierwszego meczu Oilers - Kings w Edmonton.

Los Angeles oszalało natomiast z radości - miasto, które z hokejem wybitnie się nie kojarzyło, nagle zaczęło się nim interesować. Wyprzedawano karnety i bilety, na meczach Kings pojawiali się celebryci. Gretzky objawił hokej Kalifornii, bo - jak zauważają twórcy filmu - w kolejnych latach pojawiły się w tym stanie aż trzy nowe kluby.

Gretzky wygrał z Oilers cztery Puchary Stanley'a, największym sukcesem z Kings było dotarcie do finału. Pytany w filmie o to, ile mógł jeszcze zdobyć mistrzostw w Edmonton mówi, że pewnie kolejne cztery (Oilers po jego odejściu wygrali jeszcze w 1990 roku, ale do dziś nie powtórzyli już takiego sukcesu). Gretzky szybko dodał jednak, że nie żałuje decyzji. Polubił Los Angeles, polubił kalifornijski styl życia. Nie wraca do przeszłości.

Wrócił do niej natomiast Pocklington, który w 2009 roku napisał autobiograficzną książkę pod znaczącym tytułem "I'll Trade Him Again".

Hell, I'll trade him again! That deal was good for everybody. It was good for the league, good for Wayne, good for Los Angeles, good for me and I think it was good for the Oilers, too.

Fascynująca historia.

Jak to się ma do wspomnianego na początku Jamesa? W obu przypadkach klub zmieniała największa gwiazda ligi, sportowiec zdolny (uznawany za zdolnego) do odmieniania losów drużyn, klubów, miast. Gretzky w chwili zmiany klubu był już jednak wielkim mistrzem, prawdziwym królem i wybrańcem. James został nim zanim cokolwiek osiągnął i wciąż musi udowodnić, że na takie określania zasługuje.

Dlatego odejścia Jamesa z Cleveland nie śmiem porównywać do Transferu Gretzky'ego. Na równi z przeprowadzką "The Great One" można byłoby zestawić tylko sytuację, w której Michael Jordan w 1993 roku nie kończy kariery, tylko przechodzi do Los Angeles Clippers.

I jeszcze jedno - wyobrażacie sobie jak relacjonowałby taki Transfer - wyimaginowany Jordana lub prawdziwy Gretzky'ego - obecny ESPN?

PS Numer Gretzky'ego, 99, zastrzegły wszystkie - WSZYSTKIE - kluby NHL.

Niesamowite.

poniedziałek, 22 listopada 2010
środa, 27 października 2010

Ruszył sezon NBA. Większość drużyn, w tym moje Minnesota Timberwolves, swoje pierwsze mecze rozegrają w środę. Jaka przyszłość czeka wilki?

I jak ich sytuacja wygląda w Polsce?



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6